Baba za kierownicą!

byc-kobieta

Prawo jazdy zrobiłam, bo wszyscy robili, nie czułam specjalnego pociągu do jazdy samochodem. Jak to w Polsce, ciągle straszyli podwyżkami i tym razem kurs na prawo jazdy miał podrożeć o sto procent. Celem oszczędności zapisałam się na kurs. Pamiętam testy, które próbowałam rozwiązywać w domu – jak by nie patrzył i jak bym się nie starała to na 16 pytań robiłam 13 błędów. Wszyscy się śmiali ze mnie. Jazda szła mi wyśmienicie, a przynajmniej tak mi się wydawało. Pierwszy wyjazd do Rzeszowa i co? Pojechałam na rondzie pod prąd. Instruktor wyraźnie mówił na rondzie w lewo, no więc jak ujrzałam asfalt to pojechałam w lewo. Szczęście od Boga, że była pusta droga, bo inaczej to wylądowalibyśmy na pobliskim cmentarzu. Taka byłam zdolna, to jakiś wrodzony talent. Nie obyło się bez paru ostrych hamowań instruktora, spocony i zmęczony był chłopina po wycieczce z najzdolniejszą kursantką. Egzamin teoretyczny, nie wiem jakim cudem, zdałam za pierwszym razem robiąc trzy błędy z trzech możliwych. Na egzamin z jazdy pojechałam… pijana. Na trzeźwo w życiu bym nie zdała, a po drineczku byłam bardzo odważna. Do tego byłam młoda i miałam długie nogi, krótkie spodenki, a egzaminator to facet starszy ponad dziesięć lat tak na oko. Na placu strąciłam pachołek i mówię jak idiotka: – „Patrzy pan na moje nogi ja na pana i takie efekty”. Resztę jazdy instruktor patrzył raz po raz na mnie i opowiadał jakieś bzdury w stylu: „Mąż to pewnie ma z panią problemy”. Ja oczywiście nie zatrybiłam o co mu chodzi i mówię: – „Nie, nie ma (tu łapię o co mu chodziło), ale zawsze może zacząć mieć”. Przejeżdzam skrzyżowanie na czerwonym świetle. Instruktor każe zjechać na bok i pyta: „I co teraz?” Nie wiem na co liczył, ale mu odpowiedziałam: – „Zdać muszę, co panu za różnica kto zda, a kogo pan obleje”. Instruktor łapie mnie za rękę i mówi: – „Ale masz piękne niebieskie oczy”. Kiedy wróciliśmy na plac i usłyszałam, że zdałam wysiadłam z impetem i tak trzsnęłam drzwiami, że do dziś się chyba trzęsą. Stary napalony zbok!!! Po latach, u znajomych na imprezie, poznałam kolegę i okazało się, że jest… egzaminatorem. A ja jestem pewna, że to On. Choć nigdy mu tego nie powiedziałam. Kiedy już miałam prawo jazdy to i jeździ

zaczęłam, a nie było za bardzo czym. Pierwszy samochód – duży fiat kombi, który kiedyś był karetką pogotowia. Pomykałam więc taką karetą, w której na zakręcie otwierały się drzwi. Kiedyś o mały włos koleżanka mi nie wypadła, bo w zakręty wchodziłam niczym Cruella de Mon. O foteliku dla dziecka w tamtych czasach nikt nie słyszał. Nagminnie zdarzało mi się parkować na ścianie bloku, na szczęście zderzaki były metalowe, a nie plastikowe, więc tylko kolejne wgięcie. Kiedy parkowałam tyłem to o wysoki krawężnik urwałam rurę wydechową. Spadła i tłukła się całą drogę,ja rzecz jasna nie wiedziałam co się dzieje. Zajechałam do koleżanki na kawę, a córcia mówi: – „Mamo coś leży na trawie pod autem”. Ja z tą wiszącą rurą przejechałam ze cztery kilometry no i wróciłam rzecz jasna. Mąż rurę podwiązał