Bieszczadzkie historie i mity

1424272_1049600795090792_1093611257012173027_n

Z dr. Hubertem Ossadnikiem, historykiem z Muzeum Budownictwa Ludowego w Sanoku, rozmawia Jacek Stachiewicz

– Przez długie lata Bieszczady widziane były w Polsce jako pusta, bezkresna kraina, gdzie można się zaszyć i zniknąć z oczu innych. Takie pojmowanie Bieszczadów stworzyło romantyczny mit krainy trudno dostępnej, dzikiej i bezludnej, która nie jest dla „mięczaków”, bo tylko twardzi ludzie mają szanse na ułożenie tam sobie życia. A to przecież mit oparty na fałszu, wszak do akcji „Wisła”, czyli do lat 1947-1950, mieszkały w tych Bieszczadach tysiące ludzi. Jesteśmy dziś w stanie podać ich liczbę?

– Do czasu tej akcji Bieszczady nigdy nie były bezludną krainą. To był obszar niezwykle gęsto zaludniony, przy czym przed wojną absolutnie niepopularny i pominięty jakimkolwiek ruchem turystycznym. Dopiero w drugiej połowie lat trzydziestych, a więc na kilka lat przed drugą wojną światową, zaczęło się jakieś tam zainteresowanie Bieszczadami. Z paru powodów. Po pierwsze – zaczęły działać dwie organizacje: Związek Ziem Górskich oraz Towarzystwo Rozwoju Ziem Wschodnich. Po drugie – zarówno pierwsza, jak i druga z tych organizacji, propagowały ideę zjednoczenia całego polskiego terytorium górskiego i udostępnienia go mieszkańcom pozostałych regionów kraju. Po trzecie – zaczęło się tworzyć państwowe centrum gospodarcze, czyli Centralny Okręg Przemysłowy i Bieszczady były brane pod uwagę jako potencjalny obszar do wypoczynku między innymi dla pracowników COPu.

– Związek Ziem Górskich miał siedzibę we Lwowie, czy w Krakowie?

– Ani we Lwowie, ani w Krakowie. Inicjatywa o jego powołaniu nastąpiła na Zjeździe Górskim, który został zwołany w sierpniu 1936 roku do Sanoka. Natomiast jako taki ukonstytuował się w listopadzie tegoż samego roku w Warszawie. Związek Ziem Górskich skupiał instytucje państwowe, jak na przykład Izbę Przemysłowo-Handlową, przede wszystkim różnego rodzaju stowarzyszenia działające na ziemiach górskich, chociażby Polski Związek Narciarski czy Polskie Towarzystwo Tatrzańskie. Natomiast Towarzystwo Rozwoju Ziem Wschodnich działało pod cichym protektoratem i opieką wojska, czyli musiało też realizować cele wojskowe. W kwestiach zaś cywilnych Towarzystwo Rozwoju Ziem Wschodnich stawiało sobie szczytny cel przybliżenia ogółowi Polaków całego obszaru ziem wschodnich, a więc całych kresów – od północy do południa, a część tych kresów, i to przecież znaczna, obejmowała tereny górskie. W łonie tych dwóch organizacji powstawały więc różnorodne inicjatywy, których celem było przybliżenie mieszkańcom naszego kraju gór jako miejsca wypoczynku i turystyki. Między innymi w Biurze Planowania Regionalnego Ziem Górskich we Lwowie opracowano system dróg, które miały połączyć obszary górskie. Generalnie chodziło o to, aby zagospodarować polskie Karpaty na podobieństwo Alp. Zachowało się sporo artykułów na ten temat, powstawały stosowne do podjęcia tych zadań instytucje. Traktuje o tym „Rocznik Ziem Górskich” z 1937 roku.

str-20-lemkowie-i-bojkowie– To były inicjatywy, która po wojnie nigdy nie została podjęte?

– Wówczas, przed wojną, planowano na przykład budowę autostrady z Bielska, a dokładnie z Katowic przez Bielsko do Kołomyi i Stanisławowa. To miała być główna trasa biegnąca u podnóża gór, od której dolinami i kotlinami miały odbijać drogi prowadzące już w głąb terenów górskich, a od nich już typowo górskie drogi wspinające się ku najwyższym partiom gór. Były to bardzo przemyślane koncepcje, których celem było udostępnienie terenów górskich ogółowi mieszkańców naszego kraju, a zarazem umożliwienie szybkiego dostępu w te tereny wojsku. Pyta pan, czy coś z tych inicjatyw podjęto po drugiej wojnie? Przed wojną otóż niemal nic z tych planów nie udało się zrealizować, ale już po wojnie, niejako ostatnim akordem tych przedwojennych planów była budowa drogi z Dukli do Komańczy. Jej budowę rozpoczęto przed wojną, miała nazwę: „Droga generała Tadeusza Kasprzyckiego”, ale do wybuchu wojny została tylko częściowo wybudowana.

