CETA – obawy Kanadyjczyków

ceta

W poprzednim wydaniu naszej gazety pisaliśmy o obawach, jakie wśród Europejczyków wiążą się z podpisaniem umowy CETA. Jest to umowa o wolnym handlu między Unią Europejską a Kanadą, która znosi niemal wszystkie (98 proc.) bariery celne między stronami umowy.

Przypomnijmy podstawowe dane. Europa jest drugim (po USA) partnerem handlowym Kanady. W roku 2015 wysłała na rynki Unii Europejskiej towary   o wartości 39,4 mld dolarów kanadyjskich, ale zaimportowała z UE produkty za 53 mld dol. Kan. W handlu z UE odnotowała więc deficyt wynoszący 13,6 mld dol. Większy ma tylko w handlu z Chinami. Kanada ma tylko 36 mln mieszkańców, kraje Unii Europejskiej 500 milionów, a pod względem powierzchni są sobie niemal równe. Przed podpisaniem umowy CETA rządowe agencje kanadyjskie szacowały, że jej efektem będzie zwiększenie rocznego zysku Kanady o 12 mld dol. kan., utworzenie 80 tys. nowych miejsc pracy i zwiększenie o jedna piątą handlu z Europą. W Kanadzie niemal nie było protestów i marszów przeciwników CETA tak spektakularnych jak w Europie, przede wszystkim w belgijskiej Walonii, ale spory procent Kanadyjczyków żywi poważne obawy co do tego, czy zniesienie wszelkich barier celnych w sferze handlu i usług wyjdzie im na dobre.

Przede wszystkim przemysł mleczarski

W pierwszym szeregu wątpiących stają kanadyjscy rolnicy, przede wszystkim przemysł mleczarski. Z chwilą otwarcia kanadyjskiego rynku na produkty europejskie, wprowadzone zostaną między innymi europejskie regulacje dotyczące  nazw geograficznych w odniesieniu do produktów rolnych, na przykład serów i win. Nie będzie już można kupić w sklepach kanadyjskiego parmezana, fety czy mozzarelli. Dziś takie sery produkowane w Kanadzie są powszechnie dostępne i tanie, mimo że z prawdziwym parmezanem czy mozzarella nie maja nic wspólnego.  Oryginalne sery opatrzone ta nazwa można oczywiście kupić, ale są one bardzo drogie, bo obłożone cłem sięgającym 300 proc. Z chwila wejścia CETA cła znikną, oryginały zdecydowanie potanieją i ich kanadyjscy producenci znajdą się w sporych kłopotach. Na rynku pojawia się doskonale sery z Francji, Włoch, Danii i także z Polski, bo produkty naszego przemysłu mleczarskiego szturmem podbijają europejskie rynki, dlaczego więc nie miałyby podbijać także rynku kanadyjskiego.

Hodowcy bydła i trzody

Kolejny segment kanadyjskiego rolnictwa, który ma obawy w związku z CETA, obejmuje hodowców bydła i trzody. Co prawda kanadyjscy hodowcy bydła zakładają, że w ciągu najbliższych 6 lat czterokrotnie zwiększą eksport wołowiny na rynki UE (dziś jest to 15 tys. ton), a hodowcy wieprzowiny szykują się na ponaddwunastokrotny wzrost (obecnie wysyłają 6 tys. ton, planują 75 tys. ton), ale nie wiadomo czy będzie to tak łatwe. Unia Europejska ma dość restrykcyjne przepisy dotyczące faszerowania bydła i trzody hormonami  wzrostu, bez których kanadyjscy rolnicy nie potrafią się już obejść.  Od ponad 50 lat młodziutkim cielakom wszywa pod cienka skórę na uchu pojemniczek z hormonem wzrostu, z którego jest on stopniowo dawkowany organizmowi zwierzęcia. Kanadyjscy hodowcy twierdza, że dzięki temu hodowla odbywa się ze znacznie mniejszym użyciem karmy, wody i ziemi. Gdyby z tego zrezygnować, to ceny mięsa (już i tak wysokie) musiałyby znacznie wzrosną, co z kolei przełożyłoby się na mniejsze jego spożycie. Ta procedura jest co prawda akceptowana przez WHO i FAO, ale na przykład faszerowanie bydła, świń i indyków hormonem wzrostu o nazwie raktopamina, jest przez Unie zakazane i takie mięso nie ma szans pojawienia się  na rynkach krajów unijnych.

