500+ dla… bogatych

dsc_1053

Programem 500+ Kaczyński i jego PiS kupili sobie zwycięstwo w wyborach parlamentarnych w 2015 i przedłużyli swoje rządy na kolejne 4 lata w październiku minionego dopiero co roku. W konfrontacji z tym projektem odeszły w zapomnienie wszystkie dokonania socjalne rządu PO-PSL, mimo że były one niemałe. Bo to za czasów tej koalicji wybudowano setki nowych przedszkoli i żłobków, wydłużono płatne urlopy macierzyńskie, przeznaczono kilka miliardów złotych na wsparcie socjalne dla najuboższych. Tego tak zwany suweren, czyli przeciętny Polak, nie pamięta, a jeśli pamięta to uważa, że mu się to należało.

W świadomości suwerena nie liczy się bowiem wzrost infrastruktury, która ułatwia mu na przykład opiekę i wychowanie dzieci, liczy się żywa gotówka, którą otrzymuje do ręki. To, nie bójmy się tego nazwać wprost – prostackie pojmowanie wsparcia socjalnego unicestwiło wszelkie przedsięwzięcia poprzedników PiS w tej dziedzinie. I ma rację Grzegorz Schetyna, lider Platformy Obywatelskiej, gdy na zarzuty, że jego partia nie ma pomysłu, co przeciwstawić programowi rozdawania pieniędzy przez PiS, odpowiada, że „500+ zabiło wszystko”. Tak jest w istocie.

Tym bardziej, że natychmiast po ulokowaniu się na rządowych stołkach i w państwowej telewizji PiS zaczął w prymitywny, nieliczący się z faktami, ale w bardzo skuteczny sposób, deprecjonować wszystkie dokonania poprzedników, włącznie z inwestycjami obficie dofinansowanymi z pieniędzy Unii Europejskiej. Zapewne wielu Polaków nie zapomni bezczelnego i do cna kłamliwego stwierdzenia Mateusza Morawieckiego, że z dotacji pochodzących od Unii Europejskiej wybudowano co najwyżej chodniki. No cóż… Ordynarne łgarstwo jest wpisane w uprawianie polityki przez tego człowieka i całego jego ugrupowanie. Przypomnę tylko, że na haśle „Polska w ruinie” wystrzelił do prezydentury człowiek znikąd, który nigdy nie powinien piastować urzędu tej rangi, czyli Andrzej Duda.

Wracając zaś do 500+ trzeba zwrócić uwagę na jedną, bardzo ważną kwestię. PiS rozdaje pieniądze, które w skarbcu państwa zgromadziła koalicja PO-PSL i wywołuje aplauz co i rusz powtarzanym, acz bez zastrzeżeń przyjmowanym banałem, że dzieli się z Polakami bogactwem państwa, bo skoro państwo jest bogate, to obywatele także mają prawo być bogaci.

Nasz Czytelnik zapyta zapewne, dlaczego koalicja PO-PSL nie chciała za swoich rządów dzielić się z Polakami zgromadzonymi w kasie państwa pieniędzmi. Odpowiedź tkwi w roku 2008, kiedy to świat ogarnął największy od lat 30. XX wieku kryzys finansowy. Polskiemu państwu, profesjonalnie zarządzanemu przez rząd Donalda Tuska, udało się uniknąć zapaści gospodarczej i wstrząsów wywołanych tym kryzysem. Polska była wtedy jedynym państwem, które nie poniosło bolesnych konsekwencji tamtego kryzysu. I wszystko wskazuje na to, że właśnie tamte wydarzenia doprowadziły ówcześnie rządzących do przekonania, że nie można szastać pieniędzmi, że trzeba je trzymać w rezerwie na wypadek kolejnego kryzysu. Hossa i bessa charakteryzują się bowiem cyklicznością. Kryzys nigdy bowiem nie mija bezpowrotnie, a wzrost gospodarczy i dobra koniunktura nie trwają wiecznie.

Kaczyński od początku rządów PiS nie podzielał tych obaw i nie miał najmniejszych skrupułów w rozdawaniu pieniędzy, de facto – przekupywaniu społeczeństwa, na które to stwierdzenie funkcjonariusze tej partii reagują świętym oburzeniem. Zapewniają, że jeśli państwo jest bogate to jego obywatele także. Fałsz i obłuda polega na tym, że za rządów PiS urzędnicy państwowi wysokiego szczebla są kastą o najwyższych zarobkach, zaś bogactwo zapewniają obywatelom rzucając im 500 zł jałmużny. I to w sposób wyjątkowo rozrzutny.

