18 lat więzienia za… niewinność

str-22-18-lat-wiezienia

W sylwestrową noc z 1996 na 1997 rok we wsi Miłoszyce leżącej ok. 25 km od Wrocławia w bestialski sposób zgwałcono 15-letnia dziewczynkę. Miała na imię Małgorzata. Sprawca lub sprawcy zostawili ją nieprzytomną na trzaskającym mrozie, co było równoznaczne ze śmiercią. Przez dwa lata śledczy nie potrafili dojść, kto stał za tą brutalną zbrodnią. W marcu 1999 r. prokurator sprawę umorzył, ale protest rodziny sprawił, że nie powędrowała ona ad acta. Śledztwo wznowiono.

Przełom nastąpił w listopadzie tego samego 1999 roku. Niejaka Dorota P., kobieta ponoć piękna, elegancka i zadbana, której największym osiągnięciem w zdobywaniu wiedzy było ukończenie szkoły zawodowej, uczestniczyła w nie pierwszej i nie ostatniej imprezie, prywatnej oczywiście, u jednego z wrocławskich policjantów. Wszem i wobec rozpowiadała, że ma kontakty z osobistościami z wrocławskich kręgów policyjno-prokuratorsko-sędziowskich, przy czym raczej nie kryła, że są to kontakty zawodowe, ponieważ Dorota P. uprawiała zawód, o którym zazwyczaj się mówi, że należy do najstarszych na świecie.

Na wspomnianej imprezie u znajomego policjanta Dorota P. oglądała otóż odcinek programu „997” Michała Fajbusiewicza, poświęcony, jak każdy, niewyjaśnionym zbrodniom. Gdy na ekranie pojawił się pamięciowy portret domniemanego przestępcy, Dorota P. uznała, że odpowiada on wyglądowi wnuka sąsiadki, obok której dwa lata wcześniej mieszkała. Na razie nie wiadomo, ile pani P. miała wtedy już w sobie alkoholu, wiadomo natomiast, że powiedziała gospodarzowi imprezy, że wie, kim jest człowiek, którego rysopis ujrzała w telewizji. Policjant powiedział o tym swojemu szefowi i w tym momencie rozpoczęła się gehenna młodego mężczyzny, który dopiero co wkroczył w 23 rok swego życia. Nazywał się Tomasz Komenda i został wezwany na policję pierwotnie jako świadek, ale szybko został postawiony w stan oskarżenia. Podczas rozprawy sądowej przedstawiono ekspertyzy biegłych, z których wynikało, że zarówno jego DNA, jak i odcisk zębów odpowiadają znalezionym na ciele zamordowanej Małgorzaty i w miejscu zbrodni. Obecnie, po 18 latach, które upłynęły od sądowych rozpraw, wiadomo, że nie odpowiadają one prawdzie. Skoro nie odpowiadają, to znaczy, że je sfałszowano.

Gdy się dziś czyta tylko o niektórych szczegółach postępowania śledczych, prokuratorów i o samym przebiegu rozpraw, włos jeży się na głowie z przerażenia, z jaką beztroską wszyscy ci ludzie decydowali o życiu młodego człowieka. W kwietniu 2000 r. Tomasza Komendę aresztowano i niedługo później trafił do więzienia z wyrokiem 25 lat za brutalny gwałt i morderstwo. Życie za kratami toczy się swoim trybem i według niepisanych praw ustalanych przez osadzonych. Gwałciciel nieletniej jest traktowany przez współwięźniów wyjątkowo brutalnie, wykorzystywany jest na wszystkie możliwe sposoby, z wykorzystywaniem seksualnym włącznie. Tomasz Komenda powiedział dziennikarzom po wyjściu z więzienia, że przez długi czas nie opuszczały go myśli samobójcze, a raz „już wisiałem, ale odcięli mnie inni więźniowie”.

18 marca bieżącego roku sąd postanowił, że Tomasz Komenda, dziś już 42-letni, może warunkowo wyjść z więzienia, ponieważ dowody jego winy są nader wątpliwe, zostały podważone. Ale o tym, czy jest niewinny zadecyduje dopiero postępowanie przed Sądem Najwyższym. O tym, że po 18 latach spędzonych w więzieniu Tomasz Komenda opuścił jego mury zadecydował przypadek i nieustępliwość jednego człowieka.

