20 lat za niewinność

str-11-20-lat-za-niewinnosc-arkadiusz-kraska

Po odsiedzeniu w więzieniu 19 lat, 7 miesięcy i 6 dni, Arkadiusz Kraska, odbywający karę dożywocia, opuścił zakład karny. Stało się to w poniedziałek, 6 maja, którego to dnia Sąd Najwyższy wstrzymał wobec niego wykonywanie kary. W uzasadnieniu swojej decyzji SN stwierdził: „Zachodzi obecnie wysokie prawdopodobieństwo, iż dojdzie – w wyniku rozpoznania nadzwyczajnego środka zaskarżenia – do uchylenia wyroków sądów I oraz II instancji, czego domaga się w skardze nadzwyczajnej prokurator”. Rzecznik SN podkreślił, że decyzja o wstrzymaniu wykonywania kary nie przesądza o niewinności Arkadiusza Kraski, natomiast szereg nowych dowodów, które przedstawiono Sądowi Najwyższemu, uzasadnia podjęcie decyzji o wstrzymaniu wykonywania kary.

Gdyby Arkadiusz Kraska został uniewinniony, byłby to drugi (w ciągu zaledwie 14 miesięcy) przypadek oczyszczenia z zarzutu zbrodni człowieka, który jej nie popełnił. Pierwszy przypadek przyznania się przez wymiar sprawiedliwości do pomyłki, która na niemal 20 lat zaprowadziła do więzienia niewinnego człowieka, dotyczy Tomasza Komendy, o którym pisaliśmy na łamach naszej gazety w ubiegłym roku. Niewinny ten człowiek spędził w więzieniu 6540 dni, znęcano się tam nad nim psychicznie i fizycznie, trzy razy próbował popełnić samobójstwo. Gdy go aresztowano w 2000 r. miał 23 lata, w momencie opuszczania zakładu karnego 41. Za nieprawidłowości organów ścigania w sprawie Tomasza Komendy, nikt nie poniósł i nie poniesie odpowiedzialności, ponieważ odpowiedzialność karna za takie czyny dawno już uległa przedawnieniu.

Jeśli Arkadiusz Kraska także okaże się niewinny, również z powodu przedawnienia nikt nie poniesie za to kary. I to mimo że informacje, które przeciekły do opinii publicznej przed utajnieniem sprawy, mogą wskazywać, że Kraska znalazł się w wiezieniu w wyniku dowodów spreparowanych przez prowadzącego sprawę prokuratora i policjantów, by kryć prawdziwego sprawcę.

Wydarzenia, które doprowadziły Kraskę do więzienia i wyroku dożywocia, rozegrały się 8 września 1999 r. w pobliżu stacji benzynowej przy ul. Kopernika w Szczecinie. Pół Polski siedziało wtedy przed telewizorami i oglądało mecz Polska – Anglia, ale niedaleko wspomnianej stacji benzynowej spotkało się kilku mężczyzn, zaangażowanych w działalność gangów złodziei kradnących za granicą samochody i sprowadzających je do sprzedaży w Polsce. Po paru minutach między mężczyznami doszło do kłótni, rozległy się strzały i dwóch z nich padło na ziemię. Policja po 10 dniach pochwaliła się, że rozwikłała sprawę i wie, kto jest sprawcą zastrzelenia dwóch mężczyzn.

Z komunikatu policyjnego można się było dowidzieć, że w pobliżu wspomnianej stacji benzynowej spotkało się pięciu mężczyzn. Dwóch z nich spotkania nie przeżyło. Dwaj pozostali to mieli być Jarosław H. (ksywa „Haju”) – paser oraz Arkadiusz Kraska (ksywa „Łyli”). To właśnie Kraska miał zastrzelić dwóch mężczyzn. Nie miał on kryształowego życiorysu. Wychowywał się w domu dziecka, następnym miejscem jego edukacji była ulica, szybko więc złapał kilka wyroków za rozboje. Ale najważniejszy szczegół jest taki, że policji nie udało się ustalić, kim był piąty z mężczyzn, którzy spotkali się w okolicy stacji benzynowej przy ul. Kopernika i do dziś pozostaje on nieznany.

Proces Arkadiusza Kraski miał szybki przebieg. Filarem aktu oskarżenia były zeznania dwóch świadków incognito, którzy powiedzieli przed sądem, że strzelał Kraska. Ale… Jeden z nich zeznał, że poza zastrzelonymi i Kraską w zajściu brał jeszcze udział Jarosław H. „Haju”, natomiast drugi świadek nie przypominał go sobie. Sam zaś „Haju” zarówno w śledztwie, jak i w sądzie milczał. Poza dwoma świadkami incognito i „Haju” nie było innych świadków zajścia. Kraska przez cały proces twierdził, że jest niewinny, mówił, że w tym czasie oglądał mecz Polska-Anglia w towarzystwie kolegi. Kolega w sądzie potwierdził słowa Kraski, ale sąd ich nie uwzględnił i skazał go za składanie fałszywych zeznań.