Michał Myck oraz Kajetan Trzciński z Centrum Analiz Ekonomicznych (CenEA) opublikowali opracowanie dotyczące zarówno wpływu wprowadzenia 500+ na rynek pracy, jak też statusu beneficjentów tego programu. W odniesieniu do rynku pracy skutek był taki, że nieomal z dnia na dzień odeszło z niego około 200 tys. kobiet, ponieważ otrzymując 500 zł na każde drugie i następne dziecko, opłacało się im nie pracować. Na pierwsze zaś dziecko rodzina otrzymywała 500 zł tylko wtedy, gdy dochód na osobę w rodzinie nie przekraczał 800 zł. Pracodawcy zgłaszali więc wcale nie incydentalne sytuacje, gdy zgłaszał się do nich pracownik z prośbą o obniżenie poborów, by nie przekraczać owego progu dochodowego. W lipcu 2019 próg dochodowy zniesiono i teraz każda rodzina będzie otrzymywać na konto 500 zł na każde posiadane dziecko. Wspomniani wyżej analitycy twierdzą, że może to spowodować powrót kobiet na rynek pracy, które mając zapewniony dochód na utrzymanie dziecka, będą chciały pracować, aby dodatkowo wspomóc rodzinny budżet. Jak to będzie wyglądać w rzeczywistości, czas pokaże.

Niezmierni interesujące są natomiast wyniki analizy dotyczące beneficjentów programu 500+. Zniesienie progu dochodowego sprawiło otóż, że obciążenie budżetu związane z programem wzrosło o 18,3 mld zł i tylko w bieżącym roku pochłonie 40,1 mld, czyli niemal 2 proc. produktu krajowego brutto (PKB). To ogromne obciążenie dla budżetu i co najistotniejsze, jego głównymi beneficjentami wcale nie będą najbiedniejsi. Dla rodzin biednych kwota 500 zł wpływająca każdego miesiąca na konto dla każdego posiadanego dziecka, to rzeczywiście niekwestionowane i istotne wsparcie finansowe, pozwalające opuścić strefę wiecznego ubóstwa. I tym rodzinom te pieniądze są rzeczywiście potrzebne. Ale ci najbiedniejsi i biedni wcale nie skonsumują największej części z wartego ponad 40 mld zł tortu.

Michał Myck i Kajetan Trzciński dokonali dogłębnej analizy rodzin, które obejmuje program 500+. Jej wyniki są zarówno zaskakujące jak i zadziwiające. Okazuje się otóż, że 20 proc. rodzin o najniższych dochodach skonsumuje zaledwie 14,2 proc. pieniędzy z owych 40 mld zł, czyli zaledwie 5,7 mld zł, zaś 20 proc. rodzin o najwyższych dochodach aż 9,46 mld zł. Potwierdza się więc zasada, że większość reform sprawia iż bogaci będą w ich wyniku jeszcze bogatsi, natomiast biedni nieco podniosą standard życia, ale w konfrontacji z bogatymi będą nadal będą biedni, w a tym konkretnym przypadku nawet biedniejsi niż dotychczas.

Jaki jest sens programu, który PiSowska propaganda lansuje jako wsparcie dla dzieci z najbiedniejszych rodzin, skoro największe korzyści odnoszą z jego wprowadzenia wcale nie one lecz ci, którzy są w stosunku do nich na przeciwległym biegunie zamożności. Logikę czegoś takiego znają tylko stratedzy z PiSpartii. Tym bardziej to zadziwiające, że program pochłania ogromne pieniądze, a w coraz gorszej kondycji znajduje się polska służba zdrowia, nie mówiąc już o absolutnym lekceważeniu przez rządzących potrzeb osób niepełnosprawnych i ich opiekunów.

Program 500+, także program tak zwanych „trzynastych emerytur” pozera spore pieniądze z budżetu i niema się co dziwić, że w kasie państwa zaczyna ich już brakować. Ale Kaczyński się tym nie przejmuje. Jeden z memów zawieszonych ostatnio w internecie w sposób żartobliwy i bardzo uproszczony uzasadnia tę beztroskę. Kaczyński w towarzystwie swoich przybocznych mówi tam: „My im [wyborcom] obiecujemy co dla nich zrobimy, oni nas za te obietnice wybierają, a potem oni za realizację tych obietnic płacą”.

Bo tak w istocie jest. Jeszcze nigdy w okresie ostatnich 30 lat tak drastycznie nie rosły w Polsce ceny żywności. Osoby starsze i samotne o niskich świadczeniach emerytalnych czują to najmocniej i nie ma się co dziwić, że w cieniu 500+ gwałtownie rośnie strefa skrajnego ubóstwa. Rząd PiS co chwilę (oficjalnie i po cichu) wprowadza nowe podatki, które zaczynają bić Polaków po kieszeni, ale najmocniejsze uderzeni e nastąpi właśnie w bieżącym roku. Znacząco bowiem mają wzrosnąć opłaty za energię elektryczną, wodę i wywóz śmieci. Podobno wzrost nie dotknie na razie opłat za gaz, ale wszystko wskazuje, że tylko na jakiś czas, by podwyżek nie kumulować w czasie. Jeśli zaś przypadkowy człowiek z dawnej Galicji nadal zasiadać będzie w pałacu prezydenckim, nie będzie nikogo, kto mógłby się sprzeciwić drenowaniu kieszeni Polaków przez ich własny rząd.

Marek Kober