Chiny atakują

str-1-chiny2

W skarbcu państwa mają biliony dolarów, konta ich przedsiębiorstw puchną od miliardów, a mieszkańcy tego kraju mają dziesiątki i setki milionów dolarów wolnej gotówki, z którą mogą robić, co chcą. To m.in. efekt zachłannego kapitalizmu, który w pogoni za zyskiem szukając niższych kosztów rzucił się na Chiny, gdzie 40 lat temu z perspektywy krajów kapitalistycznych koszty pracy były nieomal zerowe. Podejmując decyzję o dźwignięciu kraju z gospodarczej ruiny po rządach Mao i jego kumpli, chińscy przywódcy wiedzieli, że na początku muszą ponieść koszty tej transformacji. Czyli godzić się na absolutnie śmieciowe płace dla swoich robotników, inżynierów, także wykwalifikowanych specjalistów. Ale po 40 latach sytuacja jest już inna.

Chińczycy się dorobili i nie będą już pracować za byle centa. Teraz tania siła robocza to Bangladesz, Indonezja, Wietnam. Chiny są już bogate, a wraz z państwem jego obywatele. Szef chińskiej komunistycznej partii ogłosił na najbliższe 20 lat ofensywę gospodarcza, której celem jest wymienienie na pozycji światowego gospodarczego hegemona Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej. Dwadzieścia lat to niewiele, ale przy potencjale gospodarczym i finansowym Chin, cel realistyczny.

Jednym z narzędzi prowadzących do światowej hegemonii jest inwestowanie kapitałów w dużych, bogatych i rozwojowych przedsiębiorstwach świata Zachodu, ze szczególnym uwzględnieniem branży nowych technologii i biotechnologii, także w bankach, mediach, również w sporcie. Chińczycy nastawili się na obejmowanie udziałów w tych firmach, a najlepiej – udziałów większościowych, które dałyby im status właściciela. Zarówno rządy poszczególnych krajów Zachodu, jak też Unia Europejska, bronią się oczywiście przed chińską ekspansją, ale Chińczycy nie ustają w szukaniu sposobu, by wejść na te rynki. Jeśli nie mogą się tam wprowadzić głównym wejściem, wchodzą przez kuchnię. Tak ostatnio zrobili w Polsce.

Rzecz dotyczy jednego z najważniejszych sektorów, którego Unia Europejska broni przez Chińczykami, czyli rolnictwa. Wiadomo, że Chińczycy mają w tej chwili nadmiar produktów rolnych oraz żywności i że te produkty są tanie, ponieważ płaca tamtejszych rolników w porównaniu z płacami rolników chociażby krajów europejskich, jest symboliczna. Szukają więc sposobów, by wejść na te rynki. Dotychczas im się to nie udawało, ponieważ europejskie rządy skutecznie się przed tym broniły. Ale wystarczył jeden chytry Polak oraz lekceważąco i niedbale podchodzący do swoich obowiązków rząd, by stało się najgorsze.

11 czerwca właściciel prywatnej firmy Appol, przetwarzającej jabłka oraz inne owoce na koncentrat, sprzedał ją państwowej firmie chińskiej. Informację tę podał m.in. Bloomberg i już sam fakt, że ta agencja podała tę informację świadcz y o tym, że owa transakcja nie jest czymś mało znaczącym. Do transakcji doszło w chwili, gdy polski premier Mateusz Morawiecki grzmiał do sadowników i plantatorów, protestujących z powodu niskich cen skupu owoców, że to wina poprzedniego rządu, który sprzedał w obce ręce największe polskie zakłady przetwórstwa owoców i warzyw. Nie powiedział protestującym, że od tej pory mogą mieć problem ze sprzedażą swoich owoców, ponieważ poprzez kupioną w Polsce firmę Chińczycy zalewać będą Europę i świat (w tym także Kanadę, która z UE podpisała umowę o wolnym handlu) swoim tanim i gorszej jakości koncentratem jabłkowym.

O zamiarze dokonania tej transakcji było wiadomo od co najmniej pół roku, ponieważ list intencyjny między firmą Appol a Chińczykami, podpisano w grudniu 2017 r. Ta transakcja uderza także w sadowników z Austrii i Włoch, ponieważ te kraje są również znaczącymi producentami jabłkowego koncentratu. Unijni urzędnicy zajmujący się rolnictwem nie są w stanie pojąc, jak polski rząd mógł wyrządzić taką wielką krzywdę swoim sadownikom i sadownikom z innych europejskich krajów. Ale stało się i znając mentalność chytrych polskich cwaniaków oraz mało cwanych przedstawicieli obecnego polskiego rządu należy się spodziewać, że Chińczycy dokonają kolejnych wyłomów w murze broniącym unijne kraje przed zalewem ich tanich i podłej jakości towarów. A ci, brzęcząc kabzą, rozpychają się po całym świecie.

W 2017 roku wartość fuzji i przejęć zagranicznych przedsiębiorstw dokonanych przez Chińczyków wyniosła 167,8 miliarda dolarów, o 20,2 mld więcej niż rok wcześniej. Podobnie wygląda sytuacja z wartością chińskich inwestycji zagranicznych. W 2017 r. miały one wartość 185,4 mld dol. i były o 15,3 mld dol. większe od dokonanych w roku 2016. Są to dane zebrane przez firmę Natixis na podstawie liczb dostarczonych przez American Enterprise Institute. Warto nadmienić, że według chińskich danych wartość przejęć zmniejszyła się ze 147,5 mld dol. w roku 2016 do 135,7 mld dol. w roku 2017, a w odniesieniu do inwestycji zagranicznych spadek ten wyniósł w ujęciu rok do roku aż 50,3 mld dol. Ta statystyka ma zapewne na celu przekazać informację, że chiński atak na gospodarki innych krajów nie jest tak gwałtowny, jak się Chińczykom przypisuje. Ale chińska ofensywa trwa.

Są oczywiście rządy, które wykazują większą rozwagę i mądrość w postępowaniu z niezwykle ekspansywnymi chińskimi firmami. Na przykład niemiecki rząd uniemożliwił przejęcie 20% udziałów operatora sieci energetycznej o nazwie 50Hertz (zasila w energię elektryczną teren dawnej NRD oraz Berlin i Hamburg) przez chińskiego giganta energetycznego, państwowy koncern SGCC. Niewiele później zawetował sprzedaż Chińczykom firmy Leifeld Metal Spinning z Ahlen w Północnej Nadrenii-Westfalii. Firma ta jest technicznym liderem w dziedzinie obróbki materiałów o wysokiej wytrzymałości, używanych w lotnictwie, astronautyce i atomistyce. W przypadku obu decyzji niemiecki rząd powołał się na „względy polityki bezpieczeństwa”. Prawo weta daje mu nowe rozporządzenie o handlu zagranicznym z 2017 roku.

Dobrze by było, aby polski rząd brał przykład z decyzji sąsiada, bo inaczej umocni się na świecie coraz powszechniejsza opinia, że „Polak przed i po szkodzie głupi”.

Adam Lasocki