Cieplarniane zagazowywanie Ziemi

str-21-cieplarniane-zagazowywanie

Każdy człowiek zostawia za sobą tak zwany „ślad węglowy”. Związany on jest z produkcją i użytkowaniem dóbr, z których na co dzień każdy z nas korzysta, także z warunkami, w jakich żyjemy. „Ślad węglowy” to ilość gazów cieplarnianych emitowanych do atmosfery będących konsekwencją produkcji tych dóbr. Okazuje się, że wyprodukowanie pary butów pociąga wysłanie do atmosfery 11,5 kg dwutlenku węgla (CO2), podróż oszczędnym samochodem z Warszawy do Szczecina i z powrotem 330 kg, utrzymanie dziecka w krajach rozwiniętych aż 58,6 ton rocznie, zaś wysłanie jednego sms-a 0,014 g, a e-maila od 4 do 50 g.

Wniosek jest jednoznaczny – każdy produkt i każda czynność pochłaniają energię, którą trzeba wyprodukować. Niemal nie ma czynności, które emitują zero gramów dwutlenku węgla. Jedną z nich jest np. wyjście z domu w letni dzień, ale już w mroźny dzień kosztuje to emisję 3 g dwutlenku węgla, a przy użyciu elektrycznych drzwi automatycznych aż 84 g. Wyprodukowanie książki w miękkiej okładce emituje do atmosfery 1 kg CO2, a wyprodukowanie (i wyhodowanie) steka wołowego 2 kg.

W konsekwencji społeczności czerpiące garściami z osiągnięć cywilizacyjnych i nabywające w nieograniczonej ilości dobra konsumpcyjne, przyczyniają się do wielokrotności emisji gazów cieplarnianych w porównaniu ze społeczeństwami, które z tych dóbr nie korzystają w ogóle lub w bardzo ograniczonej ilości. Każdego roku mieszkańcy Ziemi wytwarzają ponad 53 gigaton (53 miliardy ton) gazów cieplarnianych, czyli ok. 7 ton na jednego człowieka. Najwięcej wytwarzają mieszkańcy Kataru, bo aż 70 ton, najmniej mieszkańcy Demokratycznej Republiki Konga, bo zaledwie pół tony. Polacy wytwarzają ich 10,5 tony, znacznie ponad średnią światową, która wynosi około 7,5 tony na mieszkańca. Okazuje się, że aż 26 proc. gazów cieplarnianych związanych jest z produkcją żywności. Abyśmy więc mogli codziennie jeść, producenci żywności i przemysł spożywczy emitują rocznie do atmosfery ponad 13 mld ton cieplarnianych gazów. Pond połowa, bo aż 58 proc. z owych 13 mld ton, jest efektem wyhodowania zwierząt rzeźnych i produktów z nich, a połowa z owych 58 proc. to energia i wydatkowane gazy cieplarniane związane z produkcją wołowiny oraz jagnięciny.

Wspomniane 53 mld ton gazów cieplarnianych wytwarzanych przez człowieka nie uwzględnia ich emisji związanej z naturalnym zjawiskami przyrodniczymi, jak na przykład wybuchy wulkanów. Nie są to zjawiska obojętne dla klimatu, bo na przykład gdy w roku 1815 na indonezyjskiej wyspie Sumbawa do szło do wybuchu wulkanu Tambora, z jego wnętrza wydostała się niewyobrażalna wręcz ilość około 100 kilometrów sześciennych lawy, pyłów i gazów. Słup wybuchu miał 44 km wysokości. Zginęły setki tysięcy ludzi. Najdrobniejsze frakcje wulkanicznego popiołu rozchodziły się w atmosferze, szczególnie nad półkulą północną przez długie miesiące, ograniczając natężenie promieniowania słonecznego docierające na powierzchnię Ziemi. Spowodowało to obniżenie temperatury, przede wszystkim znacznie ograniczyło wegetację roślin i w sposób drastyczny zmniejszyło plony zbóż, co doprowadziło w kilku krajach Europy do głodu i z tego powodu do rozruchów. Rok 2016 nazwano „rokiem bez lata”.

Podobne konsekwencje grożą nam współczesnym, jeśli nie ograniczymy emisji do atmosfery gazów cieplarnianych, które emitujemy, bo chcemy żyć wygodnie i dostatnio. Ignoranci w rodzaju pomarańczowego prezydenta USA Donalda Trumpa i schlebiającego mu Andrzeja Dudy albo rzeczywiście nie zdają sobie sprawy z zagrożenia, jakie stanowi dla człowieka ocieplenie klimatu spowodowane emisja gazów cieplarnianych, albo bagatelizują to zjawisko świadomie, by przypodobać się niewyedukowanym wyborcom. A przyroda już daje znaki, że z ociepleniem klimatu zaczyna sobie nie radzić.

