Afera GetBack

str-15-afera-getback

W Polsce kroi się nowa afera finansowa. Giełdowa spółka GetBack, która jeszcze w kwietniu zachęcała inwestorów do kupna emitowanych przez siebie obligacji, nagle stanęła na progu bankructwa. Jej straty szacowane są na ok.2,5 mld zł (ok. 833 mln dol. kan.), a głównymi poszkodowanymi jest ok. 10 tys. osób, które te obligacje wykupiły. W chwili debiutu na warszawskiej giełdzie akcje GetBack kosztowały ok. 28 zł, dziś zaledwie 3 zł.

Gdy nagle okazało się, że spółce grozi plajta, opozycyjne partie PO i Nowoczesna natychmiast zażądały powołania sejmowej komisji śledczej w tej sprawie, ale PiS ustami swojej rzeczniczki Beaty Mazurek ostro oświadczył, że żadnej komisji nie będzie. Opozycja zażądała powołania komisji, ponieważ od dawna było wiadomo, że GetBack jest powiązany z partią rządzącą i długo był pod „parasolem ochronnym” kontrolowanych przez PiS instytucji państwa (Komisja Nadzoru Finansowego, Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego). Powinny one były dużo wcześniej poinformować opinię publiczną o sytuacji finansowej spółki i zagrożeniach, jakie ona stwarza dla inwestorów.

Działacze PiS są za cwani, by oficjalnie i bezpośrednio wiązać się z instytucjami finansowymi, ale nieoficjalne i pośrednie związki są ewidentne. GetBack sponsorował media bezkrytycznie wspierające partię rządzącą, był też sponsorem imprez przez nie organizowanych, na przykład gali związanej z przyznaniem tytułu „Człowieka Wolności”, którą tygodnik „Sieci” nagrodził mgr Julię Przyłębską, szefową spacyfikowanego przez PiS Trybunału Konstytucyjnego. Sponsorowane przez GetBack imprezy organizowały także inne związane z PiS media, a nagrody podczas uroczystych gali odbierali tam także premier Mateusz Morawiecki i zwykły poseł Jarosław Kaczyński. Dziś wszystkie te media wypierają się , jakoby otrzymywały jakiekolwiek pieniądze od GetBack.

Spółka GetBack powstała w 2012 r. Jej założycielem był Leszek Czarnecki, większościowy udziałowiec Getin Holding S.A., który prowadzi działalność w sferze bankowości , usług leasingowych oraz pośrednictwa finansowego nie tylko w Polsce, także na Białorusi, w Rumunii, Rosji i na Ukrainie. Głównym celem działania spółki GetBack było skupowanie pakietów długów od banków, instytucji finansowych, operatorów sieci komórkowych i odzyskiwanie tych długów. Cena pakietu długów jest zawsze niższa od jego nominalnej wartości, a firma windykacyjna zarabia na różnicy między ceną, za którą kupiła dług, a jego odzyskaną wartością. Finansiści związani z rynkiem wierzytelności twierdzą, że GetBack działał bardzo agresywnie, przebijał ceną zakupu pakietu długów inne firmy windykacyjne i dziś szacują, że aby wygrać z konkurencją przepłacał o ok. 30 proc. W ostatnich dwóch latach działalności był kupcem nr 1 na runku długów, bo skupował 85% wierzytelności oferowanych do sprzedaży.

Agresywna działalność GetBack już od startu zaczęła przynosić spółce duże korzyści. Na transakcjach skup długu – odzyskiwanie długu, spółka świetnie zarabiała. Jej zysk netto co roku niemal się podwajał. Na przykład w 2015 r. wyniósł 120,3 mln zł, a już rok później 200 mln zł. Firma działała nie tylko na rynku polskim, ale także w Rumunii, Bułgarii i Hiszpanii. W ubiegłym, 2017 r., GetBack zadebiutował na Giełdzie Papierów Wartościowych, a jego giełdowa wycena oscylowała na poziomie 2,5 mld zł. Ale w wymaganym terminie w tym roku spółka nie opublikowała raportu finansowego za rok 2017, podawała tylko wygodne dla siebie dane, toteż w połowie kwietnia giełda zawiesiła jej notowania. Zaś ABW i KNF nadal milczały.

Firmy windykacyjne, a GetBack na pewno, skupują wierzytelności z reguły za pożyczone pieniądze w bankach, także uzyskiwane z emisji obligacji i akcji. Na razie nie wiadomo, co dokładnie doprowadziło spółkę na skraj bankructwa. Czy koszty własne, czyli m.in. szastanie pieniędzmi dla zapewnienia sobie przychylności władzy, czy nieumiejętne zarządzanie firmą. Specjaliści z branży twierdzą, że przede wszystkim to drugie, czyli skupowanie jak największej ilości pakietów wierzytelności po cenach zdecydowanie wyższych od tych, które oferowała konkurencja, byle tylko tę konkurencję przebić. No i w pewnym momencie GetBAck stracił płynność finansową.

Przysłowiowe mleko rozlało się, gdy „Dziennik Gazeta Prawna” poinformował w jednym ze swoich wydań, że prezes GetBack, Konrad Kąkolewski, między 13 a 18 kwietnia wysłał dwa listy do premiera Morawieckiego oraz po jednym do prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego i do Komisji Nadzoru Finansowego. Nagabywany przez media Kąkolewski nie chciał ujawnić treści listów, ale autor artykułu w DGP napisał, że prezes postanowił się bronić podobnie jak szefowie słynnego amerykańskiego banku Lehman Brothers, od którego upadku rozpoczął się światowy kryzys finansowy w 2008 roku. Czyli że GetBack jest zbyt duży, by mógł zbankrutować, bo jego bankructwo może rozpocząć krach całego polskiego rynku finansowego, a także niekorzystnie odbić się na wizerunku rządzącej partii, ponieważ społeczeństwo upadek spółki może nazwać „piramidą finansową PiS”. Domagał się wsparcia GetBack przez państwo w wysokości 250-300 mln zł. W swoich listach prezes Kąkolewski powoływał się też na zasługi GetBack w wspieraniu „dobrej zmiany” oraz instytucji powiązanych z PiS. W międzyczasie wyszło na jaw, że w sprawie ratowania GetBack u premiera Mateusza Morawieckiego interweniował ojciec, Kornel Morawiecki. Ale nadal nie było reakcji władzy, a premier nie godził się na publikację listu.

Przyspieszenie nastąpiło po opublikowaniu (w czwartek, 14 czerwca) przez „Gazetę Wyborczą” kopii listu Kąkolewskiego do Kaczyńskiego. Natychmiast zareagowała kancelaria premiera, która upubliczniła oba listy. Potwierdziło się to, o czym pisał dziennikarz „Dziennika Gazety Prawnej”. „Gazeta Wyborcza” napisała zaś, że w piątek (15 czerwca) Kąkolewski wysłał do redakcji maila, w którym dziękował za publikację listu i zaproponował spotkanie, podczas którego miał zrelacjonować związki z PiS i prorządowymi mediami. W sobotę Kąkolewski poleciała na krótko do Izraela, a gdy wrócił, został na lotnisku zatrzymany przez agentów Centralnego Biura Antykorupcyjnego. Odczytano to jednoznacznie, jako uniemożliwienie przekazania przez Kąkolewskiego informacji mediom o związkach kierowanej przez niego spółki z PiS.

Robert Suliński