500+, a bieda coraz większa

str-20-500-plus

Po wprowadzeniu przez rząd PiS programu 500+, czyli comiesięcznego dodatku na dziecko, politycy tej partii zachłystywali się swoim pomysłem. Mówili o nim, że rewolucyjny i rewelacyjny, że dzięki temu standard życia dzieci w wielu rodzinach zdecydowanie się polepszył, a tysiące polskich rodzin mogło dzięki niemu pozwolić sobie na pierwsze w życiu wakacje. I najważniejszy zachwyt nad programem – dzięki 500+ zlikwidowana została w Polsce bieda.

Elżbiet Rafalska, pierwsza minister rodziny w rządzie PiS (dziś już europosłanka z ramienia tej partii), której resort wprowadzał w życie program 500+ tak go zachwalała w mediach po wprowadzeniu jego nowelizacji: – To filar finansowego wsparcia rodziny. Mówimy o miliardowych transferach do rodzin z dziećmi, dzięki którym Polska poradziła sobie z problemem biedy. Bieda mieszkała na wsi i w małych miasteczkach, miała twarz dziecka. Tak już nie jest. Nie do końca to prawda.

Poza wszelką dyskusją pozostaje fakt, że żyjące dotychczas na krawędzi biedy tysiące polskich rodzin z dziećmi odbiły się od jej dna. Szczególnie rodziny wielodzietne mogą sobie pozwolić na wiele dotychczas niedostępnych rzeczy. Przestrogi opozycji, że 500+ zrujnuje polski rynek pracy też się nie spełniły, aczkolwiek jest prawdą, że wiele kobiet, szczególnie posiadających troje i więcej dzieci, zrezygnowało z pracy, szczególnie w sytuacji gdy świadczenie 500+ na potomstwo przewyższało ich pensje. A w przypadku wielu Polek i Polaków oscylujące zazwyczaj na krawędzi najniższej płacy krajowej.

Dochodzi też do sytuacji skrajnych, szczególnie w małych miejscowościach. Właściciele niewielkich firm, na przykład piekarni, stają przed widmem zamknięcia interesu, ponieważ z dnia na dzień personel przerzucił się na 500+. Wcale nie incydentalne są też przypadki, że matki wielodzietnych rodzin nagle zaczęły korzystać z usług fryzjerek, kosmetyczek, kupować lepszą odzież, a ich mężowie zasiedli za kierownicą kupionych na raty samochodów. Właściciel komisów wcale nie ukrywają bowiem, że im też się polepszyło po wejściu w życie 500+. Tyle tylko, że ci rodzice, którzy nagle zaczęli szastać pieniędzmi przeznaczonymi na ich dzieci, myślą w krótkiej perspektywie czasowej. Bo dzieci dorastają i prędzej lub później te pieniądze się skończą. Pochwała należy się więc tym, którzy mimo 500+ nadal żyją skromnie, a otrzymywane z tego programu pieniądze inwestują w edukację potomstwa albo też odkładają je na mniej lub bardziej odległe czasy, gdy trzeba będzie dzieciom finansować studia.

Profesor Adam Noga, ekonomista z prywatnej uczelni, Akademii Leona Koźmińskiego, twierdzi: – Dokładna analiza programu pokazuje jego bardzo różne efekty dla poszczególnych grup gospodarstw domowych. Największymi jego beneficjentami okazały się gospodarstwa domowe z zarobkami około średniej krajowej, ponieważ 500+ „zwraca” im spora część podatku PIT. Te gospodarstwa płacą teraz rzeczywiście stawkę podatkową w wysokości kilku procent zamiast 16-17 proc. W tej grupie osób rośnie więc motywacja do tego, aby lepiej i dłużej pracować. Dla najuboższych gospodarstw 500+ można było skonstruować ze znacznie większą precyzją. (…) Można było na przykład budować z tego programu kapitał na wykształcenie dzieci, obecnie podnoszący stopę oszczędności i inwestycji, a w przyszłości – prawdziwą emancypację biednych gospodarstw domowych z Podkarpacia, Podlasia, Małopolski czy innych regionów kraju. Obecny program utrwala biedę tych gospodarstw i potęguje napięcia społeczne również w ramach biedniejszych regionów kraju.

Gdy minister Rafalska mówiła, że „bieda ma twarz dziecka. Tak już nie jest”, nie mówiła całej prawdy o biedzie. Bieda w Polsce, poza skrajnymi przypadkami, rzeczywiście nie ma już twarzy dziecka, ma natomiast twarz ludzi starych, spracowanych, chorych, samotnych, w wielu przypadkach żyjących z… zasiłków (!).