Na razie średnia temperatura atmosfery wzrosła tylko o 1 stopień Celsjusza w porównaniu do ery przedprzemysłowej, a już mamy do czynienia z natężeniem katastrofalnych zjawisk atmosferycznych. Cyklon Idai, który w marcu bieżącego roku uderzył w Mozambik, Zimbabwe i Malawi, oceniony został przez specjalistów jako najbardziej niszczycielska i śmiercionośna katastrofa spowodowana czynnikami pogodowymi, jaka dotknęła półkulę południową. Aż 48 miliardów dolarów i śmierć około 100 osób kosztowały USA skutki huraganów Florence i Michael. Na całym świeci ludzie zaczynają obserwować i co najgorsze – przyzwyczajać się, do występujących w ich strefach klimatycznych zjawisk pogodowych, jakich dotychczas tam nie było. Długie okresy suszy, gwałtowne i niezwykle obfite deszcze, nienaturalne upały, a zimą równie nienaturalne silne mrozy i niezwyczajne opady śniegu albo długie okresy zimowych miesięcy z dodatnimi temperaturami w tych regionach globu, gdzie do tej pory zimy były zazwyczaj mroźne i śnieżne. Przyroda zdaje się wariować – mówią eufemistycznie przyrodnicy, ale zdają sobie sprawę, że głównym sprawca tego wariactwa jest człowiek.

Jakie jest wyjście? Tylko jedno – trzeba zatrzymać i powoli zacząć obniżać emisję gazów cieplarnianych. Proste, jasne, ale niezwykle trudne do zrealizowania. Trudno sobie na przykład wyobrazić, by idol fanów piłki nożnej, Cristiano Ronaldo, przesiadł się na rower, skoro kilka dni temu kupił najdroższy samochód świata, wyprodukowane w jednym egzemplarzu Bugatti. A rower, zarówno jego produkcja, jak też eksploatacja, jest najmniejszym spośród wszystkich pojazdów emitentem gazów cieplarnianych.

Ktoś kto zjada przez cały rok od 1 do 2 hamburgerów tygodniowo przyczynia się do emisji gazów cieplarnianych porównywalnych z przejechaniem przez przeciętny samochód 2500 km. Gdyby przerzucił się na tofu, dystans samochodu ograniczyłby się do 51 km. I tak ze wszystkim. Czy człowiek temu podoła? Trudno w to uwierzyć. Być może, że dojdzie do tego, gdy się przestraszy i gdy na własnej skórze poczuje, do czego prowadzi niszczenie przyrody.

W ograniczaniu emisji gazów cieplarnianych niewątpliwie ogromną rolę powinna odgrywać ekologiczna edukacja. Niemal w większości krajów stawia ona dopiero pierwsze kroki, aczkolwiek coraz więcej młodych ludzi wychodzi na ulice z hasłami wzywającymi rządzących do ochrony klimatu i przyrody. To pierwszy symptom zmian. Rządzący wielu krajów też dostrzegają problem i chwalą się wynikami w ograniczaniu emisji cieplarnianych gazów. Wnikliwe badania dowodzą jednak, że to zaklinanie rzeczywistości.

Brytyjczycy pochwalili się niedawno, że w okresie niecałego ćwierćwiecza, w latach 1990 – 2014, ograniczyli emisję gazów cieplarnianych aż o 27 proc. Wynik zaiste niesamowicie okazały. Ale gdy analitycy zaczęli iść po nitce do kłębka, szybko odkryli, że to nie tyle efekt działań na rzecz ochrony klimatu, co efekt przeniesienia wielu gałęzi przemysłu za granicę. Zamiast produkować u siebie, produkują za granicą i za granicą wyprodukowane towary importują. Do bilansu emisji gazów cieplarnianych przez dany kraj, trzeba więc wliczać gazy wyprodukowane przez firmy brytyjskie za granicą. Wtedy ów imponujący wynik 27 proc. maleje do 11 proc. Ale to i tak sukces. Szwajcarzy też się pochwalili, że w latach 1990-2014 zmniejszyli emisję o 11 proc., ale wyliczono im precyzyjnie, że w zaimportowanych towarach zwiększyli aż o 44 proc. Na razie tylko Holendrom udało się zmniejszyć emisję gazów i u siebie (o 3 proc.) i znacząco w zaimportowanych towarach, bo aż o 22 proc.

Ruch na rzecz ograniczenia emisji gazów cieplarnianych i ochrony klimatu zaczyna być coraz bardziej widoczny, szczególnie w krajach uprzemysłowionych. Najbliższe lata pokażą, czy stanie się to największym wyzwaniem współczesnych społeczeństw i czy będą umiały sobie z tym poradzić.

Krystyna Rzeczkowska