Bisette – biznesik dla mam i córek

str-16-bisette

Magdalena jest prawniczką z wykształcenia i, jak mówi, niemal natychmiast po ukończeniu studiów zdecydowała, że nie będzie zdawać na aplikację i w ogóle pracować w swoim zawodzie, bo robiło się jej nieswojo, gdy tylko uświadamiała sobie, że życie może jej przeminąć na pracy w godzinach od 7 do 15. Cały czas myślała o pójściu na swoje, przy czym długo nie wyobrażała sobie, jak to „swoje” ma wyglądać. I pewnie gdyby nie natręctwo sześcioletniej latorośli , to być może nawet do dziś nie wiedziałaby na czym to swoje miałoby polegać. Magdalena Pierzchalska ma bowiem córeczkę w wieku, kiedy to mama jest dla dziewczynki ideałem i jedyną osobą godną naśladowania.

Natręctwo Lenki, bo tak się córeczka pani Magdaleny nazywa, polegało na tym, że co i rusz mówiła do swojej mamy, że chce wyglądać tak jak ona, mieć takie same włosy i dziurki w uszach. Z dziurkami mama poradziła sobie sama, pomyślała też, by uszyć dla dziecka ładne i oryginalne ubranka, ale z tym był kłopot, ponieważ o szyciu nie miała zielonego pojęcia. Szukając kogoś, kto by jej uszył ciuchy dla dziecka, wpadła na pomysł, by szyć dla mamy i córki identyczne sukienki. I to był właśnie ten pomysł, który sprawił, że Bisette pojawiła się w katalogu firm, internecie i na rynku.

Powołanie firmy nie byłoby jednak możliwe bez „drugiej nogi”, czyli osoby, która wie na czym polega szycie i to szycie jest dla niej pasją. Pani Elżbieta Gyurkovich nie jest prawniczka, jest natomiast polonistką, której wyuczony zawód też nie sprawiał przyjemności, bo miłością jej życia, zaszczepioną przez mamę, a jeszcze wcześniej przez babcię, było szycie. Gdy więc pani Ela wpadła na pomysł, że będzie szyć muszki dla mężczyzn, porzuciła wyuczony zawód, założyła firmę Muchin i jej wyszukane muszki zaczęły zdobić „podgardla” pragnących elegancko wyglądać mężczyzn. Z czasem zaczęła też szyć ubrania na miarę, zamawiane przez indywidualnych klientów. Nie miała więc problemów z krawiectwem zarówno lekkim jak i ciężkim.

Pani Magdalena nie znała pani Eli, ale miały wspólnych znajomych i gdy ta pierwsza rozpuściła wici, że poszukuje osoby, która potrafi szyć z zacięciem artystycznym, wici musiały do pani Eli dotrzeć i dotarły. Panie spotkały się na kawie i szybko okazało się, że nadają na tych samych falach. Jako swoją misję określiły szycie sukienek takich samych dla mam i ich małoletnich córek, nade wszystko z materiałów wysokiej jakości, eleganckich, a krawiectwo miało być na wysokim poziomie, by mamom ich sukienki służyły przez lata. To było i jest wyzwanie rzucone „sieciówkom”, gdzie modna tandeta goni tandetę, bo bluzka czy spódnica rozłażą się w rękach po kilku praniach, ponieważ wcale nieskrywanym celem producenta jest, by klientka założyła na siebie ciuch tylko kilka razy, a potem, zmuszona była sięgnąć w jego sklepie po następny. Nie mówiąc już o tym, że na metce widnieje informacja, że rzecz jest uszyta na przykład z bawełny, a de facto jest to produkt bawełnopodobny.

Sukienki i sukieneczki z Bisette są szyte dużym nakładem pracy ręcznej i z wysokiej jakości materiałów, jak na przykład z tkaniny typu „Chanel”, która jest połączeniem wełny i jedwabiu. Tkaniny są zazwyczaj włoskie, ale obie panie mają ambicję, by wzory tkanin były także przez nie projektowane i jedna z takich sukienek, uszyta z ich wzorem autorskim już w kolekcji jest. Duży wkład pracy ręcznej oraz wysokiej jakości tkaniny wskazują, że sukienki marki Bisette nie mogą być tanie i oczywiście tanie nie są. Są to sukienki szyte na specjalne okazje i przy okazji rożnych eventów można sprawdzić, jak z ich noszeniem radzą sobie telewizyjne prezenterki na przykład, czy aktorki.

Jednakowe ciuchy dla mam i córek szyją także inne firmy, ale, jak mówią panie Magdalena i Elżbieta, niewiele z nich inspiruje się pomysłami z wybiegów mody, a one i owszem. Skoro takich firm jest wiele, to co zaważyło o powodzeniu Bisette? Odpowiedź oby pań jest zgodna – jakość i jeszcze raz jakość. Jakość szycia i jakość materiałów. No i oczywiście internet, który otworzył obu paniom okno na Polskę i świat. To przede wszystkim Instagram, bo jak mówi pani Magdalena, która odpowiada za promocję w internecie, moda to przede wszystkim obrazki. Na ich stronie internetowej codziennie coś się dzieje, pojawiają się nowe zdjęcia, posty, komentarze, w efekcie bardzo szybko zostały zauważone przez ludzi z branży i stylistów. Internet pozwala im dotrzeć do klientów, którzy bez internetu zapewne nigdy by się o Bisette nie dowiedzieli.

Panie mają oczywiście marzenia. Marzenie numer jeden to własna szwalnia, ale, jak podkreślają, na miejscu, w Puszczykowie pod Poznaniem, gdzie znajduje się firma, a nie gdzieś w Azji, dokąd uciekają wszystkie firmy odzieżowe, gdy tylko mocniej staną na nogach. Marzenie drugie ujawnia pani Ela. Chciałaby, aby z Bisette stworzyć firmę na kształt domu mody, leżącego jak najdalej od marki sieciowej. I w tej firmie zatrudniać swoje krawcowe, na etat, z godnym wynagrodzeniem, bo godne wynagrodzenie daje gwarancję jakości, a pracownikowi poczuci zawodowej stabilizacji. Ani myślą zlecać szycia za niewielkie pieniądze jakiemuś anonimowemu wykonawcy, co, jak mówią, tylko nakręca machinę wyzysku.

Ideą właścicielek firmy Bisette nie jest ilość lecz jakość. Mówią, że dokładają wszelkich starań, by ich sukienki były warte swojej ceny. A ta cena nie może być niska, skoro tylko metr materiału na sukienkę kosztuje od 80 do 100 zł, podszewki są z tkanin naturalnych, a guziki do sporej liczby fasonów robione ręcznie przez znajomego rzemieślnika.

I oczywiście na różnych targach mają satysfakcję, gdy jakieś kilkuletnie zaledwie dziewczątko ciągnie swoją mamę za rękę do ich stoiska i podekscytowane krzyczy: „Mamo, patrz, to dla mnie i dla ciebie”. To jedno z wielu świadectw, że droga, na którą weszły prowadzi do sukcesu, więc pracują nad drugą kolekcją. Obok filarów firmy, czyli sukienek dla mam i córek, znajdą się w niej także spodnie, spódnice, bluzki, różnego rodzaju dodatki i coś na wierzch, na przykład płaszczyki.

Ewelina Kaszubska