Anna Walentynowicz – zmieniona biografia

str-16-anna-walentynowicz

Piedestał, na który wyniesiono wizerunek tej kobiety, wydawał się nie do ruszenia. Sam zaś wizerunek to kwintesencja niezłomności, odwagi, a nawet bohaterstwa. Ktokolwiek odważyłby się coś w nim zmieniać, jeszcze przed podjęciem nawet próby dokonania takiej zmiany, okrzyknięty byłby człowiekiem niegodnym. Pisano o niej artykuły, reportaże, chyba tylko wierszy brakło, a nieżyjący już reżyser Adam Hanuszkiewicz poświęcił jej spektakl. Piewca obecnej władzy, Sławomir Cenckiewicz, tworzący na nowo historię roku 1980 i lat późniejszych, napisał jej nie tyle biografię co hagiografię, wysławiając pod niebiosa. Była bowiem w opozycji do Lecha Wałęsy, a przecież wiadomo, że każdy kto był i jest w opozycji do Lecha Wałęsy, jest mile widziany przez Jarosława Kaczyńskiego, który nienawidzi twórcy „Solidarności”, bo po latach, gdy już był prezydentem, wykopał jego i brata z prezydenckiej kancelarii.

Wszystkie te hymny pochwalne nie dotyczyły oczywiście Emilii Plater czy Marii Curie-Skłodowskiej. Hołdy owe poświęcono skromnej suwnicowej z Gdańska, która się nazywała Anna Walentynowicz. „Wadza” dzisiejszej Polski najbardziej by była zadowolona, gdyby ktoś odkrył, że Anna Walentynowicz zasuwała na tej swojej suwnicy do czasu aż to zasuwanie się jej znudziło, poczem zeszłaby z suwnicy i ogłosiła strajk, na który posłusznie stawiłaby się cała Stocznia Gdańska i po jakimś czasie dopiero stanąłby karnie gdzieś na boku tego tłumu wałęsający się wcześniej gdzieś po okolicy Lech Wałęsa. Ale tak nie było, bo historia chciała inaczej.

Nie znaczy to jednak, że Anna Walentynowicz nie była wielką postacią strajków w Stoczni Gdańskiej w sierpniu 1980 roku i że nie od niej się zaczęły. Od niej, ale w kwestii tego początku była postacią bierną. W sierpniu 1980 r. zwolniono ją bowiem dyscyplinarnie z pracy za działalność opozycyjną: roznoszenie ulotek, prowadzenie zbiórek pieniędzy dla prześladowanych robotników z Radomia po wydarzeniach w czerwcu 1978 roku. Pisała też teksty do podziemnego pisma „Robotnik Wybrzeża” i nie bała się podpisywać ich swoim nazwiskiem.

Władza ludowa, która wszystko to wiedziała, bo gdańska stocznia była szczególnie infiltrowana przez agentów bezpieki, uznała, że ma więc prawo w imię wierności robotniczej idei marksizmu-leninizmu wyrzucić Walentynowicz z pracy i to zrobiła. Ale wtedy na scenę wkroczyli: Bogdan Borusewicz, Jerzy Borowczak, Bogdan Felski i Ludwik Prądzyński. Ten pierwszy zorganizował druk tysięcy ulotek, w których napisał, jakim to bezeceństwem władzy jest zwolnienie Anny Walentynowicz z pracy, rozrzucił je w stoczni i, dokonując ogromnego skrótu, można powiedzieć, że tak się rozpoczął strajk, który zmienił historię Polski, Europy a i świata w pewnym stopniu też. Przywództwo strajku objął Lech Wałęsa, a ponieważ strajk był w obronie Anny Walentynowicz, nazwiska tych dwojga zaczęły funkcjonować w mediach całego świata, który z zapartym tchem oczekiwał, jak się zachowa bolszewicka Rosja. Dalszej historii wydarzeń opisywać nie będę, bo tysiąckroć opisali je historycy z cenzusem, ale zatrzymamy się przy życiorysie Anny Walentynowicz.

Skromna nadzwyczaj suwnicowa zaczęła otóż funkcjonować w annałach na obraz i podobieństwo tysięcy Polaków skrzywdzonych przez mocarstwa, szczególnie przez wschodniego satrapę, który sprawił, że Polska, będąca pierwszą ofiarą hitlerowskiego i zarazem bolszewickiego najeźdźcy, wyszła z tej wojny przegrana, mimo że walczyła po wygranej stronie. Anna Walentynowicz miała być właśnie przykładem takiej modelowo skrzywdzonej Polki. Urodziła się bowiem w biednej rodzinie Lubczyków we wsi o nazwie Sienne koło Równego na Wołyniu, czyli do wojny w Polsce, a po wojnie w Ukrainie. Ojciec był wielkim polskim patriotą, jednak poległ podczas kampanii wrześniowej, zaś matka Aleksandra zmarła podczas wojny. Z rodziny nikt poza nią się nie ostał, bo brata Andrzeja siepacze z NKWD wywieźli do gułagu na rozległe bezludzia Syberii i wszelki słuch miał tam po nim zaginąć. Młoda Anna została sama, ale dzięki dobrym ludziom przetrwała ukraińską rzeź na Wołyniu i z tymiż ludźmi przyjechała do Gdańska, bo Polska, w której dotychczas mieszkała, została przez Stalina włączona do ZSRR. I tak to z panią Anną było przez dekadę pierwszą po roku 1980, potem przez drugą i trzecią, ale gdy kończyła się czwarta, dwoje dziennikarzy, Dorota Karaś i Marek Sterlingow, zaczęło grzebać w życiorysie bohaterki strajków z sierpnia 1980 r. i po tym grzebaniu napisali książkę zatytułowaną „Walentynowicz. Anna szuka raju”. Wydał ją Znak. Premiera odbyła się 11 marca br.

