Baba na haju

byc-kobieta

OPOWIEŚCI LADY BUNII. Kobiety w moim wieku czyli czterdzieści plus, bywają szalone, wesołe, ciekawe świata. Wszystko to jednak w jakiś rozsądnych granicach, bowiem życiowe doświadczenie każe nam mocno stąpać po ziemi. Jakiekolwiek eksperymenty z narkotykami odpadają więc w przedbiegach. Szczytem szaleństwa w naszym wieku bywa spróbowanie skręta na okrągłe urodziny, ot wszystko. Ja osobiście jestem wielką przeciwniczką wszelakich środków odurzających. Kiedy tu przyjechałam okazało się, że niebezpieczeństwo czyha wszędzie. Dziwne nie? Przecież nikt nikomu na siłę nie aplikuje narkotyków, tym bardziej kobiecie w tym wieku. Córka mnie przeszkoliła żeby pod żadnym pozorem nie skusić się na jedzenie w domach klientów. Nie to żeby tak chętnie częstowali sprzątaczki. Od zawsze jestem łasuchem na słodycze i nie wolno mi u nikogo ani ciasteczka ani czekoladki. Dziwny to kraj, odkurzacza to ze świecą szukać, a narkotyki to na wyciągnięcie ręki w ich domach. Zosia pracowała u swoich klientów dobrych kilka lat. Ludzie na stanowiskach koło pięćdziesiątki, nazwiska znane w NYC. Zosia stateczna kobitka po pięćdziesiątce, matka, żona i babka. Tego dnia pracowała od wczesnych godzin porannych. Koło drugiej poczuła zmęczenie, zrobiła sobie kawę. W szafce z kawą były czekoladki, wyjęła zjadła kilka… Pracodawcy po powrocie do domu znaleźli ją nieprzytomną.Widząc co było wyjęte z szafki, doskonale wiedzieli co się stało. Byli przerażeni, ale na tyle uczciwi, że wezwali pogotowie. Obudziła się za kilka dni w szpitalu, przy jej łóżku siedziała pracodawczyni. Błagali ją żeby nie mówiła co się stało, pokryli wszelkie koszty szpitala, nieobecności w pracy. W czekoladkach były narkotyki. Zosia o mało nie przepłaciła tego życiem. Kaśka- szalona czterdziestoparolatka z duszą młodszą o dwadzieścia lat. Lubiąca imprezy, alkohol lejący się strumieniami i czasem zapalić skręta. Kobieta torpeda, wszędzie jej pełno. Pracowała w serwisie sprzątającym i słynęła z tego, że lubiła coś tam skubnąć z lodówki u klientów. Wiosna w pełni za oknem już ciepło, a nie każdy ma już uruchomioną klimatyzację. Po kilkugodzinnym maratonie z odkurzaczem, mopem i szmatą, poczuła ochotę na ochłodzenie. Otworzyła lodówkę, nie znalazła nic zimnego do picia. Napiła się wody z kranu i wpadła na myśl – „lody”! Będą idealne tym bardziej, że była przed okresem to i ochota na słodkie była wzmożona. Otworzyła zamrażalnik a tam ani śladu lodów. Ale były ciastka z czekoladą. Trochę to dziwne trzymać ciastka w zamrażalniku, ale u Amerykanów nic nie dziwi. Było ich dużo ku jej uciesze. Bo zasada w podjadaniu u klientów jest taka, żeby nie zjeść za dużo, nikt się nie może zorientować. Zjadła może ze cztery może pięć tych ciastek. Czuła się ok, wiadomo cukier daje szybką energię. Nawet humor się jej poprawił. Kiedy jednak skończyła pracę i poszła na autobus poczuła się dziwnie. Wsiadła i nagle autobus jakiś taki dziwny sie zrobił, niewyraźny. Świat za oknem był kolorowy, ale te wszystkie kolory strasznie raziły Kaśke. Podróż z pracy zamiast godzinę zajęła jej dobrych kilka godzin. Dotarła do domu w nocy, nie mogła poradzić sobie z własnym ciałem, kompletnie nie chciało jej słuchać. Musiała tym autobusem jeździć w kółko biedaczka, pracę skończyła o piątej do domu dotarła po zmroku. Dobrych kilka godzin jazdy na haju. Ciasteczka prawdopodobnie były z marychą. Ja przeszkolona przez dziecko czułam się bezpiecznie