Brexit – kto zyska, kto straci?

admin-ajax

Na pierwszą część pytania zawartego w tytule odpowiedź jest krótka – nie wiadomo. Aby zaś wyczerpująco odpowiedzieć na drugą jego część, nie starczyłoby miejsca przewidzianego na niniejszy artykuł. Muszę jednak zacząć od początku. Brexit jest umownym słowem, pod którym kryje się wyjście Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej. Jest to postawienie się tego kraju poza europejską wspólnotą oraz powrót do samodzielności i suwerenności. Marzyli o tym od lat brytyjscy nacjonaliści.

Na razie wszystko wskazuje jednak na to, że największym szkodnikiem Wielkiej Brytanii w pierwszej części XXI wieku jest były premier tego kraju, Dawid Cameron. Szukając wsparcia dla swojej polityki, ogłosił przeprowadzenie w czerwcu 2016 r. referendum w sprawie pozostania kraju w Unii Europejskiej. Był przekonany, że większość jego rodaków jest na tyle wykształcona i świadoma korzyści, jakie kraj wynosi z obecności w europejskiej Wspólnocie, że dadzą zdecydowany odpór zwolennikom rozwodu.

Zbagatelizował jednak prowadzoną od końca lat 80. zaciekłą kampanię kłamstw i szczucia Brytyjczyków na Unię Europejską. Po ogłoszeniu referendum kampania ta wielokrotnie przybierała na sile. W tej chwili brytyjskie media nie kryją, że główni orędownicy opuszczenia przez Wielką Brytanię Unii Europejskiej, Aaron Banks i Nigel Farage, korzystali z pieniędzy Kremla, bo nikomu tak nie zależy na rozwaleniu europejskiej Wspólnoty, jak Kremlowi. Putin doskonale zdaje sobie bowiem sprawę, że silna, zwarta, jednomyślna Unia Europejska jest w stanie przeciwstawić się jego imperialnej polityce, tak gospodarczej, jak też zagranicznej, w tym także jego ekspansywnym działaniom wobec byłych republik Związku Radzieckiego. Kampania na rzecz opuszczenia UE była więc na Wyspach krzykliwa, demagogiczna, pełna oszczerstw, a większość brytyjskiego społeczeństwa nie okazała się, niestety, na tyle wykształcona i świadoma, by oddzielić ziarno od plew, zważyć korzyści i straty, jakie kraj ma z obecności w szeregach Wspólnoty.

No i stało się. Referendum wygrali zwolennicy Brexitu, czyli ci, którzy uważali, że wszystko co dobrego Wielka Brytania ma z Unii Europejskiej to zasługa WB, natomiast wszystkiemu, co złe, winna jest UE. Ten sposób myślenia, ale już w przerysowanej, karykaturalnej wręcz formie, charakteryzuje również politykę wobec UE w wykonaniu obecnego polskiego rządu. Ale zostawmy PiS na boku, z zastrzeżeniem, że politycy tej partii politycy powinni z uwagą (i zrozumieniem) śledzić to, co się dzieje wokół Brexitu.

Wyspiarskim zwolennikom opuszczenia UE wydawało się, że jeśli wybiorą rozwód, to wystarczy zamknąć za sobą drzwi i będzie po problemie. To bardzo prostackie pojmowanie sprawy rozwodowej. Rozwód bowiem, jak wielu z nas wie, kosztuje. Fundament Unii Europejskiej stanowi swobodne przemieszczanie się osób, towarów i usług między krajami Wspólnoty, poddanie się jurysdykcji Trybunału Sprawiedliwości UE, jednolity rynek pracy. Jeśli Wlk. Brytania opuści UE trzeba będzie na powrót ustanowić granice, postawić szlabany, zatrudnić celników i służby graniczne. To są koszty istotne dla obu rozwodzących się stron, ale są też jeszcze ,i to znacznie większe, koszty, nazwijmy to – „ogólne”, wynikające ze zobowiązań, jakie Wielka Brytania podjęła będąc w Unii.

