Aborcja po polsku

str-16-aborcja

W piątek, 23 marca, ulice kilkudziesięciu polskich miast zapełniły się tłumem polskich kobiet protestujących przeciwko projektowi „Zatrzymać aborcję”, który znosi prawo do przerwania ciąży w przypadku dużego prawdopodobieństwa nieodwracalnego upośledzenia płodu albo nieuleczalnej choroby zagrażającej jego życiu. W listopadzie 2017 r. projekt trafił do Sejmu, a w marcu tego roku, ponaglani przez polski Kościół katolicki posłowie rządzącej partii zaopiniowali go pozytywnie w sejmowej komisji sprawiedliwości. Wszystko wskazuje na to, że uległość wobec Kościoła sprawi, iż jeszcze w tym miesiącu zajmie się projektem komisja polityki społecznej i rodziny, a następnie trafi pod glosowanie w Sejmie.

Podczas piątkowych protestów kobiet (uczestniczyli w nich licznie mężczyźni, także całe rodziny z dziećmi) doszło do swoistego precedensu – po raz pierwszy w kilku miastach kobiety protestowały przed budynkami kurii, a tam wyróżniały się transparenty z wymownymi hasłami: „Jarosławie i Kościele nie decyduj o mym ciele”, „Polska laicka, nie katolicka”, „Kuria mać”. Pod bramą katedry na Ostrowie Tumskim w Poznaniu, gdzie jest siedziba tamtejszej kurii tłum skandował: „To jest strajk ostrzegawczy”, a potem ludzie zaśpiewali frazę „Biskupi, niestety, musicie szanować kobiety”, a na transparentach widniały hasła: „Rząd nie ciąża, usunąć go można”, „Polka walcząca”.

Protesty z ostatniego „czarnego piątku” to kolejne wydarzenie trwającego od wieków sporu o prawo kobiet do przerwania niechcianej ciąży. Antagoniści to Kościół katolicki wspierany przez poddające się jego woli rządy (Polska jest jednym nielicznych obecnie krajów, gdzie jest to szczególnie widoczne), z drugiej strony kobiety. Wszystko wskazuje na to, że zamiast korzyści, restrykcyjne prawa antyaborcyjne doprowadziły do dziesiątek jeśli nie setek tysięcy zgonów kobiet, które w pokątny sposób próbowały usunąć niechcianą ciążę. Jak te próby wyglądały na przestrzeni wieków przedstawimy niżej, z racji skromności miejsca, w telegraficznym skrócie.

Kościół katolicki co prawda od zarania swych dziejów głosił, że wielodzietność, to łaska Boża, ale jego „owieczki” były pod tym względem w wielu przypadkach zupełnie odmiennego zdania. Arystokracja i magnaci wzbraniali się przed licznym potomstwem, by uniknąć rozdrobnienia majątku, biedni także, ale dlatego, by nie popaść w jeszcze większą biedę. Gdy więc kobieta zaszła w ciąże, której nie chciała, imała się wszelkich sposobów, by ją usunąć.

Od najdawniejszych czasów popularną metodą było opuszczanie krwi, by wywołać menstruację, ale tego zabiegu dokonywali lekarze lub akuszerki, tym samym zabieg był dostępny ludziom majętnym. Ludzie z gminu faszerowali się ziołami, które w arsenale znachorek, czarownic i szeptuch, liczyły około stu pozycji. Wśród gatunków roślin, które wywoływały poronienie, najpopularniejszy był wawrzyn, czyli liść laurowy, a w opracowaniach etnografów można przeczytać, że także czerwona róża, limoiza, maruna biała, siemię marchwiane, dopochwowe globulki z ruty zmieszanej z wydzieliną bobra. Spędzanie płodu było zabiegiem niebezpiecznym, a jeden z przypadków, który zakończył się tragicznie, stał się udziałem Józefiny, drugiej żony targowiczanina Szczęsnego Potockiego. Po zastosowaniu zbyt dużej ilości środków poronnych, zmarła.

W różnych okresach czasu stosowano różne kary za spędzenie płodu. Normą było więzienie, ale było i tak, że traktowano je jako dzieciobójstwo, czyli karą śmierci. Hipokryzja i obłuda nie jest wymysłem czasów współczesnych i z pism historyków epoki, na przykład XVIII wieku, można wyczytać, że najlepszym sposobem na pozbycie się niechcianej ciąży była spowita tajemnicą wizyta w warszawskim szpitalu pod wezwaniem nomen omen Dzieciątka Jezus. Ksiądz Jędrzej Kitowicz, historyk, pisał o tym procederze następująco: „Zdarza się też i to, acz nieczęsto, że osoby nieznajome przychodzą albo i z daleka przyjeżdżają do tego szpitala: w wielkim sekrecie uwolniwszy się od brzemienia, powracają tam, skąd się wzięły, zapłaciwszy szpitalowi sowicie za swoje oczyszczenie”.

