BoJo brutalnie dostał w twarz

str-22-bojo

Boris Johnson (w skrócie BoJo) 24 lipca br. został premierem Zjednoczonego Królestwa Wielkiej Brytanii i Irlandii Północnej, ale wiele znaków nie na niebie lecz na brytyjskiej ziemi wskazuje, że może pobić rekord najkrótszego sprawowania tego stanowiska. Dotychczasowy został ustanowiony w roku 1827, kiedy to po 119 dniach sprawowania tego urzędu zmarł premier George Canning. Przed 192 laty sprawcą rekordu była biologia, teraz może nim być brawurowa polityka BoJo, mającego za sobą karierę dziennikarza, burmistrza Londynu i ministra spraw zagranicznych w rządzie swojej poprzedniczki, Theresy May.

Jeśli dymisja BoJo nastąpi, będzie związana z forsowaną przez niego polityką opuszczenia Unii Europejskiej. Po przejęciu teki premiera ogłosił on otóż, że bez względu na wszystko Wielka Brytania opuści Unię Europejską do 31 października br. To „bez względu na wszystko” zakłada opuszczenie europejskiej Wspólnoty także bez zawarcia z nią w tej kwestii porozumienia. Wyjście z UE bez umowy niesie jednak ze sobą poważne zagrożenia związane zarówno z kwestiami zaopatrzenia w żywność i leki, jak też chaosem między Irlandią a Irlandią Północną, która (Irlandia Płn.) jest częścią Wielkiej Brytanii.

Swoje plany opuszczenia UE do końca października BoJo realizował z siłą tarana i wydawało się, że nic go w tej kwestii nie powstrzyma. 28 sierpnia br. wniósł do królowej Elżbiety II wniosek o zawieszenie obrad parlamentu. Opozycję mamił, że chodzi mu o to, aby ona właśnie (opozycja) nie przeszkadzała mu prowadzenia negocjacji z UE o zmianach w „umowie rozwodowej”. To było klasyczne mydlenie oczu. BoJo i wspierający go w sprawie brexitu stratedzy liczyli, że decyzja o zawieszeniu obrad parlamentu przestraszy i wyciszy przeciwników w łonie jego Partii Konserwatywnej, po trzecie, że partie opozycyjne, które niewiele łączy, nie dogadają się, by brexit zablokować. Okazało się, że i BoJo i jego stratedzy mylili się we wszystkich kwestiach. Nikt bowiem nie uwierzył, że premier negocjuje z Brukselą. Zarówno bowiem przewodniczący Rady Europejskiej, Donald Tusk, jak też główny negocjator rozwodu z ramienia UE, Michel Barnier, kilkakrotnie twardo podkreślali, że stanowisko Unii w sprawie rozstania z Wielką Brytanią jest niezmienne i umowa dotycząca tej kwestii, a zawarta ze Wspólnotą przez poprzednia premier, Theresa May, jest niepodważalna i nie będzie podlegać jakimkolwiek renegocjacjom. Fundamentalną kwestią sporną w tej sprawie jest tak zwany „irlandzki bezpiecznik”. Co się za tym sformułowaniem kryje pisaliśmy już kilkakrotnie, także w poprzednim wydaniu naszej gazety, więc tym razem nie będziemy już tej kwestii poruszać.

Prababcia Elżbieta II miała dotychczas swoją wizję królewskiego panowania, polegającą na trzymaniu się z dala od polityki, nieinterweniowaniu, a tym bardziej podejmowaniu przedsięwzięć, których skutkiem byłoby łamanie obowiązujących dotychczas zasad, czy zmienianie biegu spraw. Gdy więc BoJo poprosił królową o zawieszenie obrad parlamentu, ugrupowanie opozycyjne zaapelowały do monarchini, by tego nie czyniła, ponieważ ze strony BoJo jest to próba ograniczenia roli partii opozycyjnych w parlamencie. W całym kraju zorganizowano też demonstracje przeciwko zawieszeniu działalności parlamentu, argumentując, że jest to zerwanie z zasadami demokracji. Elżbieta II znalazła się w klasycznej sytuacji między młotem a kowadłem. Brytyjska tradycja nakazywała jej przychylić się do prośby premiera, ale z drugiej strony zawieszenie obrad parlamentu postrzegane było natychmiast jako danie do rąk BoJo narzędzia uniemożliwiającego parlamentowi blokowanie opuszczenia Unii bez porozumienia.

Brytyjskie społeczeństwo jest bardzo mocno podzielone w sprawie brexitu i każda decyzja królowej była nie do zaakceptowania przez jedną lub drugą stronę konfliktu. Nie do końca wiadomo, kto i co doradzał królowej, jakich użyto argumentów, w końcu jednak Elżbieta II przyczyniła się do wniosku premiera, zaakceptowała go i podjęła decyzję o zawieszeniu obrad parlamentu od 9 września (najwcześniej) do 14 października br. BoJo był więc pewien, że pomyślna dla niego decyzja monarchini otwiera mu na oścież bramy do opuszczenia UE z dniem 31 października br., także do tzw. „twardego brexitu”, czyli bez umowy.