jakimś drutem i samochód był sprawny. Potem już rozpoznawałam charakterystyczny odgłos spadającej ruru, zajeżdżałam pod blok, na balkonie miałam dyżurny dywanik, a mieszkałam na parterze więc podbiegałam, wracałam, kładłam się na parkingu podwiązywałam rurę drutem i nawet nie musiałam mężowi zgłaszać usterki. Człowiek jak młody to stara się być bardzo samodzielny, z wiekiem na szczęście mu to przechodzi. Po kilku miesiącach posiadania prawka poszłam do pracy jako przedstawiciel handlowy. Praca ściśle związana z jazdą, ale na rozmowie o pracę nikt nie pytał czy umiem jezdzić tylko pytali czy dzieci planuję, jaki był mój najszczęśliwszy dzień i takie tam inne bzdury. I znowu ci oślinieni faceci po czterdziestce. Tych za każdym razem wspominam jako totalnie obleśnych. Czasami to się cieszę, że jestem już gruba i po czterdziestce, bo przynajmniej jestem wolna od tych obślinionych. Pierwszy miesiąc pracy, jazda moim własnym maluchem na łysych oponach. Śnieg z deszczem, a ja postanowiłam sprawdzić ile mi się maluszek rozpędzi na moście w Tryńczy…Wpadłam w poślizg, wylądowałam w rowie. Wróciłam okazją do pracy, poprosiłam kolegę o pomoc, wróciłam tym autem i miałam nadzieję, że kolega zdąży naprawić zanim mąż wróci. Okazało się, że nie da rady. Cóż było robić? Zaparkowałam auto dwa bloki dalej i jak na dobrą żonę przystało poszłam do domu gotować obiad dla męża. Ja cicha jak nigdy podałam obiad, a córcia mówi: – „Tato a wiesz co się stało? Mama rozbiła samochód”- dumnie sprzedała ojcu newsa. A ja po babsku w płacz. Auto dało się wyklepać potem sprzedać. Potem nowa praca i służbowy samochód – znowu maluch. Więcej z nim spędziłam w warsztacie naprawczym, niż w trasie. Najlepsze było to, że w razie awarii należało zadzwonić do działu transportu i zgłosić usterkę. Telefonów komórkowych w tamtych czasach nie było. Należało więc dotrzeć do miejsca z telefonem i zadzwonić. Dzwonię więc, a facet pyta: – „Co sie zepsuło? Kto o takie rzeczy pyta kobietę? Odpowiedziałam: – „Samochód sie zepsuł…” Nie dało się ze mną pogadać mimo szczerych chęci tego pana. W dziale transportu znałam wszystkich, kawę dobrą robili. Kierowca ze mnie był taki, że umiałam dojechać do Przeworska, transport był w Łańcucie, a z Łańcuta do Leżajska wrócić nie umiałam inaczej niż przez Przeworsk. Samej mi włos się jeży na głowie na samo wspomnienie. Wszystkie sklepy które obsługiwałam były porozrzucane po okolicznych wioskach, ile ja tam potrafiłam kilometrów nadrobić szukając sklepu. Pamiętam jak mnie szef oddelegował do Jarosławia, mojego rodzinnego miasta zresztą. Ale przecież ja w miasto nie wjadę i nie przyznam się, że właściwie to jezdzić nie umiem. Złapałam za telefon, zadzwoniłam do koleżanki, bo wykombinowałam, że mieszkają przy wjeżdzie do miasta i dotrę tam wsiami, a potem wezmę z domu jej brata i on poprowadzi w mieście. Mina ich mamy była bezcenne jak to usłyszała, pożegnała mnie słowami: – „Bedę się modlić za Ciebie dziecko…” Po kilku miesiącach pracy zmieniłam firmę i tu już miałam spory teren – całe Podkarpacie i siedzibę