Brexit – kolejna szansa Brytyjczyków

admin-ajax

W nocy ze środy na czwartek (10/11 kwietnia) przywódcy państw Unii Europejskiej debatowali, co zrobić z brexitem, czyli z opuszczeniem Unii Europejskiej przez Wielką Brytanię. Przypomnę tylko najważniejsze związane z tym kwestie. Unia Europejska wynegocjowała umowę rozwodową z Wielką Brytanią, którą ze strony brytyjskiej przygotowała i negocjowała premier tego kraju Theresa May. Warunkiem wejścia tej umowy w życie było zaaprobowanie jej przez brytyjski parlament. Jednak w ostatnich miesiącach brytyjscy posłowie trzykrotnie odrzucili umowę rozwodową. Wcześniej Unia ustaliła, że jeśli w londyńskim kotle nie dojdzie do podpisania umowy, to Wyspiarze opuszczą Unię Europejską bez umowy, czyli dojdzie do tak zwanego „twardego brexitu”. Czym to grozi pisałem szerzej w poprzednim wydaniu. W telegraficznym skrócie – grozi to chaosem w kontaktach między krajami Unii a Wielką Brytanią, ustanowieniem kontroli celnej i granicznej, korkami w portach, opóźnieniami w transporcie zarówno drogowym, jak też morskim i lotniczym, przerwami w zaopatrzeniu w przeróżne produkty, zarówno spożywcze jak i przemysłowe. Groźne będą także zawirowania na rynkach finansowych, co może wywołać kryzys tej branży, a żeby sobie wyobrazić, czym on grozi, wystarczy przypomnieć rok 2008 i zapaść gospodarczą oraz finansową wielu krajów przez kilka lat, które po nim nastąpiły.

W przypadku brexitu bez umowy najgroźniejsza będzie natomiast sytuacja na wyspie Irlandia, gdzie są dwa organizmy państwowe – suwerenna Irlandia oraz wchodząca w skład Zjednoczonego Królestwa Wielkiej Brytanii Irlandia Północna. Twardy brexit sprawi, że Irlandię od Irlandii Północnej będzie musiała odgrodzić granica, co z pewnością ożywi stare antagonizmy między zwolennikami włączenia Irlandii Północnej do Irlandii, a unionistami, czyli zwolennikami pozostania jej w granicach Zjednoczonego Królestwa. Do zawartego w wielki piątek 1998 r. porozumienia (zwane zostało „wielkopiątkowym”) między Wlk. Brytanią a Irlandią, konflikt ten obfitował wieloma krwawymi atakami bombowymi i starciami zwolenników zjednoczenia z brytyjskim wojskiem. Od zawarcia owego porozumienia panował spokój, który w przypadku twardego brexitu może jednak odżyć.

Wyznaczoną datą graniczną opuszczenia przez Brytyjczyków Unii Europejskiej był 29 marca. Ale przed tą datą trzecie głosowanie w brytyjskim parlamencie znów zakończyło się nieprzyjęciem umowy zawartej przez premier May z UE. Brytyjska premier otrzymała więc upoważnienie od parlamentu o wystąpienie do UE o przedłużenie terminu wyjścia jej kraju z europejskiej wspólnoty, zaś szef Rady Europejskiej, Donald Tusk, zwołał na 10 kwietnia nadzwyczajny szczyt Unii Europejskiej, by radzić, co z tym fantem zrobić. Obrady toczyły się w nocy ze środy na czwartek (10/11 kwietnia) i nad ranem wiele osób odetchnęło z ulgą, ale też wiele było wściekłych albo co najmniej niezadowolonych.

Wściekłość emanowała z wypowiedzi twardych brytyjskich brexitowców. Już 29 marca wyrażali oni głośno na londyńskich ulicach i placach swoje niezadowolenie z faktu, że rząd premier May nie zrealizował wyników referendum, które zwolennicy opuszczenia UE wygrali niewielką liczbą głosów, ale jednak wygrali. Z ulgą odetchnęli natomiast przedstawiciele świata biznesu, którzy najlepiej zdają sobie sprawę, czym pod względem gospodarczym i finansowym grozi wyjście z Unii Europejskiej bez umowy. Nadzieje odzyskali także inni zwolennicy utrzymania mocnych więzi z Europą.