Główny Urząd Statystyczny (od 2016 r. opanowany przez PiS zapewne po to, aby utrzymywać samopoczucie rządzących w błogostanie czynienia dobra) opublikował raport o polskiej biedzie z lat 2017 i 2018. Raport opracowano w oparciu o badania budżetów gospodarstw domowych. Dowodzi on niezbicie, że mimo 500+ liczba osób dotkniętych w Polsce skrajnym ubóstwem, czyli żyjących na granicy egzystencji, rośnie i to znacząco. Minimum egzystencji nazywane też jest minimum biologicznym. De facto oznacza tak niski poziom możliwości zaspokajania potrzeb, poniżej którego występuje biologiczne zagrożenie życia. Za kurtyną rzeczywistych korzyści wynikających z 500+, kryje się skrajne ubóstwo, o którym ani minister Rafalska, ani jej następca nie mówią.

W roku 2017 w skrajnym ubóstwie żyło 4,3 proc. Polaków, a w roku następnym wzrost wyniósł 1,1 proc. i sięgnął 5,4 proc. populacji. Gdy procenty przeniesiemy na liczby, okaże się, że w skrajnym ubóstwie żyją dziś 2 miliony 74 tys. Polaków i obejmuje jest to obecnie aż o 422,5 tys. osób więcej niż rok wcześniej.

Wzrost skrajnego ubóstwa nie dotyczy jedynie „jednoosobowych gospodarstw domowych”. W tej kategorii odsetek spadł, ale to łatwo wytłumaczyć. Najwięcej „jednoosobowych gospodarstw domowych” czyli ludzi samotnych, to osoby starsze i bardziej niż pewne, że wiele z nich w okresie obejmującym badanie po prostu zmarło. We wszystkich natomiast pozostałych kategoriach odsetek ludzi żyjących na pograniczu biologicznej egzystencji wzrósł. Wśród osób pracujących na własny rachunek o 1 procent, z 2,4 do 3,4 proc., niewiele wśród emerytów bo zaledwie o 0,2 proc. (z 4,4 do 4,6 proc.). W gronie osób pracujących zwiększył się o 1,4 proc. (z 3,3 do 4,7), tyleż samo w odniesieniu do rencistów (z 7,3 do 8,7), o 1,3 proc. wśród rolników (z 9,7 do 11,0), a katastrofalnie wysoki wzrost i poziom osiągnął w grupie osób niepracujących, pozostających na zasiłkach. W tej grupie osób wskaźnik skrajnego ubóstw poszybował z 10,4 proc. w roku 2017 do 14,1 proc.

W latach 2014 – 2016 wskaźnik ubóstwa spadał o 2 do 3 procent rocznie. W 2016 r., po wprowadzeniu 500+ zjechał z 7 do 4,3 proc., ale jak czas pokazał, był to jednorazowy spadek. Dziś już nie działa i bieda wzrasta. Wydawać by sie mogło, że powinno być odwrotnie, ponieważ bezrobocie spada, firmy pilnie poszukują pracowników i każdy kto tylko ma chęć do pracy, może ją znaleźć. Skoro jednak najwyższy przyrost biedy obserwuje się wśród osób niepracujących, na zasiłkach, to znaczy, że ci ludzie albo nie mają już sił i zdrowia do pracy albo też (co wcale nie jest czymś nadzwyczajnym, bo nawet w najbogatszych społeczeństwach tacy ludzie są) nigdy w życiu nie skalali się pracą i nie mają zamiaru zmieniać trybu swego dotychczasowego życia.

Standard życia niepracujących i pozostających na zasiłkach zmienia się na gorsze także dlatego, że świadczenia z opieki społecznej są rzadko rewaloryzowane, bo co 3 lata. Wysokość rewaloryzacji jest zazwyczaj niewielka i… zjada ją inflacja.

Samotna osoba będzie się mogła obecnie ubiegać o świadczenie z pomocy społecznej tylko wtedy jeśli jej dochód nie przekroczy 701 zł miesięcznie, zaś w odniesieniu do rodzin, dochód na jedną osobę nie może być wyższy niż 529 zł. To niewiele, na dodatek w Polsce rządzonej przez partię PiS szybko wzrasta inflacja, a najwyższy skok cen w górę dotyczy akurat produktów, które najczęściej kupują ludzie biedni. Pieczywo podrożało w skali roku o 9,8 proc., ziemniaki o 15, cukier o 23, a mąka o 9 proc. Na przestrzeni ostatniego roku żywność podrażała aż o 5,7 proc. Za rządów PO-PSL w Polsce ceny były ustabilizowane, panowała deflacja (też niekorzystna dla gospodarki), natomiast obecnie, za rządów PiS, ceny skaczą gwałtownie w górę.

Specjaliści mówią, że o ubóstwie świadczą wydatki, a nie dochody. W Polsce te pierwsze gwałtownie spadają. A to oznacza, że ludzie nie mają pieniędzy.

Andrzej Storch