– A droga od Dukli na zachód przez Żmigród do Gorlic?

– Ta trasa nazywała się „Główna Droga Karpacka” i tylko niektóre jej odcinki były gotowe już przed wojną. Równocześnie z planowaniem budowy dróg powstała też koncepcja budowy szlaków turystycznych, ponieważ chodziło o skierowanie w te regiony turystyki górskiej. Przed wojną były dwa bujne centra turystyki górskiej.

– Tatry i Huculszczyzna?

– Tak. Natomiast pozostałe tereny górskie były wyspowo i słabo turystycznie zagospodarowane albo wcale. Ideą przyświecającą działaczom Związku Ziem Górskich było turystyczne przybliżenie całości górskiego obszaru ówczesnej Polski. Jak wspomniałem powyżej, w przypadku Bieszczadów, mam na myśli akurat ich odcinek leżący w dzisiejszych granicach naszego kraju, a także Beskidu Niskiego, chodziło o to, aby stworzyć turystyczne zaplecze dla pracowników COP-u, czyli Centralnego Okręgu Przemysłowego, którego fabryki i zakłady wytwórcze powstawały w Rzeszowie, Mielcu, Dębicy, Nowej Dębie, powstającej od zera Stalowej Woli, także w miastach położonych dalej na północ, w granicach dzisiejszego województwa świętokrzyskiego. Myślano perspektywicznie, że pracujący w tych zakładach ludzie będą szukali wypoczynku na łonie przyrody, będą chcieli pojechać w góry i odpoczywać na przykład u miejscowego chłopa. Były nawet opracowane cenniki takiego pobytu. Jak się okazuje, dzisiejsza agroturystyka ma swoich protoplastów w latach jeszcze przedwojennych.

– Fakt, że przedwojenne Bieszczady były niemal zupełnie pomijane, jeśli chodzi o ruch turystyczny leżał w ich komunikacyjnej niedostępności?

– Główne trasy drogowe z dwóch największych miast ówczesnej Polski leżących na szlaku w góry, czyli ze Lwowa i Krakowa, omijały Bieszczady. Kraków jeździł do Zakopanego, Lwów w Bieszczady Wschodnie i na Huculszczyznę, a Rzeszów był wtedy niewiele znacząca mieściną. Bieszczady to była „terra incognita”, bo drogi w nie prowadzące były trudno przejezdne, niemal niedostępne. Przedwojenne koncepcje turystycznego wykorzystania Bieszczadów były, jak już mówiłem, adresowane do pracowników powstającego COP-u. Drogi rzeczywiście były niedostępne, ale koleją, przez Rzeszów, Jasło, Zagórz można było bez problemu dojechać do Komańczy i do Łupkowa, a z Zagórza także do Ustrzyk Dolnych, bo ta linia kolejowa została zbudowana już przecież w roku 1872. To była Pierwsza Węgiersko-Galicyjska Kolej Żelazna, prowadząca ku Twierdzy Przemyśl. Stanowiła fragment tej drogi żelaznej, którą już w Polsce powojennej jeździło się z Warszawy Wschodniej przez Przemyśl i dziś ukraiński Dobromil oraz Chyrów, do Ustrzyk Dolnych i Zagórza. Nie można więc mówić, że przed wojną Bieszczady były całkowicie niedostępne i nie było jak się tam dostać.

– Zagórz i Ustrzyki Dolne, to jednak obrzeża Bieszczadów.

– Pierwsi turyści, którzy po wojnie zapuszczali się w Bieszczady, też dojeżdżali do tych miejscowości koleją, a potem penetrowali góry pieszo. Sądzę, to jest oczywiście gdybanie, że gdyby nie było wojny, to mielibyśmy Bieszczady i Beskid Niski turystycznie zagospodarowany na znacznie wyższym poziomie niż obecnie. Wtedy można już było dojechać kolejką wąskotorową z Łupkowa do Woli Michowej, skąd do Cisnej, a więc na sam dół dzisiejszych Bieszczadów, raptem dwa kroki. A do Łupkowa, o czym już mówiłem, można było bez problemu dojechać szerokotorową koleją przez Zagórz. Wcale więc nie było tak, że Bieszczady były komunikacyjnie absolutnie odcięte od reszty kraju. Kto chciał, ten mógł tam dotrzeć i kto chciał, mógł się stamtąd wydostać.

str-20-bieszczady-przed-wojna– Ma pan na myśli rdzennych mieszkańców tych gór, czyli Łemków i Bojków?