Kanadyjski łosoś

Podobne uwarunkowania dotyczą eksportu na europejskie rynki kanadyjskiego łososia. Kanadyjskie instytucje odpowiedzialne za zdrowie ludności i jakość żywności (ministerstwo zdrowia i Kanadyjska Inspekcja ds. Żywności ) wydały w maju 2016 r. zezwolenie na hodowlę genetycznie zmodyfikowanego łososia. Taki łosoś będzie dwa razy większy niż obecnie, szybko rośnie i będzie go można odławiać już po 20, a nie jak dotychczas, po 40 miesiącach. Genetycznie modyfikowana żywność wszędzie na świecie wzbudza nieufność mieszkańców, także w Kanadzie, gdzie aż 62 proc. ankietowanych odpowiedziało, że takiej żywności nie będzie kupować. Nie znamy oczywiście odpowiedzi na pytanie, czy zdają sobie natomiast sprawę, że tego typu żywność, do produkcji której używa modyfikowanych półproduktów (na przykład – pasze) już spożywają. Na razie więc  modyfikowane genetycznie łososie pojawią się na rynku dopiero za rok – półtora i nie podbiją Europy, ponieważ w krajach UE niezmienne pozostaną normy bezpieczeństwa żywności i gigantyczne łososie pozostaną atrakcją lokalnego rynku kanadyjskiego. I pewnie między innymi z tego powodu przedstawiciele firm zajmujących się w Nowej Fundlandii i Labradorze przetwórstwem rybnym oczekują od rządu kanadyjskiego odszkodowania. Drugą branżą, która się tego domaga, jest wspomniany już wcześniej przemysł mleczarski.

Przetargi na zamówienia publiczne

Kanadyjscy przedsiębiorcy obawiają się także otwarcia kanadyjskiego rynku przetargów na zamówienia publiczne dla firm europejskich. Przetargi ogłaszane przez instytucje federalne i poszczególnych prowincji są warte około 30 mld dol. kan. Korzyści wynikające z równouprawnienia w tej dziedzinie firm kanadyjskich i europejskich są na przykład nieosiągalne w tej chwili dla firm amerykańskich czy chińskich. Pytanie, jakie stawiają obawiający się tego równouprawnienia Kanadyjczycy brzmi – Czy nie pogorszy się w związku z tym jakość usług? A te usługi, to oczywiście usługi medyczne, pocztowe, komunalne, w tym zaopatrzenie w wodę, która w Kanadzie jest pierwszorzędnej jakości. Władze federalne i władze prowincji tonują obawy, zapewniając, że na CETA Kanada może tylko zyskać i nic nie straci. Takie stwierdzenia wywołują zaś podejrzliwość Europejczyków, którzy uważają, że jeśli na CETA Kanada może tylko zyskać, to ktoś musi na tym stracić. A ponieważ drugą strona umowy CETA jest Unia Europejska, to znaczy, że stracą na niej kraj unijne…

I dopóki nie przetestujemy CETA „w praniu”, czyli w praktyce dnia codziennego, nie mamy szans zadowolić satysfakcjonująca odpowiedzią wątpiących po jednej i drugiej stronie Atlantyku.

Jacek Stachiewicz

PS. Podczas pisania tego artykułu korzystałem z informacji zawartych w artykule „Wielkie oczy łososia” autorstwa Joanny Gierak-Onoszko, zamieszczonym w tygodniku „POLITYKA” (nr 46, z 8.11 – 15.11.2016 r.).