Zdecydowaną większość zobowiązań reguluje „porozumienie rozwodowe”, które premier Theresa May wynegocjowała z opuszczanym unijnym „partnerem”, ale nie zdołała go przeforsować w swoim parlamencie. Przeciwko zawartemu przez panią May porozumieniu głosowali także członkowie jej Partii Konserwatywnej. Największą przeszkodą w zaakceptowaniu porozumienia przez brytyjski parlament jest treść kryjąca się pod słowem „backstop”. To skrót, termin techniczny oznaczający, że po wystąpieniu Wielkiej Brytanii z UE na granicę między Irlandią i Irlandią Północną nie wrócą kontrole osobiste i celne.

W tym miejscu konieczne jest krótkie przypomnienie historii. Irlandia jest wyspą, ale północno-wschodnią jej część zajmuje Irlandia Północna. A Irlandia Północna powstała w 1921 r., gdy po utworzeniu Wolnego Państwa Irlandzkiego sześć z dziewięciu hrabstw północno-wschodniej prowincji Ulster postanowiło pozostać w Zjednoczonym Królestwie Wielkiej Brytanii. Zdecydowaną większość mieszkańców tych hrabstw stanowili protestanccy potomkowie szkockich i angielskich osadników, którzy nie chcieli mieszkać w katolickiej Irlandii. W 1972 r. Irlandią Północną zaczął wstrząsać konflikt między protestantami i katolikami. Pochłonął kilka tysięcy istnień ludzkich. Wejście Irlandii i Wlk. Brytanii do UE, a tym samym zlikwidowanie granic, stworzyło pole do zakończenia krwawego konfliktu.

W wyniku brexitu na wyspiarską granicę między Irlandią, która jest samodzielnym państwem i członkiem UE, której nie zamierza opuszczać, a Irlandią Północną powinny powrócić posterunki straży granicznej i celnej. Jednak rząd Irlandii twardo przeciwstawia się ponownemu ustanowieniu granicy. I nie ma się czemu dziwić. Irlandia jest krajem unijnym, ale największy procent jej obrotów handlowych odbywa się z Wielką Brytanią. Najgorsze jest jednak to, że ustanowienie twardej granicy między Irlandią i Irlandią Północną mogłoby przywrócić napięcia między protestancką północą i katolickim południem. Przedsmak tego miał miejsce 19 stycznia, gdy w Londonderry, mieście zamieszkanym przez katolików i protestantów nieznani sprawcy wysadzili w powietrze skradziony samochód.

Backstop” zakłada, że po wystąpieniu Wlk. Brytanii z Unii Europejskiej przez pewien czas pozostanie ona w unijnej unii celnej. Ten plan wywołuje jednak ogromne kontrowersje, ponieważ pozostanie Wlk. Brytanii w unii celnej UE uniemożliwi jej zawieranie umów celnych z krajami trzecimi, na przykład Australią czy Japonią. Podczas negocjacji z UE Brytyjczycy chcieli ograniczyć okres obowiązywania „back stop” do 31 grudnia 2021 r. ale unijni negocjatorzy odrzucili tę opcję. Pojawiła się więc kolejna, zwana „back stop to the back stop”, w wyniku której w unijnej unii celnej pozostałaby jedynie Irlandia Północna bez Wlk. Brytanii. Na to jednak nie ma zgody ani brytyjskiego rządu, ani tamtejszych partii politycznych, ponieważ wszyscy obawiają się, że stanowiłoby to zagrożenie dla integralności Wlk. Brytanii. To, gdzie w tej chwili jest granica między Irlandią a Irlandią Płn., poznać po tablicach z ograniczeniem prędkości. W Irlandii podaje się ją w kilometrach, w Irlandii Płn, tak jak w całej Wlk. Brytanii, w milach.

A czas biegnie. I to bardzo szybko, ponieważ o godz. 11 w piątek 29 marca 2019 r. Wlk. Brytania przestanie być członkiem Unii Europejskiej. Co będzie, jeśli do 29 marca br. premier May nie przekona parlamentarzystów do zgody na porozumienie, jakie zawarła z UE w sprawie brexitu? Rzecz jest otóż taka, że nikt tego nie wie. Pewne jest jedno – jeśli nie będzie porozumienia, nastąpi tak zwany „twardy brexit”. Irlandia już szkoli policjantów i celników, którzy staną wtedy na ok. 300 drogach i dróżkach, którymi podróżuje się jeszcze teraz swobodnie między Irlandią a Irlandią Płn. I co wtedy się stanie? Tego nikt nie wie.

Krzysztof Pipała, redaktor naczelny Głosu Polonii