– Dla nich poruszanie się między ich rodzinnymi wsiami a innymi miejscowościami, także podróżowanie do innych krajów świata, nie stanowiło problemu.

– Jakie było zaludnienie naszych dzisiejszych Bieszczadów przed wojną?

– To jest bardzo trudne do ustalenia. W przypadku Łemków możemy mówić o stu – stu pięćdziesięciu tysiącach mieszkańców.

– W przypadku Łemków przyjmujemy jako granicę Wysoki Dział i Osławę na wschodzie…

– … oraz Poprad na zachodzie. Na północy Łemkowszczyzna graniczyła z Pogórzem. Na naszym odcinku jest dosyć łatwo tę granicę wyznaczyć – było nią pasmo Bukowicy. Możemy powiedzieć, że północną granicę Łemkowszczyzny w miarę precyzyjnie wyznacza linia drogowa biegnąca od Dukli przez Żmigród do Gorlic. Jeśli chodzi o granicę Łemkowszczyzny i liczbę jej mieszkańców, trzymamy się ustaleń naukowych profesora Romana Reinfussa, który w atmosferze pewnego sporu naukowego z naukowcami ukraińskimi, wyznaczył tę granicę.

– Natomiast na wschód od Wysokiego Działu…

– … mamy Bojkowszczyznę. Ciągnęła się od Wysokiego Działu aż po dolinę Bystrzycy Nadwórniańskiej i Bystrzycy Sołotwińskiej, niemal dotykała Prutu, czyli dochodziła do terytorium Huculszczyzny. Już przed wojną etnograf z Uniwersytetu Jana Kazimierza we Lwowie, dr Jan Falkowski stwierdził, że Prut wyznacza granicę Huculszczyzny. Na wschód od Prutu jest ta czysta Huculszczyzna, zaś na zachód od niego są trzy rzeki: Bystrzyca Nadwórniańska, Bystrzyca Sołotwińska i Łomnica, które wyznaczają najdalej na wschód wysuniętą granicę Bojkowszczyzny. W przypadku zaś współczesnej Polski, wschodnią granicę Bojkowszczyzny stanowi linia górnego Sanu. Profesor Roman Reinfuss – pierwszy wnikliwy badacz i fotodokumentalista tej części naszych Karpat, jeszcze przed wojną podzielił Bojkowszczyznę na trzy części – Bojkowszczyznę zachodnią, którą uważał za najczystszy region kultury bojkowskiej, rozciągniętą między pasmem Wysokiego Działu, a Sanem (124 miejscowości), Bojkowszczyznę Wschodnią, czyli ogromny obszar ciągnący się od Sanu po dolinę Bystrzycy Sołotwińskiej, wewnętrznie podzieloną na część środkową obejmującą źródliska Sanu oraz dorzecze górnego Stryja i Oporu oraz część wschodnią ze wszystkimi dolinami, rzekami i potokami od Bukiela i Mizunki po Bystrzycę Sołotwińską.

– Jesteśmy w stanie uchwycić, jakie było zaludnienie terenów Bojkowszczyzny, które obecnie znajdują się w granicach naszego kraju?

– To trudne. Trzeba by było zsumować liczbę mieszkańców każdej wsi w jakimś okresie czasu i według tych samych dokumentów, np. spisów powszechnych, w tym głównie z 1921 roku. Kolejną, nie do końca rozstrzygniętą kwestię, stanowi północna granica Bojkowszczyzny. Nawet przedwojenni badacze nie byli w stanie dokładnie określić, którędy ona przebiega. Granica wschodnia też nie jest tak na sto procent pewna. Wspomniany dr Jan Falkowski na podstawie swoich badań twierdził, że pomiędzy Prutem a Łomnicą był dosyć duży obszar przejściowy, gdzie mieszały się wpływy z trzech stron: od Huculszczyzny, od Bojkowszczyzny i z kierunku północnego, z tak zwanego Podgórza. I tam, obok siebie, były wsie łączące elementy tych grup etnograficznych. Trudno więc określić, jakie było zaludnienie Bojkowszczyzny. Jedyną poważną pracą dotyczącą Bojków z okresu międzywojennego była praca Romana Reinfussa zamieszczona w „Roczniku Ziem Górskich” z 1937 roku o kulturze materialnej Bojków. Jednak tam nie padają żadne dane liczbowe, które rzucałyby jakieś światło na temat zaludnienia bojkowskich ziem.