Ogłaszając 7 marca 2001 r. wyrok dożywocia dla Kraski, szczeciński sąd okręgowy oparł się na zeznaniach dwóch tajnych świadków. Do wiadomości publicznej do dziś nie dotarło, kim oni byli. Po ogłoszeniu wyroku Kraska krzyczał, że jest niewinny, tarzał się po podłodze i wyrywał policjantom, którzy siłą wywlekali go z sali rozpraw. Wcześniej, w ostatnim słowie powiedział: „Nie zrobiłem tego. Sąd musi mieć świadomość, że prawdziwi zabójcy są na wolności”.

Z więzienia Kraska pisał listy zapewniając o swojej niewinności i błagając o pomoc. Także do mediów i osobiście do niektórych dziennikarzy.

Przełom zaczął następować w 2016 r. Ekipa realizująca film dla angielskiej telewizji o kobietach i mafii, zajęła się także strzelaniną z 8 września 1999 r. koło stacji benzynowej w Szczecinie. W odcinku o tamtych wydarzeniach wystąpiły m.in. trzy kobiety: ówczesna partnerka zastrzelonego Roberta S., która była z nim wtedy w ciąży, matka drugiego zastrzelonego mężczyzny oraz siostra Arkadiusza Kraski. Siostra była pewna, że to nie jej brat był sprawcą tamtego zabójstwa, pozostałe kobiety też miały co do tego poważne wątpliwości. Ale w telewizji wystąpiła jeszcze Barbara Zapaśnik, prokurator, wtedy będąca już w stanie spoczynku. Wypowiedziała ona zdanie, które zainspirowało do działania kolejną osobę. Prokurator Zapaśnik powiedziała do kamery, że nie wierzy, że to Arkadiusz Kraska zastrzelił tamtych mężczyzn. Barbara Zapaśnik zajmowała się w swojej pracy prokuratorskiej bandyckim podziemiem Szczecina, miała dogłębną wiedzę o działaniach szczecińskich gangów i mechanizmach rządzących tą przestępczą strukturą. Wypowiadając słowa wątpiące w winę Arkadiusza Kraski nie mogła, ot tak sobie, puścić w eter słów bez pokrycia.

Program oglądał w telewizji gorzowski adwokat Michał Kałużny. Stwierdzenie Barbary Zapaśnik dało mu wiele do myślenia i szybko zdecydował o zajęciu się sprawą. Rozpoczął od wnikliwej analizy akt z procesu Arkadiusza Kraski. Gdy skończył pracę, nie miał wątpliwości, że to dopiero początek „powrotu do przeszłości”, że musi skierować do Sądu Najwyższego wniosek o wznowienie postępowania. Miał wsparcie w mediach, szczególnie ze strony szczecińskiej dziennikarki Ewy Ornackiej, która pisała i publikowała zarówno w prasie, jak też w telewizji całe serie artykułów o niewinności Kraski i o ludziach, którzy w rzeczywistości mogli stać za zbrodnią koło stacji benzynowej. Barbara Zapaśnik wróciła do zawodu, by od strony prokuratorskiej przygotować materiały wspierające wniosek o wznowienie postępowania w sprawie Arkadiusza Kraski. .

Mecenas Michał Kałużny we wniosku do Sądu Najwyższego napisał m.in.: „Błędy śledztwa świadczą o tym, że prowadzącym postępowanie nie zależało na ustaleniu, co się faktycznie wydarzyło i kto był zabójcą, lecz na szybkim i spektakularnym oskarżeniu obojętnie kogo”. Dziennikarka Magdalena Mieśnik, która czytała przed utajnieniem dokumenty prokuratury dołączone do wniosku o wznowienie postępowania w sprawie Kraski powiedziała: – Są to dowody na to, że policja wykonywała polecenia gangsterów i krok po kroku wrabiała Kraskę w podwójne zabójstwo. Z jej relacji należy także wnosić, że policjanci mieli wysłać do Centralnego Laboratorium Kryminalistycznego inną taśmę z monitoringu niż ta, na której było widać całe zajście.

Po skazaniu Kraski na dożywocie, w Szczecinie mówiło się, że skazany został niewinny człowiek, że powszechnie wiadomo kim byli dwaj mężczyźni, którzy rzeczywiście znajdowali się wtedy w grupie, która spotkała się pod stacją benzynową i kim jest ten, który strzelał. Jeden z nich zrobił ze swojego domu fortecę z kamerami monitoringu zainstalowanymi co kilka metrów, drugi zaczął chodzić w kuloodpornej kamizelce. Kogo zaczęli się bać, skoro „prawdziwy” sprawca zabójstwa, czyli Arkadiusz Kraska, siedział już w więzieniu?
Po zwolnieniu z więzienia Arkadiusza Kraski do mediów przeciekła nieoficjalna informacja, że pozostawać on będzie pod ochroną byłych oficerów Centralnego Biura Śledczego, którzy już kilkanaście lat temu mieli alarmować przełożonych, że policja, prokuratura i sąd posyłają na dożywocie niewinnego człowieka. Przed kim i dlaczego chronią Kraskę byli oficerowie CBŚ?

 

Hubert Majcher

Fot. Archiwum