Bareja wiecznie żywy

admin-ajax

FELIETON NACZELNEGO. Piątego grudnia minęła 90. rocznica urodzin człowieka, który jako jedyny zapisał na taśmie filmowej absurdy minionej polskiej epoki, czyli czasów PRL-u. Gdyby nie on, rzeczywistość karykaturalnego państwa, w którym przyszło żyć kilku pokoleniom Polaków, popadłaby w zapomnienie. Utrwalona przez niego na filmowych taśmach filmowych nie przepadnie i czego najmniej należałoby się spodziewać, stanowi też odniesienie do obecnej polskiej rzeczywistości. Tym człowiekiem był Stanisław Bareja, reżyser filmowy, twórca obrazów, które nie tylko w świadomości rówieśników PRL zapisały się i nadal traktowane są jako kultowe, ale także w dzisiejszych czasach zjednują sobie coraz większe rzesze sympatyków. Do tych kultowych jego filmów należą przede wszystkim „Co mi zrobisz, jak mnie złapiesz?”, „Poszukiwany, poszukiwana” nade wszystko „Miś” i serial „Alternatywy 4”.

Wiele epizodów z jego filmów kręconych prawie 40 lat temu odnosi się do czasów nam współczesnych. Słynna jest szczególnie scena z „Misia”, gdy gość kawiarni przychodzi do szatni, prosi o płaszcz, a z ust szatniarza słyszy: „Nie mamy pańskiego płaszcza i co nam pan zrobi?”. O tej metaforycznej scenie ilustrującej bezkarność ówczesnej władzy i bezsilność ludzi na rządy tej władzy skazanych Stanisław Tym (wspólnie z Bareją pisał scenariusz „Misia”) napisał teraz w swoim felietonie w tygodniku „Polityka”: „5 grudnia urodziny miałby Staszek Bareja. Równo 40 lat temu szykowaliśmy się do pierwszych zdjęć „Misia”. W tym właśnie filmie ustami kawiarnianego szatniarza został zapowiedziany cały program PiS: Nie mamy pańskiego płaszcza i co pan nam zrobi? Mogę śmiało napisać, że nasza dwójka była jak jeden Wernyhora, choć przecież opisywaliśmy tamtą peerelowską rzeczywistość. Dziś zaliczamy powtórkę – bardziej perwersyjną, bo na własną prośbę. Żaden telefon z Kremla nas przecież nie dotyczy, a i tak Polską rządzi batalion ponurych szatniarzy. Zaś większość rodaków zamiast ruszyć i zdemolować szatnię, solidnie marznie bez wierzchniego okrycia. Pomimo wszystko jest im wygodnie tak, jak jest”.

Po przeczytaniu tego fragmentu felietonu Stanisława Tyma można powiedzieć: Bareja wiecznie żywy.

Ale Stanisław Bareja nie żyje już od 1987 roku. Reżyser urodził się 5 grudnia 1929 r. w Warszawie, maturę zdał jednak w Jeleniej Górze, gdzie po wojnie osiedli jego rodzice. Od 1949 r. studiował reżyserię w Państwowej Wyższej Szkole Teatralnej w Łodzi. Studia skończył 5 lat później, ale bez dyplomu, ponieważ jego krótkometrażowy film dyplomowy „Gorejące czapki” został odrzucony przez komisje egzaminacyjną. Obronił dyplom dopiero w 1974 roku, gdy miał już na koncie kilka wyreżyserowanych przez siebie filmów, m.in. „Mąż swojej żony” (1961 r.), „Dotknięcie nocy” (1962 r.), „Żona dla Australijczyka” (1963 r.), „Poszukiwany, poszukiwana” (1973 r.) i kilka innych. Nieśmiertelność zapewniły mu natomiast komediowe obrazy, które wymieniliśmy na wstępie, a więc: „Co mi zrobisz, jak mnie złapiesz?”, „Poszukiwany, poszukiwana”, nade wszystko „Miś” oraz serial „Alternatywy 4”.

Dziś wielu recenzentów zdejmuje czapki z głowy, gdy wymienia się nazwisko Stanisława Barei i oddaje mu hołdy jako najlepszemu polskiemu reżyserowi filmów komediowych. Ale za życia reżyser nieustannie był postponowany przez filmowych krytyków. Niezbyt pochlebnie wypowiadali się na temat jego filmów koledzy z branży, m.in. Kazimierz Kutz, któremu przypisuje się autorstwo terminu „bareizm”. W intencji autora termin ten miał być synonimem komercji, kiczu i złego smaku. Barei było bardzo przykro z tego powodu. – Bardzo mnie to zabolało – powiedział reżyser. – Bo jak atakuje nieznajomy, nie jest to dla mnie czymś strasznym, ale kiedy to robi przyjaciel…

Jak to jednak często w życiu bywa, po śmierci reżysera termin „bareizm” zaczął mieć z czasem znaczenie odwrotne od tego, jakie nadali mu jego autorzy. Bo dziś termin ten ma jak najbardziej pozytywne znaczenie, określa się nim wszelkie absurdy życia codziennego, dotyczące zarówno wypowiedzi, przepisów czy zachowań, od których przecież nie jest wolna także polska rzeczywistość współczesna.