– Panuje przekonanie, jak się okazuje niepoparte żadnymi danymi, że ten region był bardzo gęsto zaludniony.

– Bo rzeczywiście był to obszar gęsto zaludniony, natomiast nie możemy podać konkretnych liczb, które ilustrowałyby gęstość jego zaludnienia.

– Czy na tych terenach panowała przysłowiowa „nędza galicyjska”?

– Na pewno tak, z tym że słowo „nędza” jest bardzo literackie. Aby autorytatywnie stwierdzić, czy było biednie, nędznie, czy bogato, to musimy odpowiedzieć na pytanie, jakie były warunki życia tych ludzi, czyli – jakie były źródła utrzymania i źródła dochodu. Jeśli te dane znamy, to możemy je skonfrontować z danymi dotyczącymi mieszkańców innych regionów i wyciągać wnioski ogólne. Dziedziną, która dawała utrzymanie Bojkom i Łemkom było rolnictwo, bardzo zresztą słabe, ponieważ gospodarowali oni na nieurodzajnych ziemiach i w większości też na bardzo małych areałach. Panowało duże rozdrobnienie terenów rolnych, przeważały gospodarstwa małe, kilkumorgowe. Źródło utrzymania było więc bardzo słabe, wręcz kiepskie. Dominowało rolnictwo ekstensywne, hodowla też była na kiepskim poziomie, w źródłach co i rusz spotyka się wzmianki, że bydło było zaniedbane… W tej sytuacji trudno nawet wyliczyć, jaki był z tych gospodarstw dochód na rodzinę. Przeważały uprawy ziemniaków, uprawy zbóż były mało wydajne, uprawiano przede wszystkim owies.

– To była gospodarka ukierunkowana na własne przetrwanie?

– Przede wszystkim. Później dopiero i to na Bojkowszczyźnie, zaczynają się pojawiać możliwości dodatkowego zarobku, przede wszystkim związane z wyrębem lasów, ponieważ powstawały różnego rodzaju spółki drzewne. Jeszcze później zaczęła docierać w ten region, o czym już mówiliśmy, kolej, która też dawała, nielicznym, bo nielicznym, ale jednak dodatkowe zatrudnienie. I to by było wszystko…

– Dane z wysiedleń akcji „Wisła” nie pozwalają na określenie liczby mieszkańców od doliny Osławy po wschodnią granicę Polski do roku 1947?

– Dane są dość precyzyjne, tylko trzeba pamiętać, że na tych terenach były dwie fale wysiedleń. Pierwsza nastąpiła w latach 1944-1946, w ramach umowy z września 1944 roku „o dobrowolnej wymianie ludności między Polską a Ukraińską Republika Radziecką”. Dotyczyła ona także innych regionów, między innymi także radzieckich republik białoruskiej i litewskiej. To była fala, która szła na wschód i chyba była największa, a dopiero potem, po 28 marca 1947 roku, czyli śmierci gen. Karola Świerczewskiego, rozpoczęła się akcja „Wisła”.

– Jak daleko na wschód sięgała fala wysiedleń?

– Do granicy jałtańskiej. Po drugiej stronie granicy z Ukrainą są dziś wsie, których struktury pozostały nienaruszone. Tylka po naszej stronie były wysiedlenia, bo chodziło o to, by u nas oczyścić teren z ludności ruskiej, a po radzieckiej stronie granicy oczyścić teren z ludności polskiej. To było celem umowy. Sowieci nie chcieli mieć u siebie mniejszości polskiej.

– Nie sposób odejść nam od polityki, bo siłą rzeczy rodzi się pytanie, czy Bojkowie czuli się bardziej Polakami czy Ukraińcami?

