Amant z trucizną i pistoletem

str-26-amant

Żył równo 56 lat. Urodził się 31 stycznia 1911 roku w Krakowie i także 31 stycznia, ale już w roku 1957, zawisł na szubienicy słynnego krakowskiego więzienia na ulicy Montelupich. Nazywał się Władysław Mazurkiewicz. To jeden z kilku polskich seryjnych morderców. Aczkolwiek pod względem liczby ofiar nie może się równać ze zwyrodnialcami z USA, Rosji, Ukrainy czy Ameryki Południowej, którzy bez najmniejszych skrupułów mordowali po kilkadziesiąt osób i wyżywali się na nich seksualnie. Nie może się równać, ale jednak unicestwił siedem istnień ludzkich. Mordował dla pieniędzy. Jego proces elektryzował polską opinię publiczną ery gomułkowskiego przełomu. Gazety z relacjami z procesu były rozchwytywane, a wiele kobiet wycinało i kolekcjonowało jego zdjęcia.

Władysław Mazurkiewicz był zaprzeczeniem wyniszczonego i zaniedbanego biedaka, któremu udało się przetrwać okupację i pierwsze lata powojennej nędzy. Miał wygląd filmowego amanta tamtych lat i zachowywał się jak amant tamtych lat. Uwodził maniery światowca. Był szarmancki wobec kobiet, z elegancją, ale też wystudiowaną wyższością odnosił się do ich partnerów. Nosił garnitury z najlepszych materiałów, miał wypielęgnowane ręce, włosy ułożone na brylantynie na ówczesną modłę, nic tedy dziwnego, że zniewalał kobiety już samym swoim wyglądem. Ojciec Mazurkiewcza był skromnym zecerem, matka zaś kobietą nieprzeciętnej podobno urody, ale tęskniącą za wielkim światem, który kładłby się u jej stóp, toteż kilka lat po urodzeniu Władysława, opuściła męża. Wyjechała do Warszawy z mężczyzną, który był w jej przekonaniu ucieleśnieniem owego „wielkiego świata”, ale widocznie bardzo szybko zreflektowała się, że to jednak nie to i rozstała się ze światem doczesnym popełniając samobójstwo.

Po wyjeździe matki wychowaniem dziecka zajął się ojciec i początkowo wydawało się, że chłopak wyrośnie w kulcie pracy i dochodzeniu dzięki niej do wysokiej pozycji społecznej. Władek uczył się bowiem bardzo dobrze, potem dostał się na studia prawnicze na Uniwersytecie Jagiellońskim, ale po dwóch latach, z nieznanych powodów opuścił krakowską alma mater. Trzy lata uczył się w specjalistycznej szkole zawodowej, został, jak ojciec, drukarzem i tak jak ojciec otrzymał pracę w Drukarni Narodowej. Nie była to praca za bardzo absorbująca, toteż Władzio nie narzekał na brak wolnego czasu, tyle tylko że spędzał go na prowadzeniu półlegalnych i nielegalnych interesów, a uzyskanego pieniądze „inwestował” w hazard.

Jednak ówczesny Kraków tętnił życiem kabaretów, knajp i knajpeczek, burdeli i burdelików, nielegalnym hazardem. Urok osobisty zwalniał młodego Władzia od szukania zapomnienia w ramionach prostytutek, jako że ze znajdowaniem partnerek do seksualnych igraszek nigdy nie miał problemów. Uzależniał się jednak od hazardu.

Karciarnie lokowały się w tamtym Krakowie na każdym kroku, zarówno w eleganckich salonach podupadłych ziemian, ale też w piwnicach śródmiejskich kamieniczek. Aby zostać bywalcem tak jednych jak i drugich trzeba było jednak mieć przede wszystkim pieniądze. Młody Władzio zarabiał dobrze w Drukarni Narodowej, ale do systematycznego nurzania się w hazardzie potrzeba było znacznie więcej pieniędzy. Handlował więc „kruszcem”, czyli złotem, także dolarami i antykami. No i gdy miał 28 lat, wybuchła wojna. Jedni tracili życie w upodlających godność człowieka warunkach, inni pławili się w luksusie. Mazurkiewicz należał do tych drugich.

Do dziś nie wiadomo jak to się stało, że po ulicach okupowanego Krakowa Władzio jeździł bez przeszkód swoim własnym samochodem, wiadomo natomiast, że po utworzeniu krakowskiego getta nie miał problemów z wchodzeniem i wychodzeniem przez jego bramę. Jest tajemnicą poliszynela, że podczas okupacji wielu krakowian zbiło fortuną na robieniu „interesów” ze stłoczonymi w getcie Żydami. Mazurkiewicz też miał do nich należeć.

Z wojną i Polakiem narodowości żydowskiej, wiąże się też pierwsza próba zabójstwa, które zamierzał dokonać. Jego ofiarą miał zostać Tadeusz Brommer, oficer Wojska Polskiego, któremu udało się zdobyć fałszywe dokumenty na nazwisko Ryszard Stanecki. Na legalną pracę nie miał szans, więc zajął się handlem. Tym najbardziej rentownym, czyli kruszcem i dolarami. Prędzej lub później musiał się spotkać z Mazurkiewiczem. Gdy to się stało, Mazurkiewicz zamówił u Brommera 10 złotych dolarówek i 4 austriackie dukaty.

