Apartament w Nowym Jorku

lady-bunia

To brzmi fajnie i kojarzy się z luksusowym apartamentem znanym z filmów. Piękny budynek na Manhattanie, ogromne okna z widokiem na Central Park. To marzenie wielu nowojorczyków. Prawdopodobieństwo zamieszkania w takim to jak szóstka w toto-lotku. – Jak to? -zapytacie zdziwieni. Rzeczywistość wygląda trochę inaczej, dużo inaczej rzekłabym. W tych pięknych apartamentach znanych z dużego ekranu mieszkają milionerzy. Milionerzy wielkiego formatu, nie mylić z rodzimym milionerem który robi zakupy w Biedronce. Milioner w NY mający apartament na Manhattanie zazwyczaj ma kilka domów, w różnych częściach Ameryki i świata. Liczba osób zatrudniona w takiej rezydencji często przypomina załogę przeciętnego hotelu w Polsce. Tutaj gotuje prawdziwy kucharz z tytułami, służba ma odpowiednie stroje. Czas pracy mierzy się jak w koorporacji, GPS-em. Pomidory jada się tylko ze słonecznej Italii czy sery prosto z Francji. Kilkadziesiąt osób dba o to by czteroosobowa rodzina żyła wygodnie. Pan domu używa środka na potencję w spray-u w cenie 2500 dolarów za 40 ml. Śmiałam się i mówiłam do koleżanki, żeby sobie piersi popsikała, ciekawe czy będą sterczące ? Imprezy też robi się z należnym rozmachem, kelnerzy, kucharze, oprawa muzyczna. Najdroższa o jakiej słyszałam to budżet 3 mln dolarów na przyjęcie z okazji czegoś na podobieństwo naszego bierzmowania. To tak dla orientacji. Kiedy przeciętny Kowalski czy Smith zaczyna szukać apartamentu, musi pójść na wiele kompromisów. Bo kiedy chcesz mieć w adresie NYC czyli Manhattan, a to wiadomo robi wrażenie i brzmi światowo, to albo wygrywasz szóstkę w totka w postaci bogatego męża, albo mieszkasz na Manhattanie, który prócz nazwy nic więcej nie ma wspólnego z obrazkami z dużego ekranu. Mieszkanie z widokiem – jeżeli masz w pokoju okno, to już masz szczęście, o oknie w kuchni mało kto nawet marzy. Te ostatnie zazwyczaj są „wykrojone” z korytarza. Jeżeli masz już wymarzone okno to przeżegnaj się zanim przez nie wyjrzysz. Często okna wychodzą na mur kolejnego budynku, te są budowane tak blisko, że mając sąsiada okno w okno można by komuś zupę pomieszać. Mnóstwo budynków jest budowanych w tzw. studnię i okna wychodzą do podwórza. Wtedy nigdy właściwie nie ma słońca. Mieszkanie dwustronne to już prawdziwy cud. Balkon? Ten jest przywilejem dla nielicznych. Nie mogę zrozumieć dlaczego tak mało budynków ma balkony? Może kiedyś się dowiem. Zupełnie odwrotnie niż w Polsce gdzie trzeba się natrudzić żeby znaleźć mieszkanie bez balkonu. Standard wykończenia mieszkań na wynajem takich powiedzmy dostępnych dla przeciętnych ludzi jest pozostawiający wiele do życzenia. Wielkomiejskie to tu są ceny, a nie warunki mieszkaniowe. Tutaj zrozumiałam to co tłumaczono nam, pośrednikom nieruchomości, w Polsce – lokalizacja robi cenę. Jak jest modna lokalizacja, to za byle dziurę, z zardzewiałą kuchenką i obrzydliwą wanną montowaną za czasów dzieciństwa mojej babci staruszeczki, czynsz wynosi 4-5 tys dolarów. Nie mogę się nadziwić, że ludzie mieszkają w takich warunkach. Za luksus na Manhattanie trzeba zapłacić dużo więcej. Kiedy podjęliśmy decyzję o kupnie czegoś swojego to okazało się, że za nasz dom w Polsce (piękny, nowy z ogrodem) możemy kupić kawalerkę na Bronksie. Nie mamy gwarancji czy nie dostalibyśmy kulki w łeb zanim zdążylibyśmy wejść do mieszkania. Kolejny kompromis, na który należy pójść, to nie szuka