Bardzo często zdarza się jednak, że jeśli ktoś jest czegoś bardzo pewny, to otrzymuje cios może nie tyle od razu nokautujący, ale zwalający na kolana na pewno. Nikt otóż nie uwierzył, że BoJo negocjuje z Brukselą i odnosi znaczące ustępstwa w umowie rozwodowej. Po drugie – opozycja w podziwu godnym tempie przygotowała projekt ustawy (nazwano ją „Ustawą Benna” od nazwiska wnioskodawcy Benna Billa). Jej uchwalenie oznaczało zablokowanie opuszczenia przez Wlk. Brytanię Unii Europejskiej bez umowy i nakładało na premiera obowiązek wystąpienia do UE z wnioskiem o odroczenie daty opuszczenia jej szeregów, jeśli do 19 października, w którym to dniu ma się odbyć zaplanowany już szczyt Unii Europejskiej, nie zostanie przyjęta w brytyjskim parlamencie umowa rozwodowa lub jeśli parlament nie wyrazi zgody na brexit bez umowy. Projekt „Ustawy Benna” nakazywał też premierowi wystąpić do UE o przesunięcie daty brexitu na 31 stycznia 2020 roku.

Opozycja więc się zjednoczyła. Na dodatek BoJo otrzymał upokarzający cios od członków swojej własnej partii. Najpierw jeden nich podczas wtorkowego (3 września) przemówienia BoJO wstał ze swego miejsca, przeszedł przez salę i ostentacyjnie usiadł wśród posłów opozycji, którym to krokiem BoJo utracił większość w parlamencie. Chwilę później zaś, aż 27 głosami przegrał głosowanie i jego rząd utracił kontrolę nad porządkiem obrad, co otworzyło opozycji drogę do głosowania następnego dnia nad „Ustawą Benna”.

Po wtorkowych (3 września) obradach brytyjskiego parlamentu „Financial Times” napisał, że Partia Konserwatywna jest „W stanie dezintegracji. (…) Polityczni eksperci często mówili, że Partia Konserwatywna może się podzielić w procesie wyjścia Wielkiej Brytanii z UE, ale wtorek (…) był dniem, w którym ten rozłam przyjął widoczną formę, kiedy niektórzy z najbardziej szanowanych torysów sprzeciwili się Johnsonowi”. W 21-osobowym gronie owych „najbardziej szanowanych” było aż ośmiu ministrów, a także wnuk Winstona Churchilla. Oskarżyli oni BoJo o „kompletną pogardę dla partii”, on zaś w rewanżu usunął ich wszystkich z partyjnych szeregów.

Komentator „The Times” stwierdził natomiast, że strategia BoJo „w sprawie brexitu pogrążyła kraj w chaosie” i przypomniał słynne słowa Mike Tysona, byłego mistrza świata w bokserskiej wadze ciężkiej, że „Każdy ma plan, dopóki nie dostanie pięścią w twarz. Wczoraj, w 42. dniu swojego urzędowania jako premier, Johnson brutalnie dostał w twarz. (…) niezależnie od tego, jaki miał plan w dniu, gdy obejmował stanowisko, z pewnością nie zakładał porażki 27 głosami podczas pierwszego sprawdzianu dla jego rządu w Izbie Gmin”.Wieczorem w środę 4 września br., jak było do przewidzenia, członkowie Izby Gmin stosunkiem głosów 327 do 299 przyjęli „Ustawę Benna”, która otwiera drogę do zablokowania przez Wlk. Brytanię opuszczenia Unii Europejskiej bez umowy. Ustawa trafiła po przegłosowaniu do Izby Lordów, której członkowie mogli ją przyjąć lub zgłosić poprawki, ale także podjąć próby zablokowania wejścia jej w życie przed zaplanowanym na 9 września zawieszeniem obrad parlamentu. BoJo mógł więc mieć jeszcze nadzieję, że dojdzie do ostatniej z trzech wymienionych sytuacji. Jednak w piątek wieczorem (6 września) jego nadzieje prysły. Izba Lordów przyjęła ustawę bez jakichkolwiek poprawek. Ale BoJo będzie walczył do końca. Jako premier ma prawo ogłosić przedterminowe wybory w dogodnym dla siebie terminie i zapewne to zrobi. Pod warunkiem, że na przedterminowe wybory zgodzi się parlament, w którym jednak we wtorek 3 bm. stracił większość. Polityka ma jednak to do siebie, że tak jak z dnia na dzień można tę większość stracić, tak następnego dnia można ją odzyskać. Emocje związane z opuszczeniem przez Wielką Brytanię Unii Europejskiej będą narastać, co oczywiście zaciąży i już ciąży na gospodarce oraz finansach kraju. Mimo iż kwestia brexitu jest znana inwestorom od 3 lat, determinacja BoJo dotycząca opuszczenia Wspólnoty bez umowy dopiero teraz ostro dotarła do świadomości inwestorów. Koncerny samochodowe mające fabryki na Wyspach coraz poważniej biorą pod uwagę wyprowadzkę do krajów Kontynentu, a od wtorkowych obrad parlamentu brytyjski funt ostro traci na wartości. W relacji do amerykańskiej waluty kurs funta spadł poniżej 1,20 dolara. Ale dopiero czas pokaże, czy koszty brexitu będą drastyczne, jak twierdzą jedni, czy jak uważają drudzy, po chwilowej zapaści wszystko na Wyspach szybko wróci do normy. Czas tez pokaże, czy BoJo ustanowi rekord w najkrótszym sprawowaniu urzędu premiera Wielkiej Brytanii. Na razie, mimo że wiele się działo, nadal nic nie jest do końca jasne.

Adam Lasocki