Co więc ustalono w nocy z 10 na 11 kwietnia? Przedstawiciele państw UE uzgodnili, że przedłużają termin ostatecznego brexitu do 31 października bieżącego roku. Jest to termin ostateczny, ale nie jedyny, ponieważ Wlk. Brytania może opuścić Unię wcześniej, jednak pod warunkiem, że odbędzie się to według zapisów zawartej umowy, na którą na razie brytyjski parlament nie wyraża zgody. Jeśli to „cywilizowane” opuszczenie europejskiej Wspólnoty nie uda się do 23 maja br., na Wyspach trzeba będzie przeprowadzić wybory do europarlamentu. I właśnie w tych wyborach swoją wielką szansę upatrują zwolennicy pozostania Wlk. Brytanii w Unii Europejskiej. Uważają bowiem, że wybory staną się de facto plebiscytem, który da odpowiedź na pytanie, jak układają się siły zwolenników i przeciwników opuszczenia Unii Europejskiej. Jeśli zwolennicy pozostania w strukturach unijnych osiągną znaczącą przewagę, będzie je można traktować jako uwerturę przed ponownym referendum.

Premier Teresa May dotychczas twardo odrzucała koncepcję powtórnego referendum na temat brexitu, ale ostatnio jej stanowisko w tej kwestii nie jest już tak zdecydowane. Co prawda nadal się mu sprzeciwia, ale po zakończeniu obrad w Brukseli przyznała, że niektórzy posłowie mogą zgłosić wniosek o powtórne referendum jako jedną z opcji. I od parlamentu będzie zależało, czy zostanie ona zaakceptowana. Poza zmiękczonym stanowiskiem brytyjskiej premier pojawiają się też inne sygnały świadczące o tym, że powtórne referendum nie jest już niemożliwe. Dzień po brukselskim szczycie przebywający w Waszyngtonie minister finansów Wlk. Brytanii, Philip Hammond, nie wykluczył, że taki projekt zostanie przedłożony parlamentowi po wielkanocnej przerwie, na którą brytyjscy posłowie udali się 12 bm. Jakby na to nie patrzeć, ponowne referendum przecięłoby obecną patową sytuację. Europejscy komentatorzy nie wykluczają jednak, że w brytyjskim kotle nadal będzie wrzeć i nawet do końca października nie uda się brytyjskiej premier uzyskać zgody parlamentu na opuszczenie UE na warunkach wynegocjowanej umowy. Wtedy groźba bezumownego opuszczenia przez Brytyjczyków UE stanie się jak najbardziej realna. Co wtedy?

Wtedy z całą pewnością stanowisko państw UE nie będzie już tak koncyliacyjne, jak podczas nocnego szczytu z 10 na 11 kwietnia i nie jest wykluczone, że większość opowie się za stanowiskiem prezydenta Francji, Emmanuela Macrona, który chciał dać Brytyjczykom jak najkrótszy czas na podjecie ostatecznej decyzji i ustalić ten termin na czerwiec br. Prezydent Macron argumentował, że sprawa brexitu będzie paraliżować Unię i odciągać ją od wielu innych, równie ważnych spraw. Za terminem późniejszym opowiadała się kanclerz Niemiec, Angela Merkel, zaś szef Rady Europejskiej, Donald Tusk, chciał dać Brytyjczykom najwięcej czasu do podjęcia decyzji, proponując przesunięcie ostatecznego terminu brexitu aż o rok. Ostatecznie stanęło pośrodku. I nadal nikt nie wie, co w tej kwestii przyniesie niedaleka przyszłość.

Krzysztof Pipała, redaktor naczelny Głosu Polonii