tu gdzie chcesz tylko tu gdzie cię stać, martwiąc się czy owa okolica jest bezpieczna. Bardzo dziwne uczucie. W swoim kraju, w swoim mieście wiesz co i gdzie i za ile a tu? Jak w studni, głęboko i ciemno. Oferta znaleziona przypadkiem przez córkę. Na zdjęciu niski blok, a na jego tle duże piękne drzewo. I niech mi ktoś powie, że klient nie kupuje oczami. Oglądanie, milion pytań do agenta i szczera jego odpowiedź: „Nie znam tej okolicy”. Tak, tutaj jest to jak najbardziej możliwe. Ja chciałam po naszemu negocjować cenę. Agent informował mnie, że tutaj się tak nie robi, ale ja uparta jestem i stwierdziłam, że jak mieszkanie jest na rynku ponad trzy miesiące to może się uda. Tak trzy miesiące to długo. No niestety nikt z nami nie dyskutował, kilka osób złożyło ofertę wybrali najlepszą. Chciało mi się płakać, bo to było to! Ja już meblowałam w myślach, już miałam w drzwiach kryształowe klamki, wybrałam zasłonkę do łazienki i kolor farby na ścianę. Pojawiło się następne mieszkanie w tej okolicy, bo na tę się uparłam. Jakoś tak z Polską mi się kojarzy. Idę oglądać. Nie rozglądam się zbytnio, patrzę tylko czy nie jest ciemne, jest do remontu, brzydkie, stare. Mówię: – Bierzemy! Mąż go jeszcze nie widział, od razu oferuje cenę jaką zażądał sprzedający. Żadnych negocjacji tu jest więcej kupujących niż nieruchomosci. Ja nawet nie wiedziałam czy chcę to mieszkanie? Poprzednie to było to! Nauczona doświadczeniem wiem, że drugiego takiego samego nie znajdę. Należy zapomnieć. Trochę boli. Te szafy były obłędne i biała kuchnia. Wymagało jedynie delikatnego liftingu. Rzucamy się w wir formalności. Tutaj Ameryka rzuca mnie na kolana. Nikt mi nie powie, że w Polsce jest biurokracja. Droga przez mękę, nieprzespane noce, milion problemów. Kiedy aplikacja była gotowa 161 stron A4 , tak nie pomyliłam się, wydawało mi się, że już z górki, a tu się dopiero zaczęło. Dokumenty były odsyłane, gubione, przerabiane. O nas wiedzą wszystko, adresy, pracodawcy obecni i poprzedni, od kogo wcześniej wynajmowaliśmy, listy referencyjne, wyciągi z kont bankowych. Tak zarząd spółdzielni miał wgląd w wyciągi bankowe i wie kiedy i gdzie kupiłam leki, prezerwatywy, a może wibrator. Oprócz rozmiaru mojego stanika i długości penisa mojego męża wiedzą wszystko. Więcej niż ksiądz w polskim kościele. Teraz zaczyna się życie w stresie, bo mogą uznać, że robimy zakupy spożywcze w sklepie, którego nie lubią i nie chcą takich mieszkańców. W biurze nikt się nie śpieszy, my czekamy w blokach startowych. Odezwali się po kilku dobrych tygodniach, że dokumenty się zdezaktualizowały i należy donieść nowe z aktualnymi datami. Myślałam, że oszaleję! Miałam serdecznie dość, mąż również, nie kupujemy – odgrażał się. Gdyby nie fakt, że daliśmy duży zadatek i że cokolwiek innego zechcemy to będzie ta sama zabawa, musieliśmy czekać. W tym czasie w Polsce można wybudować dom. Trwało to od lutego do końca lipca. Ja po drodze zapomniałam jak wyglada mieszkanie, nie wiedziałam czy je chcę. Ponieważ nie znam okolicy, jeździłam tam setki razy. Jak tylko umiałam próbowałam sprawdzić okolicę, ciagle męczyłam córkę żeby zaczepiała ludzi i pytała jak się mieszka, czy bezpiecznie? W końcu jedna kobieta zapytała gdzie mieszkamy obecnie, po czym zapytała: – I pani się tutaj obawia? Ja to bym tam nie poszła. Trochę mnie to uspokoiło. Mile zaskoczyła nas procedura kredytowa, nie ważne ile masz lat możesz dostać kredyt na 30 lat. Po raz kolejny poczułam się młoda. Człowiek od kredytów to mistrz świata w swoim fachu. Pełen profesjonalizm, jestem pełna uznania. Na kontrakcie zupełnie inaczej niż w Polsce nikt nie czyta umowy. Papierów cała masa, setki stron, adwokat tylko informował nas, która kupka papierów czego dotyczy. Podpisywania była dobra godzina. Po wszystkim z kluczami w dłoni pojechaliśmy oglądać nasz nowy dom. I co? Niespodzianka z okien piękny widok na korony drzew z pobliskiego parku, a nad nim rozpościera się widok na Manhattan. Nie byłam tego kompletnie świadoma, bo w dniu oglądania było pochmurno…a tutaj Manhattan jak na dłoni. Taki prezent od losu – mieszkanie z widokiem o jakim nawet nie śmieliśmy marzyć.