– To bardzo trudne zagadnienie. Badałem je w odniesieniu do Łemków. Pojawia się kilka postaw. Przeważa postawa – jestem Rusinem, Rusnakiem. Potem pojawia się w dokumentach określenie Łemko, później jest cała hybryda różnych określeń – Rusin-Łemko, Łemko-Starorusin, Ukrainiec-Łemko, Ukrainiec. W dokumentach szkolnych nauczyciela z dużej wsi Osławica, pochodzących z lat 1936-1939, pojawia się raptem dwóch Ukraińców, czyli dwie osoby deklarują się jako Ukraińcy, reszta jako Łemkowie. Podobnie jest w innych dokumentach. Na ich podstawie można powiedzieć, że starsi mieszkańcy tych ziem określali się jako Rusini, ewentualnie Starorusini, która to nazwa sięga jeszcze XIX wieku. Dopiero potem zaczęli się uważać za Łemków i na koniec wielu spośród nich nazywało siebie Ukraińcami, głównie młodzi. To był efekt bardzo rozległego i silnego oddziaływania ukraińskich organizacji o profilu narodowym. One bardzo aktywnie tutaj działały. W sytuacji, gdy aktywność polskich organizacji była bardzo słaba, organizacje narodowe ukraińskie nie miały problemu z pozyskiwaniem zwolenników. Poza tym Łemkowie i Bojkowie licznie wyjeżdżali do pracy za Ocean i tam spotykali się z bardzo silną propagandą ukraińską, która bardzo mocno na nich oddziaływała. Siłą rzeczy w bardzo wielu przypadkach wracali „zza morza” jako świadomi Ukraińcy. Przedwojenne państwo polskie ma w tej kwestii wiele grzechów na sumieniu.

– Grzechów zaniechania?

– Tak. W przypadku Bieszczadów próbowano na przykład wprowadzić w szkołach podręcznik języka łemkowskiego. W latach trzydziestych ubiegłego wieku działała w Bieszczadach ekspedycja profesorów uniwersytetu lwowskiego, dr Jana Falkowskiego i dr Bazylego Pasznyckiego. Obydwaj uczeni uznali, że cały obszar między Wołosatem a Wysokim Działem jest terenem przejściowym między Bojkowszczyzną, a Łemkowszczyzną, ponieważ występowały w niektórych przypadkach cechy wspólne tak w języku, jak też architekturze i stroju obu tych grup etnograficznych. Natomiast Roman Reinfuss badał jeszcze dodatkowo samookreślenie. To samookreślenie się rdzennych mieszkańców tych ziem dawało mu podstawę do zakwestionowania i wyeliminowania koncepcji obszaru przejściowego, o którym mówili Falkowski i Pasznycki. Ale inspektorat szkolny w Sanoku przyjął ustalenia tych dwóch lwowskich profesorów jako obowiązujące i wprowadził na całym obszarze sanockiego inspektoratu szkolnego podręczniki łemkowskie, na dodatek napisane przez Metodego Trochanowskiego gwarą łemkowską z okolic Krynicy. Na terenie Bieszczadów, miejscowa ludność śmiała się z języka, w którym te podręczniki były napisane, ponieważ mówiła zupełnie inną gwarą niż łemkowska. Tego typu zabiegi były nieskuteczne wobec mocnej ideologicznie propagandy ukraińskiej. Z naszej strony podejmowane były próby polonizacji, oczywiście nieskuteczne. Polityka regionalizacji, czyli próby rozbicia tego obszaru na części poszczególnych grup etnograficznych, wzbudzała niechęć. Większość tutejszych mówiła o sobie Rusin, Rusnak, dopiero później młodzi stawali się podatni na narodową propagandę ukraińską i powoli zaczęli uważać się za Ukraińców.

– Łemkowie i Bojkowi byli ludźmi mobilnymi, chętnie się przemieszczającymi?

– I tak, i nie.

– Nie, bo…

– … były to społeczności zamknięte, żyjące w obrębie swoich parafii i wsi. Członkowie tych społeczności stronili od sąsiadów, można powiedzieć, że izolowali się od innych. Czynnikiem jednoczącym była parafia. Poza jej obręb wychylali głowę tylko z konieczności, gdy trzeba było iść na targ, żeby coś sprzedać albo kupić produkty nieodzowne do prowadzenia gospodarstwa.

– W swoim artykule „Praca sezonowa na Słowacji przed I wojną światową w relacji mieszkańca Mchawy” przytacza pan między innymi opinię profesora Romana Reinfussa, który twierdził, że wśród górali karpackich występowały liczne pokrewieństwa sięgające zarówno „wspólnego podłoża kulturowego, mającego swe źródła w kolonizacji wołoskiej”, a także z licznych, liczących sobie wieki, wzajemnych kontaktów ludności zamieszkującej po południowej i północnej stronie Karpat. Jak to się ma do zamykania się w obrębie parafii i stronienia od sąsiadów?

