Absolwent „akademii mordu i grabieży”

str-23-stefan-czarniecki

Pod względem posiadanego majątku ojciec tego chłopca mógł buty czyścić wielkim magnatom Polski i Litwy, ale był szlachcicem i oczywiście nigdy by się do tego nie zniżył. Nie można jednak powiedzieć, że był bidulą uzależnionym od „łaski pańskiej”. Posiadał co prawda tylko dwa łany ziemi, ale ten jeden tylko łan, która to miara powierzchni zupełnie jest nieznana współczesnym, odpowiadał dzisiejszym 18 hektarom. W sumie ojciec chłopca miał więc gospodarstwo o powierzchni ok. 36 ha, a być może nawet większe, ponieważ łan nie był wtedy miarą zbyt precyzyjną, bo było kilka jego odmian.

W Polsce dawnych wieków rozróżniano więc łan flamandzki (17,5 ha), frankoński (25,8 ha), jakby tego było mało wprowadzono też łan chełmiński zwany mniejszym, który odpowiadał 17,95 ha. Rozpiętość była więc duża. Tatuś naszego młodzieńca poza ziemią posiadał też młyn, pewnie po dziadku, który jak wskazują pewne źródła, był członkiem wspólnoty Braci Polskich, czyli Arian. Arianie zniknęli z polskiego pejzażu religijnego w latach kontrreformacji, która szczególnie w Polsce była bezwzględna wobec przedstawicieli innych wyznań. Ale to inna historia…

O życiu naszego bohatera zadecydowała płodność oraz zdrowie rodziców. Gdyby tatuś nie był krzepki, a mama byłaby chorowita, Krzysztof Czarniecki herbu Łodzia i Krystyna de domo Rzeszowska nie spłodziliby dziesięciu chłopców. Gdy młodzież dorosła stało się jasne, że dwa łany ziemi oraz młyn, to za mało, by każdemu z synów zapewnić godną przyszłość. Gdyby ojciec chciał być dobry po równo dla każdego z nich, uczyniłby ze swoich potomków szlachciurów zagrodowych, czyli takich, którzy poza tytułem szlacheckim mają niewiele albo nic, a których na magnackich dworach a i w karczmach także, zwano pogardliwie „gołodupcami”. Ojciec naszego bohatera nie miał jednak zamiaru być dobrym dla wszystkich swoich synów „po równo”, toteż wiadomo było, że kilku z nich musiało pójść swoją drogą, a droga, na której wtedy młodzianie budowali świeckie kariery, było wojsko.

Na drogę kariery wojskowej musiał więc wejść także nasz bohater, a gdy na nią wchodził ani on, ani tym bardziej ktokolwiek z jego bliskich nie przypuszczał, że jego nazwisko zapisze się na zawsze w historii wojskowości Rzeczypospolitej, a tym bardziej, że znajdzie się w tekście polskiego hymnu. Młodzian ów miał na imię Stefan i był oczywiście z rodu Czarnieckich. To wiemy na pewno. Nie wiemy na pewno, kiedy się urodził, wszak nie ma pisanego źródła, w którym pojawiłaby się ta data. Wiadomo, że przyszedł na świat w Czarncy koło Włoszczowy, gdzie był wspomniany majątek ojca. Historycy przyjmują, że przyszedł na świat w roku 1599. Nie wiedzą też na pewno, do jakich szkół uczęszczał, a jeśli już to historycy wymieniają kolegium jezuickie w Krakowie. Z domu miał pod Wawel ok. 100 km to w trzy-cztery dni doszedłby na butach, a konno szybciej.

Nie ma także stuprocentowej pewności, jaki był początkowy przebieg jego wojskowej kariery. Są historycy, którzy twierdzą, że w wojsku znalazł się w roku 1621 i nieomal z marszu wziął udział w bitwie z Turkami pod Chocimiem w szeregach… Lisowczyków. Dotychczas pisało się o Czarnieckim jako Lisowczyku nieśmiało, wszak to przecież bohater narodowy, który pogonił Szwedów z Rzeczpospolitej przez morze, na dodatek uwieczniony w trzeciej zwrotce polskiego hymnu (Jak Czarniecki do Poznania/Po szwedzkim zaborze/Dla ojczyzny ratowania/wrócim się przez morze), a Lisowczycy? Ta formacja obrosła w świadomości Polaków romantyczną legendą żołnierzy bitnych i niepokonanych w bojach, ale legenda nie ma nic wspólnego z rzeczywistością. Lisowczycy to byli mordercy i grabieżcy, którzy nie mieli w sobie litości dla nikogo. Faktem jest, że byli waleczni, świetnie wyszkoleni i zorganizowani, ale okrutni i bezwzględni dla pokonanych. Gdyby te cechy zostawili na polach bitew, wszystko byłoby w porządku, ale Lisowczycy byli tacy sami w postępowaniu z ludnością cywilną.

Co najistotniejsze nie było to z ich strony całkowite warcholstwo, ponieważ celem utworzenia oddziału Lisowczyków było odciążenie skarbu Rzeczypospolitej od obowiązku wypłacania im żołdu. Zamiast żołdu zapewniano im pełną swobodę w zagarnianiu łupów wojennych, co stanowiło ich jedyne wynagrodzenie za służbę. Z tym że Lisowczycy nadane im prerogatywy rozciągnęli także na ludność cywilną. Służąc w formacji Lisowczyków Stefan Czarniecki musiał poznać wszystkie okrucieństwa ówczesnych wojen, wszak formację tę uważano za swoistą „akademię mordu i grabieży”, a w krajach Europy, przez które przeszli (bo służyli dla różnych władców) jeszcze dwa wieki później, bo w dobie napoleońskiej, opowieściami o ich okrucieństwach dyscyplinowano niegrzeczne dzieci.