Gdy Brommer poinformował zleceniodawcę, że towar już ma, Mazurkiewcz zaproponował mu zrealizowanie transakcji w jego samochodzie w ustronnym miejscu za miastem. Tam poczęstował Brommera bułką z masłem i szynką, co w latach okupacji było niebywałym rarytasem. Ale po dwóch kęsach były oficer poczuł w ustach gorzki smak, wypluł wszystko co miał w ustach, porzucił monety i uciekł. Mazurkiewicz go nie ścigał. Brommer czuł, że drętwieją mu nogi i ręce, ale udało mu się dotrzeć do najbliższych zabudować, gdzie poprosił o mleko. Poczuł się lepiej i pieszo wyruszył do Krakowa. Resztki kanapki, które schował w kieszeni, dał do przebadania znajomemu lekarzowi. Wynik badania był jednoznaczny – cyjanek potasu. Brommer nie zgłosił sprawy na policję, ponieważ obawiał się, że w trakcie dochodzenia może odkryć jego prawdziwą tożsamość, a to równało się aresztowaniu i wywózce do Auschwitz. Poszedł jednak do Mazurkiewicza i zażądał zwrotu złotych monet albo pieniędzy. Był zdumiony, że Mazurkiewicz bez większych targ ów rozliczył się z nim co do grosza. Od tego czasu schodził mu jednak z drogi, przekonany, że ma do czynienia ze szpiclem gestapo. Swoją znajomość z Mazurkiewiczem ujawnił dopiero po aresztowaniu swego niedoszłego zabójcy.

Podczas wojny Mazurkiewicza opętała pasja motoryzacji. Po jej zakończeniu znalazł pracą jako instruktor nauki jazdy, został także ekspertem sądowym z dziedziny motoryzacji i często tytułował się „inżynierem”. Był już wtedy żonaty. Po wojnie zamieszkał ze swoją podobno „piękną Heleną”, w centrum Krakowa, przy ul. Biskupiej. Pod koniec lat 40. został pracownikiem Polskiego Czerwonego Krzyża, z którym przemierzył wiele krajów Europy, ale nie zdecydował się zostać na Zachodzie. Przy okazji przemycał na Zachód dolary, złoto i cenną biżuterię, na czym zbijał majątek, przepuszczany niemal natychmiast podczas gry w karty i w kasynach.

Po powrocie na stałe do kraju, powrócił też na ścieżkę morderstw. Nauczony fiaskiem zabójstwa „na kanapkę z cyjankiem” kupił na czarnym rynku pistolet. Mordował z zimną krwią. Majętnych ludzi, którzy chcieli coś sprzedać lub kupić zapewniał, że zawiezie ich swoim samochodem do klientów. Umawiał się w garażu, wcześniej upewniał się, czy posiadają przy sobie pieniądze lub towar mający być przedmiotem transakcji. Pod pozorem otwarcia drzwi garażu przechodził na tył samochodu i strzelał z pistoletu w tył głowy swoich ofiar. Zwłoki dwóch kobiet, żony i szwagierki „króla” krakowskiego czarnego rynku, zabetonował w podłodze swego garażu. Owego zaś „króla” zamordował w podobny sposób, tyle że poza miastem, więc jego ciało najpierw wrzucił do bagażnika samochodu, a po zmierzchu do Wisły.

Zbrodniczą karierę „pięknego Władzia”, jak nazwali go w swoich sądowych sprawozdaniach dziennikarze, zakończyła próba zabójstwa Stanisława Łopuszyńskiego. Znany był z tego, że po kilkunastu latach od opisywanych wydarzeń zalał całą Polskę produkowanymi przez siebie okularami przeciwsłonecznymi z obowiązkową na każdym egzemplarzu naklejką „Italy” albo „France”. Ale to było później.

Mazurkiewicz poznał Łopuszyńskiego w 1955 r. Zaproponował mu biznes na zegarkach. Łopuszyński przystał na to i przyjechał do Krakowa z pieniędzmi, by sfinalizować transakcję. Mazurkiewicz wziął pieniądze, zapewnił, że towar jest w drodze i zaczął obwozić swojego gościa po najlepszych krakowskich lokalach. Pojechali także do Zakopanego. W drodze powrotnej, gdy pijany Łopuszyński zasnął, Mazurkiewicz zatrzymał samochód, wysiadł i sprawdzonym sposobem strzelił z pistoletu w tył głowy swego pasażera. Pistolet jednak zawiódł, kula nie opuściła lufy ze zwykła mocą, ale Łopuszyńskiego obudził wstrząs i huk, a po chwili z tyłu głowy wymacał ranę. Mazurkiewicz powiedział, że dla żartu, aby go obudzić, rzucił petardę. Na pogotowiu lekarze bez wdawania się w szczegóły opatrzyli ranę i następnego dnia Łopuszyński wrócił do stolicy. Po powrocie do domu Łopuszyńskiego ciągle jednak bolała głowa, poszedł więc do lekarza. Badanie rentgenowskie wykazało, że w jego czaszce tkwi kula. Stało się jasne, że miał zostać zamordowany.

I to był koniec „pięknego Władzia”. Został ujęty w jednej z zakopiańskich kawiarni, jak zwykle w nienagannie skrojonym garniturze, w białej koszuli i pod krawatem, z filiżanką kawy w ręku. To była jesień 1955 r. Proces nie trwał długo. 30 sierpnia krakowski sąd orzekł, że jest winny siedmiu zabójstw i skazał go na karę śmierci, Wyrok wykonano pięć miesięcy później.

Robert Suliński