– Te kontakty były różnorakie, z tym, że na pierwszym miejscu trzeba wymienić miejsca targowe. Opuszczenie wsi wiązało się więc z koniecznością sprzedaży własnych produktów i za uzyskane pieniądze kupno innych, potrzebnych do prowadzenia gospodarstwa. Do czasów I wojny światowej te kontakty handlowe przez grań Karpat były stosunkowo częste, a na wielkie i słynne jarmarki po południowej stronie Karpat, w Lewoczy, Starej Lubowli, Bardiowie, Stropkowie i Świdniku, schodzili się ludzie z całej Łemkowszczyzny. Łemków z południa Karpat i z północy wiele cech łączyło. Ale widoczne gołym okiem były też różnice, wynikające przede wszystkim z faktu, że jako grupy etnograficzne kształtowały się one, co prawda w ramach jednej monarchii austrowęgierskiej, ale jednak w różnych krainach historycznych. Nasi Łemkowie żyli wszak w Galicji, południowi w Górnych Węgrzech, jak nazywały się wtedy obecne tereny północno-wschodniej Słowacji. Drogi handlowe łączyły już wtedy bezproblemowo takie miasta jak Krosno, Biecz, Duklę, Grybów, Gorlice z Koszycami i Bardiowem, także z miejscowościami targowymi, które wyżej wymieniłem. Poza oficjalnymi kontaktami handlowymi ludność po jednej i drugiej stronie Karpat łączyły też nieformalne kontakty handlowe, czyli przemyt różnych towarów, których oficjalna wymiana była reglamentowana bądź niedozwolona. Ale po I wojnie światowej ożywione przez stulecia kontakty handlowe nieomal zanikły, wszak między Polską, wyzwoloną z niewoli zaborców, a nowym sąsiadem, czyli państwem czechosłowackim wytyczono granicę. Zaczął więc kwitnąć przemyt.

– Za czym wędrowali nasi Łemkowie na jarmarki po południowej stronie Karpat?

– Można powiedzieć, że po różne towary. Były jarmarki specjalistyczne, jak na przykład w Starej Lubowli, którego wyróżnikiem był handel wołami i inne. Generalnie świat słowackich jarmarków jawił się naszym Łemkom kolorowo, był pełen „kramnego towaru” – malowanych skrzyń, tekstyliów, żelaza do kuźni, także wyrobów alkoholowych, tytoniowych i mnóstwa innego towaru.

– A za czym ci z południa szli na jarmarki po północnej stronie Karpat?

– Nasze jarmarki były o wiele mniej atrakcyjne, oferowały zdecydowanie uboższą gamę towarów, ale dokonywano często bardzo cennych transakcji, bo obejmujących na przykład kupno po polskiej stronie domów, które na Słowacji zwano „polokami”. Obejmowały one także kupno wyrobów z kamienia, drewna, czy też płodów rolnych, a mieszkańcy Bielanki i Łosia wyspecjalizowali się w sprzedaży dziegciu, smoły do wozów i znakomitych smarów. Nasi domokrążcy z koszykami z korzenia jałowca, leszczynowymi opałkami, wrzecionami, drewnianymi łyżkami, kołowrotkami i innymi towarami docierali aż do Budapesztu. Łemkowscy cieśle, z naszej strony karpackiej granicy, byli zatrudniani do prac na Słowacji, a po naszych wsiach krążyli słowaccy druciarze… A wie pan, kim byli miśkarze, błoniarze, czy olejkarze?

– Pojęcia nie mam.

– Pierwsi byli specjalistami w kastrowaniu zwierząt, błoniarze, to po prostu szklarze, wszak nim pojawiło się szkło, w otwory okienne wstawiano ramy z błoną zwierzęcą, a olejkarze sprzedawali różnego rodzaju mniej lub bardziej „cudowne” lekarstwa. Ale wszyscy oni z wędrówek po najdalszych nawet jarmarkach wracali do swojego wiejskiego, parafialnego kręgu.

– Ich mobilność dyktowała konieczność zarobku.