Prokurator Bartosz Biernat z Prokuratury Okręgowej we Wrocławiu do dziś nie wie, kto pod koniec 2010 r. położył na jego biurku akta gwałtu i morderstwa 15-letniej Małgorzaty, skoro on zajmował się sprawami gospodarczymi. No, ale ktoś położył, a on zaczął je czytać. Im bardziej się w nie zagłębiał, tym bardziej rosło w nim przekonanie, że człowiek, który siedzi w więzieniu, nie jest tym, który tę zbrodnię popełnił. Gdy poszedł z tym do przełożonych, odsunęli go od sprawy i musiał oddać wszystkie materiały związane ze śledztwem, bo, mu powiedziano, że jego ustalenia mogą zaszkodzić wielu ludziom, którzy mieli z tą sprawą do czynienia. Ale w momencie gdy go odsunięto od wyjaśniania gwałtu i mordu w Miłoszycach, akta i dokumenty z nimi związane znał niemal na pamięć. Miał pewność, że to nie Tomasz Komenda jest gwałcicielem mordercą.

W nocy, gdy zginęła 15-letnia Małgosia, Tomasz Komenda w swoim mieszkaniu we Wrocławiu cieszył się z nadejścia nowego roku, nie mając pojęcia co go czeka. Gdy miał dość alkoholu, poszedł spać do drugiego pokoju. Ponieważ sylwestra nie obchodził samotnie, a w gronie rodziny i znajomych, przebieg sylwestrowej nocy z jego udziałem potwierdziło w sądzie kilkanaście osób. Sąd nie dał im wiary, wierzył natomiast w opowieść Doroty P., która twierdziła, że Tomasz Komenda przyszedł do niej pożyczyć pieniądze na benzynę i powiedział jej, że jego dziewczyna ma na imię Małgorzata. Prokurator Bartosz Biernat wiedział z akt, że Tomasz Komenda nie miał prawa jazdy, a tym bardziej samochodu. Jak w inny sposób mógł dotrzeć w środku sylwestrowej nocy do miejscowości oddalonej 25 km od Wrocławia. O tej porze nie jeździły tam przecież autobusy. Sąd się nad tym nie zastanawiał, a prokuratura tym bardziej. Z akt sprawy wynikało poza tym, że opinia biegłego co do śladu po ugryzieniu na ciele zamordowanej dziewczynki wcale nie wskazywała jednoznacznie, że zrobił to Komenda.

Szokujące, że głównym dowodem, któremu wiarę dali i prokuratorzy, i sędziowie sądów trzech instancji, były zeznania Doroty P. Kompromitujące i dla organów ścigania (policja, prokuratura), i dla wymiaru sprawiedliwości (sądy) jest to, że w sprawie tak okrutnej zbrodni nie zweryfikowano zeznań głównego świadka oskarżenia, czyli Doroty P., jak i jej samej. Dopiero teraz wyszło na jaw jej „życie zawodowe” i wynikające z niego kontakty, jak i to, że sprawa Tomasza Komendy nie była pierwszą, w której składała fałszywe zeznania i fałszywie oskarżała inne osoby. Równie szokujące są, znajdujące się w aktach sprawy, jej słowa: „Uważam, że w ogóle w tej sprawie nie powinno mnie być i taka była wstępna umowa. A policjant i prokurator powiedzieli mi, że muszą być moje zeznania, bo musi skądś wynikać, jak złapali Tomasza Komendę, ale że nie będę w tej sprawie. Mnie w ogóle nie miało być w tej sprawie”.

Te trzy zdania doszczętnie kompromitują zaangażowanych w tę sprawę policjantów i prokuratorów. Dowodzą ich niechlujstwa, niekompetencji, absolutnego lekceważenia i nieliczenia się z czyimś życiem. Ci ludzi powinni natychmiast zniknąć z organów ścigania. Mało tego. Skoro prawnicy twierdzą, że Tomaszowi Komendzie, gdy dowiedziona zostanie jego niewinność, należeć się będzie idące w miliony złotych odszkodowanie, swoim majątkiem powinni je sfinansować ci policjanci i prokuratorzy, którzy z Tomasza Komendy postanowili zrobić kozła ofiarnego.

PS Policja zatrzymała mężczyznę, co do którego panuje niemal pewność, że to on jest sprawcą zgwałcenia i zamordowania 15-letniej Małgosi.

Hubert Majcher