Ktoś, kto czytał hagiograficzne biografie Anny Walentynowicz przeciera ze zdumienia oczy czytając książkę dwojga gdańskich dziennikarzy. Zdumienie jest tym większe, że przecież o życiu doczesnym Anny Walentynowicz nie pisali początkujący historycy z warsztatowymi niedostatkami, lecz wytrawni fachowcy i nie mniej wytrawni reporterzy. Trudno przypuszczać, że świadomie przemilczali to, co Anna Walentynowicz postanowiła przemilczać. Trzeba się pokusić o niezbyt chwalebną dla historyków i reporterów konstatację, że gdy bohaterska suwnicowa opowiadała im swoją ciężką młodość, wierzyli jej „na słowo”. A mówiąc o swojej młodości, opowiadała im banialuki.

Dorota Karaś i Marek Sterlingow dotarli do „źródła”, czyli… najbliższej rodziny Anny Walentynowicz i zebrane dane całkowicie przeczą jej opowieści o sobie samej. Miejsce urodzenia i zamieszkania w pierwszych kilkunastu latach życia nie budzą wątpliwości. Ale… Mama pani Anny nie miała na imię Aleksandra lecz Priszka. Ojciec nie miał nic wspólnego z imieniem Jan, ponieważ na chrzcie w cerkwi greckokatolickiej otrzymał imię Nazar. Podczas II wojny światowej rzeczywiście walczył, tyle tylko, że nie w Wojsku Polskim w kampanii wrześniowej, lecz w szeregach Armii Czerwonej niespełna dwa lata później, bo dopiero w Wielkiej Wojnie Ojczyźnianej. Był bowiem Ukraińcem. Brat nie miał na imię Andrzej tylko Iwan i rzeczywiście NKWD wyekspediowało go na Syberię, ale nie za działalność opozycyjną na rzecz Polski lecz w UPA, której był bojownikiem. I wszelki ślad wcale po nim nie zaginął, bo po jakimś czasie wrócił ze zsyłki cały, zdrowy i mieszkał niedaleko rodzinnej wsi. Okazało się też, że pani Anna miała na Ukrainie jeszcze jednego brata, Wasyla oraz dwie siostry – Olgę i Katię, i to one odnalazły swoją siostrę Annę w Gdańsku w latach 90. Walentynowicz skwapliwie skrywała swoje ukraińskie pochodzenie i nie miała zamiaru go ujawniać. Podczas ostatniego spotkania ze swoją przyrodnią siostrą na Ukrainie miała powiedzieć, że jeśli tam umrze, to mają ją tam pochować, ale jeśli umrze w Polsce, to zarówno siostry jak i bracia mają na pogrzeb nie przyjeżdżać.

Książka gdańskich dziennikarzy daje też odpowiedź na pytanie, jak doszło do tego, że dwoje ludzi, którzy stali się symbolem polskich przemian, a te zaważyły przecież na losach świata, z czasem odeszli od siebie, skłócili się i wręcz znienawidzili. Początek owej wrogości był otóż taki, że Walentynowicz stanowczo i głośno sprzeciwiała się, by Wałęsa został szefem „Solidarności”. Twierdziła, że zwykły robotnik do tego się nie nadaje, uważała, że powinien nim zostać ktoś taki jak Jacek Kuroń lub Bronisław Geremek. Potem były mniej lub bardziej istotne sprzeczki, drobne uszczypliwości i skończyło się na absolutnym braku porozumienia oraz wrogości. Ponieważ podobnego zdania na temat przywództwa „Solidarności” był Andrzej Gwiazda, Walentynowicz dołączyła do grona działaczy wokół niego skupionych, zwanego „gwiazdozbiorem”.

Dorota Karaś i Marek Sterlingow piszą o Annie Walentynowicz z szacunkiem, bez krzty złośliwości, oddają jej cześć i chwałę, na co zasłużyła, tyle tylko, że przeciwieństwie do tych, którzy pisali jej biografie wcześniej, odsłaniają pewne istotne fakty z jej życia, które z sobie tylko znanych powodów ukrywała. Po przeczytaniu „Walentynowicz. Anna szuka raju” konkluzja może być tylko jedna – że to jednak Wałęsa miał rację.

Krzysztof Propolski