– Z łatwością emigrowali na przykład do Ameryki. Przy czym w zdecydowanej większości przypadków była to oczywiście emigracja zarobkowa, ale chwilowa. Wsiadali na statek, lądowali za Oceanem, szli do pracy i po roku – dwóch latach wracali, by za zarobione pieniądze dokupić kawałek ziemi. Znam wiele opisanych przypadków, że Łemko, czy Bojko szedł do miasta na targ, ale po drodze zmieniał zdanie, wsiadał do pociągu jadącego do jakiegoś niemieckiego portu, zazwyczaj Hamburga, który był centrum wyjazdowym do Ameryki, i płynął za Ocean. To było zjawisko powszechne, wręcz masowe. Andriej i Julija Warhola, rodzice Andy’ego Warhola, jednego z głównych przedstawicieli pop-artu, wyjechali z okolic Medzilaborec i postanowili nie wracać. Ale tysiące ich rodaków wracało. Wszyscy ci emigranci z Bieszczadów i Beskidu, także po słowackiej stronie, kierowali się do Pensylwanii, która była wtedy centrum amerykańskiego przemysłu stalowego. Tam były miejsca pracy dla niewykwalifikowanej i taniej siły roboczej. Andy Warhol urodził się przecież w Pittsburghu, jednym z największym miast Pensylwanii, uważanym za stolicę amerykańskiego hutnictwa. W kontekście emigracji za Ocean tak Łemkowie jak i Bojkowie byli ludźmi mobilnymi. Trasę Bieszczady, Beskid Niski – Pensylwania pokonywali wielokrotnie. Rekordzista, na którego natrafiłem w dokumentach, miał na koncie dziewięć takich wypraw za pracą.

– Dlaczego wracali?

– Byli bardzo przywiązani do swojej ziemi, nade wszystko byli ludźmi gór, nie potrafili dłużej żyć w innym, obcym środowisku, także w obcym krajobrazie. Byli też bardzo związani ze swoją kulturą. Z Pensylwanii czy Nowego Jorku przysyłali swoje zdjęcia w surdutach i cylindrach, z laseczkami w ręce, ale gdy przyjeżdżali pociągiem do Komańczy czy Rzepedzi, to szli na targ, zrzucali z siebie amerykański przyodziewek, kupowali swoje proste w kroju, koszule, kaftany, spodnie i tak się meldowali w rodzinnej wsi. To był dowód ich konserwatyzmu. W obcym stroju byliby u siebie źle widziani, nie byliby „swoi”. Ale też sami źle by się czuli. Wracali, dokupowali ziemię, powiększali swoje chyże. Były to społeczności zamknięte, mało kontaktujące się z innymi społecznościami, dosyć zhierarchizowane, skostniałe, i próba wprowadzenia czegoś nowego wywoływała nieufność. Jeśli któryś na przykład coś podpatrzył w Ameryce i chciał to przenieść do siebie, wywoływał nieufność i sprzeciw. Tak było na przykład z budową domów z kominami. Wokół domów było wszechogarniające błoto i jeśli ktoś wybrukował dziedziniec, to też było źle widziane, bo to coś innego, nie nasze… A już nie daj Bóg jakby się tam coś komuś stało, ktoś by się wywrócił i potłukł albo nogę złamał… Ooo, kara boska.

– Naprawdę były to społeczności odrzucające, nieprzyjmujące żadnych cywilizacyjnych zdobyczy?

– C, którzy szli na ustępstwa wobec tych zdobyczy, byli w zdecydowanej mniejszości, bardzo nieliczni i jak mówiłem, wzbudzający podejrzenia oraz nieufność środowiska. Coś się zaczęło zmieniać, ale bardzo powoli, z dużą rezerwą i dopiero wtedy, gdy zaczęła w te tereny docierać kolej. To raczkujące otwieranie się na ówczesną nowoczesność widać było na przykład najpierw w okolicach Komańczy, gdzie kolej dotarła pierwsza. Wraz z koleją zaczęli przybywać ludzie z zewnątrz – urzędnicy, robotnicy. Tych drugich coraz więcej, bo skoro dotarła kolej, to dotarła ona także do obfitych tutaj zasobów leśnych, zaczął się wyrąb lasów. Kontakty były więc wymuszane, z pozytywnymi, ale i negatywnymi skutkami, jakie niesie ze sobą cywilizacja.

– Więzi łącząc Bojków i Łemków z rodzinną ziemią były rzeczywiście bardzo mocne?

– Wśród ludności górskiej występuje bardzo silne poczucie więzi i przywiązanie do ziemi. Wśród Hucułów na przykład odnotowano bardzo wiele przypadków samobójstw młodych chłopców, których brano do wojska w inne regiony kraju. Byli poza swoimi górami, bardzo źle to znosili, popadali w depresję, od której krok do samobójstwa. Nie ma badań dotyczących tego kontekstu ich egzystencji, ale to przywiązanie było bardzo silne.

– Stany Zjednoczone w owych latach to kierunek największej emigracji Łemków i Bojków?

– Bez wątpienia. Ale nie był jedynym. Płynęli też do Kanady oraz do Argentyny, która była wtedy jednym z najbogatszych krajów świata. Wielu zatrzymywało się, bo natychmiast znajdowało pracę, w Niemczech lub we Francji.