Ale to nie doświadczenie zdobyte w siejącej przerażenie formacji sprawiło, że ubogi, słabo wyedukowany i raczej nieokrzesany młodzieniec stał się z czasem jednym z pierwszych żołnierzy Rzeczypospolitej. Jakim cudem prosty szlachcic został hetmanem, które to stanowisko było niemal na wieczność przypisane członkom magnackich rodów? Co zatem o tym zadecydowało? Historycy twierdzą, że trochę sprytu na pewno, sporo szczęścia i jednak krok za krokiem zdobywane doświadczenie na polach bitew.

Służył pod rozkazami hetmana wielkiego koronnego Stanisława Koniecpolskiego, a bezpośrednim dowódcą chorągwi, w której walczył był jego starszy brat Paweł – doświadczony i utalentowany oficer, któremu Koniecpolski powierzał samodzielne działania. Starszy brat miał wielki udział w szlifowaniu kariery wojskowej Stefana. W 1624 r. Stefan Czarniecki wziął udział w bitwie pod Martynowem, kiedy to Koniecpolski pokonał podczas odwrotu Tatarów dowodzonych przez słynnego Kantemira. Cały czas był w służbie Rzeczypospolitej. Walczył z Rosjanami, Tatarami, Szwedami. Popularność w wojsku zdobył sobie udziałem w wielu bitwach z Kozakami Bogdana Chmielnickiego. Podczas bitwy nad Żółtymi Wodami był podczas decydującej bitwy jako poseł strony polskiej w obozie tatarskim, został zatrzymany i wzięty do niewoli. Jedna wersja podaje, że został wywieziony na Krym, inna, że zbiegł z tatarskiej niewoli do twierdzy Kudak, ale po jej zdobyciu przez Kozaków ponownie dostał się do niewoli, znów z niej uciekł i znów został ujęty. Ostatecznie wykupiono go z niewoli rok później.

Od roku 1649 kariera Stefana Czarnieckiego nabrała przyspieszenia. Był popierany przez hetmana wielkiego koronnego Mikołaja Potockiego, był też cenionym doradcą Jana Kazimierza i to on miał namówić króla do przerzucenia sił pod Beresteczko, gdzie armia koronna na przełomie czerwca i lipca 1651 r. pokonała Chmielnickiego wybijając w pień podczas pościgu po bitwie 30 tys. jego Kozaków. Rok później Chmielnicki się zemścił i po przegranej przez hetmana Marcina Kalinowskiego bitwie pod Batohem, kiedy to wymordował 5 tys. polskich jeńców, doborowych żołnierzy stanowiących trzon kadry oficerskiej polskiej armii. Czarniecki przeżył tę rzeź ukryty w stercie słomy. Rok później wysłany został na Bracławszczyznę, gdzie na czele 8 tys. jazdy i dragonów oczyszczał z załóg kozackich tamtejsze fortece i osady. Podczas jednej z takich akcji otrzymał ranę postrzałową w podniebienie.

Stefan Czarniecki był żołnierzem, który brał udział we wszystkich ważnych bitwach toczonych za jego życia przez Rzeczpospolita Obojga Narodów, acz w świadomości Polaków zapisał się, jako ten który przepędził z kraju Szwedów. Nie jest to prawdą, acz prawdą jest, że był dobrym dowódcą, a w walkach podjazdowych przeciwko wojskom szwedzkiego króla okazał się niezastąpiony, ujawniając w tej dziedzinie wielki talent i wielkość. Brał bezpośredni udział w walkach i jak mało który z wielkich dowódców, był tez wielokrotnie ranny. Historycy wojskowości oceniający Czarnieckiego są raczej zgodni co do tego, że nie był on najzdolniejszym dowódcą, nie znał się na nowoczesnej taktyce i strategii, przeceniał rolę jazdy, ale jako wódz był zdecydowany, umiał szybko podejmować decyzje, przy czym miał też skłonność do ryzykanctwa i brawury, co nie zawsze przynosiło spodziewane efekty. Poza tym… jego podkomendni słynęli z bezwzględności podczas walki, a jego wojska dopuszczały się morderstw na jeńcach i ludności cywilnej. Przypuszcza się, i nie bez racji, że wielki wpływ miała na to jego wojskowa edukacja w „akademii mordu i grabieży” u Lisowczyków, a także oglądanie na własne oczu rzezi dokonanej przez Tatarów i Kozaków na polskich jeńcach po bitwie pod Batohem. Do buławy hetmana dążył przez całe życie i otrzymał ją, ale już niemal na łożu śmierci.

Był zaufanym doradcą króla Jana Kazimierza, ale jako polityk nie zapisał się w swej epoce niczym szczególnym. Z łupów wojennych zgromadził ogromny majątek, całe życie dążył do założenia znaczącego rodu, ale nigdy nie doczekał się syna. Zmarł 16 lutego 1665 r. w Sokołowce koło Złoczowa podczas podróży do Lwowa. Przyczyną była kolejna rana – postrzał, który otrzymał podczas tłumienia buntu w Stawiszczu.

Andrzej Fliss