Chiny atakują – część 2.

str-25-chiny

W lecie 2010 roku węgierska policja aresztowała na lotnisku w Budapeszcie dwóch, podających się za biznesmenów Chińczyków, za którymi władze USA wysłały list gończy. Amerykańscy prokuratorzy mieli podwody, by ścigać obu panów, ponieważ posiadali niezbite dowody, że owi biznesmeni oferowali pracownikom BAE Systems niemałe pieniądze za produkowane w laboratoriach tej firmy mikroczipy. BAE Systems to wielonarodowy koncern zbrojeniowy, który ma swoje siedziby również w USA, a w nich powstaje większość technologii koncernu. W amerykańskich laboratoriach BAE Systems rodziły się m.in. elementy urządzeń elektronicznych do amerykańskiego supermyśliwca F-35.

Dwa lata po zatrzymaniu chińskich „biznesmenów” na lotnisku Budapeszcie, w powietrze wzbił się prototyp chińskiego supermyśliwca, nazwany J-20, a dwa lata później kolejny prototyp. W roku zaś 2017 państwowa chińska telewizja podała, że J-20 został przyjęty na uzbrojenie sił powietrznych tego kraju. Już po ukazaniu się zdjęć pierwszego prototypu fachowcy stwierdzili łudzące podobieństwo do amerykańskiego F-35. Na razie nie ma na to stuprocentowych dowodów, ale Małoto jest na tyle naiwny, by uznać, że Chińczycy sami doszli do stworzenia tak specyficznej i technologicznie zaawansowanej konstrukcji. Z całą pewnością na ukazanie się chińskiego bliźniaka F-35 zapracowały całe zastępy szpiegów wysyłanych z Państwa Środka w wszystkie punkty świata, w których dzieje się coś ciekawego, a Stany Zjednoczone, będące światowym liderem w rozwoju nowych technologii są przez nich szczególnie penetrowane.

Chińskie państwo, które za punkt honoru uznało prześcignięcie USA na pozycji lidera światowych mocarstw, nie przebiera w środkach, by ten cel osiągnąć. Mimo że tysiące młodych Chińczyków wysyła na studia w najbardziej renomowanych uczelniach amerykańskich, mimo że tysiące Chińczyków pracują (także na rzecz swojego państwa) w przodujących w rozwoju technologicznym firmach amerykańskich, mimo że, co trzeba przyznać, łożą ogromne środki na prace badawcze, nie są jeszcze w stanie dogonić pod względem technologicznym Ameryki. A skoro nie udaje się zdobyć tych technologii drogą legalną, trzeba tajemnice kraść. A to jest profesja szpiegów.

Chińskie szpiegostwo gospodarcze jest dużo ważniejsze niż polityczne. Technologie zdobywane są na trzy sposoby: oficerowie proszą o informacje obywateli chińskich przebywających za granicą (na przykład pracujących tam w ramach wymiany naukowej), po drugie – chińskie firmy kupują zagraniczne firmy technologiczne, po trzecie – kupują wybrany sprzęt albo jego elementy, gdy towar jest objęty embargiem. Wiele chińskich firm założonych w USA i w innych krajach, w których pracuje się nad nowoczesnymi technologiami, to rzadko przysłowiowe „firmy krzaki”, powołane li tylko jako narzędzie do zbierania informacji. W wielu przypadkach są to firmy świetnie prosperujące, które zarabiają na siebie, więc nie potrzebują wsparcia finansowego ze strony chińskiego państwa. Ich cechą wspólną jest to, że nie mają najmniejszych moralnych oporów przed szpiegostwem i często prowadzą szpiegowskie operacje na własną rękę.

Chiński szpieg nie ma nic wspólnego z postaciami, w jakie się go ubiera w filmach, a już tym bardziej z agentem 007 i jego wodotryskiem w zegarku. Chiński szpieg to zazwyczaj naukowiec, zafrapowany swoją pracą inżynier, biznesmen, także student. Oni wszyscy nie rzucają się w oczy, ale te oczy mają i to szeroko otwarte, także uszy, które umieją słuchać. Spektrum ich zainteresowań obejmuje niemal wszystko, na pierwszym miejscu oczywiście najnowsze technologie z przemysłu zbrojeniowego i informatycznego.

Guo jia Anquan Bu, to chińskie Ministerstwo Bezpieczeństwo Państwa, a tak naprawdę chińska agencja wywiadowcza, która werbuje, rozprowadza po całym świecie i nadzoruje swoich agentów. Jej analitycy zbierają od nich informacje i z drobnych fragmentów dochodzą do interesujących całości. Specjaliści uważają, że chińska agencja wywiadowcza jest zorganizowana na modłę radzieckiej KGB, jednak różnią ją od rosyjskiego (radzieckiego) wzoru metody operacyjne. Są one, jak twierdzą znawcy przedmiotu, wyjątkowe na skalę światową.