nie ruszając żadnego jedzenia u klientów. Zawsze na wiosnę choruję. Tak było i tym razem. Zatoki tak dały mi popalić, że wylądowałam u lekarza. Czekając kilka dni na wizytę, kiedy dotarłam do gabinetu byłam juz rozłożona przez chorobę. Doktor stwierdził zapalenie zatok i oskrzeli i nakazał siedzieć w domu. Antybiotyk na 10 dni i syropek. Syropek w smaku bardzo podobny do jakiegoś z Polski, znam ten smak. Zażyłam pierwsza dawkę i mniej więcej po dwóch godzinach czułam działanie. Dzwonię do córki i mówię: „Karolcia odkąd tu mieszkam sporadycznie biorę antybiotyk i normalnie czuję, że działa”. Poszłam do łóżka. Wstałam w nocy, kolejna dawka i łóżko. Myśle sobie, ależ ja muszę być chora tak mnie te leki osłabiły. Spałam od poniedzialku do czwartku wieczorem z małymi przerwami na picie, jedzenie i leki. Bylam osłabiona coraz bardziej i jakaś tak nieobecna. Niby nie spałam, a nie wiedziałam co się dzieje. Strasznie dziwne uczucie. W czwartek wieczorem zorientowałam się, że coś jest nie tak. Zażywszy kolejną dawkę leków zaczęłam szukać ich skutków ubocznych. Znalazlam! To syropek miał takie działanie! A że ja nie dziecko to go nie odmierzałam tylko raczyłam się piciem z gwinta. Potrafilam oglądać z mężem film w tv i po kilku godzinach mieć pretensje, że chciałam oglądać, a on nie włączył. Mina męża siedzącego obok mnie na kanapie była bezcenna. – Oglądałaś ze mną ten film – powiedział przerażony. Nie miałam pojęcia w co on mnie wkręca, przecież siedzę obok i czekam aż włączy. Szłam się kąpać, nalałam wodę do wanny i nagle musiałam na sekundę do łóżka. Kiedy się obudziłam woda była zimna, a ja nie wiedziałam kto i po co ja nalał. Miałam ambitny plan, tydzień w domu to przy okazji wysprzątam na błysk, zrobię pierogi, ciasto i cokolwiek sobie rodzina zażyczy. Poczytam książki, gazety, zrobię maseczki. Jednym słowem jak juz tygodniówkę mam w plecy to przynajmniej odpocznę. Tymczasem tydzień mi umknął na haju. Samopoczucie fatalne. Tyle spałam i wcale nie wstałam wypoczęta i rześka. W piątek już nie brałam syropu, ale nie miałam pojęcia, że on jeszcze działa. Postanowiłam pójść odebrać tablice rejestracyjne do auta. Doszłam do pobliskiego Deli, w zasadzie ledwo doszłam, bo chodnik był jakiś wąski i kręty. Walka z maszyną była zdecydowanie nierówna. Na nic się zdała telefoniczna pomoc męża. Wybranie pieniędzy w tym stanie było niewykonalne. Przebłyski świadomości powodowały moją frustrację, masakra. Kompletnie nie radziłam sobie z motoryką mojego ciała. Po wypiciu gazowanego napoju poczułam się dziwnie. Byłam pijana, a przynajmniej tak się czułam. Ubzdurałam sobie, że owe tablice muszę dzis załatwić i koniec, więc poprosiłam sąsiada. Nie dość, że należało mnie zawieźć na miejsce to jeszcze musiał zapłacić, bo przecież bankomat nie chce ze mną współpracować. Sasiad poczciwy człowiek pomógł, ubaw miał ze mnie niezły. Na samo wspomnienie jeszcze mi wstyd. Zupełnie normalnie poczułam się dopiero w poniedziałkowy poranek. Czuję się oszukana, jak by mi ktoś ukradł tydzień z życia. Jaki tu sens brać jakieś narkotyki? Kiedy zamiast jakiejś frajdy leżysz tydzień jak roślina i nawet umyć się normalnie nie potrafisz. Rodzina widząc mnie taką chorą, pewnie już na gregorianki odkładała i zastanawiała się kiedy księdza wołać. Tymczasem drętwa Jolanta się najzwyczajniej na świecie naćpała syropkiem. Czysty przypadek. Do dziś nie mogę wyjść z podziwu, że łyk syropku powalił taką wielka babę.