firmy w Lublinie. Ponieważ sprzedawałam alkohol i miałam zawsze pełen bagażnik to i szofer za flaszkę się zawsze znalazł. Czasem ktoś ze znajomych przedstawicieli rozbił auto, więc jezdził moim, a ja z nim. Radziłam sobie jak umiałam. Nadszedł jednak taki dzień kiedy musiałam do Lublina jechać sama. To cud, że żyję. Drogę znałam na pamięć, ale mimo wszystko był to dla mnie taki stres i wyczyn, że jak wróciłam po południu do domu to wchodząc do sklepu przed wejsciem padłam na pysk, leżałam jak długa, na prostej drodze. Nigdy przenigdy nie czułam się dobrze za kierownicą. Potem przeprowadzka do Rzeszowa i ja unieruchomiona, bo jak tu jeździć po takim wielkim mieście. Pierwsze kursy do Tesco z mężem obok. Potem nowa praca, konieczna znajomość topografii miasta i prawo jazdy, praca w biurze nieruchomości. No jasne, że poszłam do tej pracy, no przecież miałam w cv , że pracowałam jako przedstawiciel handlowy, tak więc nikomu by do głowy nie przyszło, że ze mnie niedzielny kierowca. Na szczęście szefowa miała stare auto i sama była kierowcą od niedawna. Ja kupiłam plan miasta i za każdym razem kiedy jechałam na mieszkanie czy domek rozkladałam mapę na masce auta i szukałam.Po kilku miesiącach topografię miasta miałam w małym palcu i pękałam z dumy kiedy czasem mąż pytał mnie o jakąś ulicę. Dałam radę, została mi tylko taka jedna mała maniera, jeżdze naokoło, całe życie obwodnicą Rzeszowa. Nie znam skrótów. Córka zawsze się śmiała, że gdyby był konkurs na najdłuższą trasę po Rzeszowie to nie mam sobie równych. Na przestrzeni lat zmieniały się też samochody. Był nowiutki ford Mondeo, którego nienawidziłam, bo był za szybki. Był też mój stary poczciwy ford koloru pancernego, którego pokochałam całym sercem. Stary poobijany, ale to był samochód. Jak kupiec odjeżdżał nim od nas z podwórka łzy kapały mi po butach i jeszcze na odchodne krzyczałam: – „Tylko proszę w nim nie palić”. Zamiast się cieszyć, bo na podwórku czekało nowiutkie autko to ja wyłam. Ostatnie moje auto w Polsce to był stary poczciwy Stanisław. Stanisław to Fiat Uno mojego taty. Kiedy zostaliśmy chwilowo bez auta, tato podrzucił swoje, z którego się zawsze śmialiśmy: – „Na co dziadkowi taki grat?” A tymczasem grat stał się wybawieniem, kiedy byliśmy w potrzebie. Tak własciwie to należało się modlić żeby dojechał, a ile było emocji w każdej wyprawie. Byłam mu niezmiernie wdzięczna, że go mam i że mi dupsko wozi. Nie narzekałam na brak wspomagania czy klimatyzacji. Doceniałam to że jedzie. Zawsze też jezdziłam bardzo powoli, w co nie mogli uwierzyć nigdy moi znajomi, bo ja to niby taka baba z jajami. Zatarłam silnik w maluszku, nigdy w życiu nie sprawdzałam oleju, umiałam tylko dolać płyn do spryskiwaczy. Nie słyszę silnika i nie usłyszę już pewnie, nie czuję kapcia.To, że mam kapcia zazwyczaj mi ktoś mówił, bo póki auto jedzie do przodu to jedzie. Jeżdzę powoli, ostrożnie i oprócz egzaminu nigdy więcej nie wsiadłam po alkoholu. Teraz czeka mnie znowu wyzwanie z cyklu „prawo jazdy”. A tu kraj obcy, język inny i warunki techniczne już nie te…