W przeciwieństwie do wywiadów zachodnich chińscy oficerowie nie prowadzą kilku wysoko postawionych szpiegów, lecz bardzo wielu mniej znaczących. Sieć agentów jest niezwykle rozległa, zdecentralizowana, a przeważająca większość z nich zajmuje się zupełnie na pozór niewinną działalnością, na przykład gromadzeniem ogólnodostępnych danych. Dopiero na etapie analizy z mozaiki źródeł wyłania się wartościowy produkt wywiadowczy. Taki model szpiegostwa może działać wyłącznie dzięki tysiącom chińskich obywateli pracujących za granicą i licznej oraz pracowitej grupie analityków pracujących nad złożeniem informacyjnej mozaiki w całość.

Rekrutacja na agentów zaczyna się m.in. jeszcze przed egzaminami wstępnymi młodych ludzi, ubiegających się o indeks pekińskiego Uniwersytetu Stosunków Międzynarodowych. Obowiązuje żelazna zasada, że rekrutowani są tylko ci obywatele chińscy, którzy nigdy nie mieli zagranicznych kontaktów i nigdy nie wyjeżdżali z kraju. Ta daleko posunięta ostrożność ma wyeliminować ewentualne „krety” podstawione przez obce służby. Agencje kontrwywiadowcze USA ujawniły na przykład, że na każdy z 11 wykrytych przypadków działalności szpiegowskiej Chińczyków, 10 z nich urodziło się w Chinach i byli imigrantami w pierwszym pokoleniu.

Siłą chińskiego szpiegostwa leży w ogromnej liczba kontaktów agencji wywiadowczej tego kraju, bo Chińczycy powoli ale konsekwentnie zalewają świat i są już niemal wszędzie, a w wielu krajach i regionach (na przykład w naszym Vancouver) zaczęli się osiedlać już kilkaset lat temu). Do nich też docierają werbownicy i namawiają do współpracy odwołując się do ich dumy narodowej. W palecie wywiadowczej jest oczywiście także instytucja ”śpiochów”, których w terminologii chińskich służb specjalnych nazywa się „rybami na dnie oceanu”. Z chwilą, gdy stają się potrzebne, wypływają na powierzchnię. Wobec obywateli z chińskim paszportem stosuje się różne chwyty, włącznie z groźbą odebrania paszportu, czy stypendium dla niemającego chęci współpracy studenta.

W Polsce Chińczycy już także są, mimo że nawet w skali europejskiej kraj nie stanowi nawet skrawka kalifornijskiej „Doliny Krzemowej”. Ale Chińczycy są krajem prowadzącym wywiad globalny i interesują się każdym państwem, które ma jakiekolwiek znaczenie na arenie międzynarodowej. A Polska jest krajem granicznym między dwoma blokami wojskowymi – NATO i Rosji. Odgrywa bardzo aktywną rolę w misjach pokojowych, w które się angażuje. Chińczyków ogromnie interesują też zasady i warunki polskiej współpracy z partnerami zachodnimi. Rozpracowanie chińskich agentów jest bardzo trudne, bo atutem chińskiej diaspory w każdym kraju, nie tylko w Polsce, jest jej hermetyczność. Penetracja tych środowisk przez polskie służby jest minimalna. 
Generał Gromosław Czempiński, który „gry wywiadów” zna od przysłowiowej podszewki, powiedział kiedyś, że
„trzeba mieć bardzo silne dokumenty w ręce, by namówić Chińczyka do współpracy z obcym wywiadem. A nawet jak się to uda, to i tak – podobnie jak w krajach muzułmańskich – nie mamy pewności, że on rzeczywiście będzie dla nas pracował. Może przecież przekazywać informacje, jakie podsunie mu jego własny wywiad”.

Polska jest dla Chin ważnym państwem z powodu swojego położenia, ponieważ może być przyczółkiem do ekspansji na kraje zachodniej Europy, które przed ta ekspansją wszelkimi sposobami się bronią. I pierwszy wyłom, właśnie za sprawą rządu PiS, już udało się Chińczykom zrobić. Pisaliśmy o tym w poprzednim wydaniu naszej gazety. Chodzi o firmę Appol przetwarzającej jabłka. Polski rząd wydał zgodę na jej sprzedaż Chińczykom. W konsekwencji tanie i podłej jakości chińskie soki i koncentraty jabłkowe zaleją i polski, i rynki Europy Zachodniej. Być może niedługo dowiemy się, jaka będzie kolejna branża, która za zgodą rządu PiS podda się chińskiej inwazji?

Adam Lasocki