Barei zrobiliśmy krzywdę – pisał po śmierci reżysera na łamach „Filmu” Maciej Pawlicki, redaktor naczelny magazynu. – My, sfora filmowych pismaków. Nie warto już bić się w piersi, ale warto puknąć się w czoło. Im dokładniej przyglądam się z perspektywy czasu filmom Stanisława Barei, tym konieczność owego pukania wydaje mi się bardziej oczywista. Bareja był tylko Jeden. Jedyny w swym zdumiewającym uporze zapisywania absurdu codzienności. (…) Pokazywał nam, że nasz świat stoi na głowie, a my wszyscy udajemy, że tego nie widzimy, a może nie widzimy naprawdę.

Atakujący reżysera recenzenci oraz koledzy z branży to jednak nic w porównaniu z komisją kolaudacyjną (kwalifikowała filmy do rozpowszechniania) oraz cenzurą. Film „Co mi zrobisz, jak mnie złapiesz?” komisja kolaudacyjna najpierw odłożyła na półkę, a gdy doszło do nagłej zmiany szefa kinematografii zgodzono się na wprowadzenie go na ekrany kin, ale tylko w 6 kopiach i za cenę usunięcia 300 metrów nagranego materiału. Nim wszedł do rozpowszechniania „Brunet wieczorową porą”, też został pocięty przez cenzorów.

Drogę przez mękę na ekrany kin przeszedł przede wszystkim „Miś”. Trwało to dwa lata, a nim do tego doszło komisja kolaudacyjna wnosiła raz za razem kolejne poprawki. Było ich w sumie 38. Za każdym razem trzeba było dokonywać wycięć w zmontowanym materiale, wprowadzać zmiany w obrazie i w dialogach. Trzeba było na przykład wycinać scenę zbliżenia polskiej szynki w londyńskim sklepie, bo przecież szynka jeśli była w polskich sklepach to tylko na kartki. Nie można było pokazać sceny z kupowaniem mięsa w kiosku ”Ruchu”, czy wyemitować zdanie: „To jest Miś na skalę naszych możliwości, a nie potrzeb”, ponieważ był to fragment znanej wypowiedzi partyjnego dygnitarza.

Ci, którzy z nim współpracowali mówią, że był wybitnie inteligentny i zmian nakazanych przez komisje kolaudacyjna oraz cenzurę dokonywał w taki sposób, że w nowej postaci dialogi nabierały dodatkowego dna i wychodziły jeszcze śmieszniej, bardziej abstrakcyjnie. Jego współpracownicy wspominają, że przeprawy Barei z cenzurą podczas kolaudacji serialu „Alternatywy 4” (serial czekał na premierę niemal 5 lat) przeszły w filmowym środowisku wręcz do legendy. W scenariuszu każdego odcinka reżyser umyślnie umieszczał dowcipy o Związku Radzieckim, ponieważ było oczywiste, że żaden nie przejdzie kolaudacji, ale dzięki temu cenzorzy nie zwracali już takiej uwagi na wiele innych scen, prezentujących się na tle tych dowcipów bardziej niewinnie.

Bareja walczył z cenzurą, otrzymywał ciosy od kolegów filmowców i od recenzentów, jednak z czasem przestał się tym przejmować, bo na jego filmach sale kinowe były zapełnione do ostatniego miejsca. Widownia co i rusz rozbrzmiewała salwami śmiechu, ale po wyjściu z kina wielu widzów nachodziła gorzka refleksja, że przyszło im żyć w tak absurdalnej rzeczywistości.

Gdy pytano Bareję, co go łączy z bohaterami tych jego kultowych filmów , odpowiadał, że starał się w nich pokazywać jak najszerszy przekrój społeczeństwa. Większość bohaterów jego filmów to byli ludzie osaczeni i zaszczuci. Sam też się czuł osaczony. Przyznawał, że do filmów wnosił sporo z własnych przeżyć, przemyśleń doświadczeń. W jednym z wywiadów powiedział: – Zawsze człowiek mówi trochę o sobie. Moi bohaterowie nie są zwycięzcami, nie ma happy endu, bohater nie dostaje wspaniałej dziewczyny, nie ma wielkich historii miłosnych, chociaż mężczyźni mają swoje kobiety.

[Inteligentów]pokazuję w filmach jako ludzi przegranych, ale tacy są przecież w życiu. Inteligent to człowiek, którego atutami są: fachowość, uczciwość, wrażliwość. Inteligent ma wątpliwości i to osłabia jego siłę przebicia. Przegrywa z cwaniakiem, który idzie do przodu bez skrupułów, potrafi wykorzystać układy i pewne prymitywne instynkty…

Gdy popatrzymy na obecną scenę polityczną w Polsce i tych, którzy obecnie rządzą, chciałoby się powiedzieć: Nic dodać, nic ująć.

****

Stanisław Bareja chorował na serce, w roku 1983 przeszedł jego operację i wszczepiono mu bajpasy. Zmarł 14 czerwca 1987 r. w Essen w Niemczech, gdzie pojechał na stypendium i miał nakręcić film dokumentalny o zbiorach Folkwang Museum. Ale nie na serce. Trzy dni wcześniej doznał wylewu, znalazł się w szpitalu i nie odzyskał przytomności. Został pochowany na Cmentarzu Czerniakowskim w Warszawie. W 2006 r. został pośmiertnie odznaczony Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski.

Krzysztof Pipała, redaktor naczelny Głosu Polonii