– Emigracja do Kanady i Argentyny, podobnie jak do Ameryki, miała charakter powrotny?

– Nie ma w pełni dokładnych danych na ten temat, ale podejrzewam, że tak. Oni nie potrafili dłużej żyć poza swoimi górami. Na gruncie lokalnym natomiast bardzo popularna była szybka emigracja zarobkowa, szczególnie w okresie przed I wojną światową, na tak zwane Górne Węgry, czyli w okolice dzisiejszych słowackich Koszyc, Michalowiec, Humennego. Zapuszczali się także dalej, na przykład w okolice Tokaju. Rytm tej migracji dyktowała wegetacja zbóż. W Bieszczadach i Beskidzie Niskim jest ona o dwa, trzy tygodnie opóźniona w stosunku do terenów położonych niedaleko, ale jednak po południowej stronie Karpat. Najczęściej w Baligrodzie formowały się więc liczące mniej więcej trzydzieści osób grupy, które szły na tych kilkanaście dni w okolice wspomnianych miejscowości. Łemkowie i Bojkowie pracowali przy koszeniu zbóż ze Słowakami, kończyli pracę i wracali do siebie akurat wtedy, gdy zasiane przez nich zboża, przede wszystkim owies, nadawały się do zbioru. Nie zbijali przysłowiowych bąków, umieli i chcieli pracować. Sporo było wśród nich także domokrążców. Chodzili po wsiach i miasteczkach z plecionymi przez siebie kobiałeczkami, wyrobami z drewna, bo lubili strugać w tym materiale. Byli samoukami, choć w Rymanowie Zdroju hrabina Anna z Działyńskich Potocka założyła szkołę rzeźbiarską, gdzie młodzi górale z okolic Rymanowa doskonalili się w swoim artystycznym rzemiośle.

– Czytałem pański artykuł na temat owej szybkiej łemkowskiej emigracji zarobkowej na Górne Węgry i przyznam, że zszokowały mnie formy wyżywienia oraz zapłaty za ich prace rolne. W ogromnych ilościach była to wódka. To musiało być wyniszczające dla organizmów tych młodych ludzi.

– Było. Takie panowały wtedy zwyczaje i były to zwyczaje bardzo złe. Szerzyły się także choroby weneryczne. Do prac na Górne Węgry szli młodzi ludzie obojga płci. Ciepły klimat, alkohol, wspólne przebywanie i nocowanie, w sposób naturalny prowadziły do zawiązywania się związków seksualnych. Szerzyły się więc także choroby weneryczne. Były wtedy, można powiedzieć, wszechobecne. Nie było skutecznych metod ich leczenia.

– Jak przywiązani do swych gór Łemkowie i Bojkowie znieśli wysiedlenie w ramach akcji „Wisła” na nizinne tereny północnej i zachodniej Polski?

– Bardzo, naprawdę bardzo źle. W latach pięćdziesiątych ubiegłego wieku, na fali odwilży gomułkowskiej, część Łemków wróciła, przede wszystkim w gorlickie, jasielskie, do Komańczy, Szczawnego, Zyndranowej. Ale ich dzieci miały już w sobie bardzo osłabiony ten gen ludzi gór. Wychowywały się w innych warunkach, na nizinach, w przeciwieństwie do rodziców integrowały się z przybyszami z innych terenów wschodniej Polski, które Polacy także musieli po wojnie opuścić.

– Łemkowszczyzna funkcjonuje w świadomości współczesnych Polaków, oczywiście tych, którzy się tym interesują, jako kraina zmitologizowana, mityczna. Jak Pan to odbiera?

– Łemkowszczyzna funkcjonuje jako kraina zmitologizowana również w świadomości Łemków. Gdy nie ma rzetelnej wiedzy, tworzy się mity. Dzięki Bogu problematyka mniejszości narodowych po latach milczenia znowu staje się przedmiotem badań. Wyrasta nowe pokolenie badaczy, w tym młodej inteligencji, także łemkowskiej, które poszukuje własnego języka wypowiedzi o sobie. Równocześnie z polskiej strony istnieje wiele instytucji, które badają te zagadnienia. Jako pracownik Muzeum Budownictwa Ludowego w Sanoku jestem częścią zespołu badającego wieloaspektowo kulturę południowo-wschodniej Polski, tworzącego mocne podstawy naukowe zamiast mitów. Jest to podstawowe zadanie nauki.