Pod zaborami aborcja była karana ciężkim więzieniem. Na 5 lat więzienia skazywano kobiety w zaborze austriackim i pruskim. Najłagodniej traktowali kobiety początkowo Rosjanie, którzy skazywali ciężarne na 3 lata więzienia. Większy wyrok otrzymywali ci, którzy aborcji dokonywali, czyli akuszerka lub lekarz. Wymierzano im karę nawet 6 lat więzienia. W miarę upływu lat kary za aborcję stawały się jednak coraz surowsze. W Królestwie Kongresowym matce groziło już 10 lat więzienia, lekarzom lub akuszerkom zesłanie na Sybir lub do guberni azjatyckich. Od 1869 r. Kościół katolicki nakładał za aborcję ekskomunikę.

Surowe prawo zaborców utrzymało się w wyzwolonej Polsce aż do roku 1932. Do tego czasu z roku na rok rosła liczba terminacji ciąży. Oczywiście w podziemiu. Szacowano, że w samej Warszawie dochodziło rocznie do ok. 22 tys. aborcji. Liczby dotyczące całej Polski są równie wielkie. Mimo wysokich kar coraz więcej kobiet decydowało się na ten krok. Tadeusz Brzeziński, historyk medycyny i lekarz, twierdzi, że w roku 1922 dokonano w kraju ponad 256 tys. aborcji, cztery lata później już ponad 320 tys., a 11 lat później liczba terminacji ciąży przekroczyła pół miliona, oscylując wokół 513 tys.

W kraju panowała bieda i kobiety pozbywały się niechcianej ciąży pokątnie, w tragicznych warunkach. Najpowszechniejszą metodą było aplikowanie do macicy jodyny, która wywoływała poród martwego już płodu, a resztki wypłukiwano mydlinami przy użyciu strzykawki. Była to jedna z najmniej drastycznych metod, wszak wcale nierzadkie były sytuacje, że zabieg aborcyjny dokonywano przy użyciu szprychy do roweru. Nic tedy dziwnego, że liczba kobiet zmarłych w wyniku powikłań po takim „zabiegu” szła w dziesiątki tysięcy. Dopiero w roku 1932 zliberalizowano prawo, które dopuszczało aborcje w dwóch przypadkach: zagrożenia życia lub zdrowia kobiety oraz ciąży będącej wynikiem przestępstwa. Pod wpływem Kościoła wykreślono zapis umożliwiający aborcję w sytuacji niemożności wychowania dziecka przez kobietę ze względu na jej sytuację materialną i społeczną. Efekt? Polska zaludniła się porzuconymi dziećmi, które jeśli jakoś dożyły dorosłości, wegetowały w zaułkach okupowanych przez bezdomnych. Nowe prawo preferowało kobiety majętne, które było stać na opłacenie świadectwa zagrażającego jej zdrowiu lub życiu. Biedne nie miały na to szans.

Podczas okupacji władze hitlerowskie zniosły w Polsce wszelkie zakazy, ale w samych Niemczech aborcja była całkowicie zakazana. Czasy PRL to czasy najbardziej liberalnych przepisów dotyczących tej kwestii. Do niemal niezmienionych dwóch zapisów prawa uchwalonego w roku 1932 dodano trzeci, który de facto umożliwiał przeprowadzenie aborcji każdej kobiecie, bo ze względu na trudne warunki życiowe.

W wolnej Polsce na scenę wkroczył jak najbardziej jawnie i bez jakichkolwiek ceregieli Kościół katolicki. W 1989 r. w Sejmie pojawił się projekt ekspertów Komisji Episkopatu Polski całkowicie zakazujący aborcji. W 1993 r. uchwalono obecną ustawę, która dopuszcza aborcję w trzech przypadkach: gdy zagraża życiu i zdrowiu kobiety, gdy jest wynikiem przestępstwa oraz wtedy, gdy występuje duże prawdopodobieństwo ciężkiego i nieodwracalnego upośledzenia płodu albo nieuleczalnej choroby zagrażającej jego życiu.

PiS wspiera zaostrzenie ustawy, czego dowodem wypowiedziane kilka miesięcy temu słowa Jarosława Kaczyńskiego: Będziemy dążyli do tego, by nawet przypadki, kiedy dziecko jest skazane na śmierć, kończyły się porodem. Tymi słowami wywołał wściekłość kobiet i trwające do dziś protesty.


Ewelina Kaszubska