Coraz więcej wyrzucanej żywności

str-19-coraz-wiecej-wyrzucanej-zywnosci

Nasza Ziemia żywi miliardy ludzi, ale nikt nie wie, jaka jest górna granica populacji, którą jest w stanie wykarmić. Nikt też nie wie na sto procent, jaka jest żyzność terenów uprawowych, czy zawsze będzie tak , jak teraz, czy się skończy albo ulegnie zmniejszeniu. Czy ziemie rolniczo zagospodarowane są w stanie rodzić plony bez końca, zgodnie ze stosowanymi dotychczas technologiami upraw, czy to tez ulegnie zmianie na gorsze? Pewne jest, że od początku pojawienia się na Ziemi człowieka ta Ziemia nas żywi. Nie jest też łatwa odpowiedź na pytanie, ilu ludzi już wyżywiła.

Wiele osób uważa, że obecna liczba mieszkańców Ziemi, która w roku 2011 przekroczyła 7 miliardów, a obecnie jest o 600 milionów większa, przewyższa wszystkich tych, którzy dotychczas zamieszkiwali naszą planetę. Ale nie jest to prawda.

Pani Wendy Baldwin z mieszczącego się w Waszyngtonie Population Reference Bureau (PRB), instytucji naukowej, która zajmuje się demografią i jej historią, uważa, że liczba ludzi, którzy żyli na planecie Ziemia jest znacznie wyższa od obecnych 7,6 miliarda. Homo sapiens pojawił się na Ziemi około 50 tys. lat temu i według szacunków uczonych z PRB naszą planetę zamieszkiwało dotychczas około 107 miliardów ludzi. Planeta Ziemia jest więc niezwykle wydajna pod względem rolniczym, skoro tak ogromną populację wyżywiła.

Opierając się na aktualnych danych Organizacji Narodów Zjednoczonych ds. Wyżywienia i Rolnictwa (FAO) należy przyjąć, że Ziemia jest w stanie wyżywić nawet dwa razy więcej jej mieszkańców niż obecnie. Dane FAO potwierdza opublikowany niedawno raport Institution od Mechanical Engineerss. Są one precyzyjne, ale też porażające. Raport stwierdza otóż, że każdego roku marnuje się aż 50 proc. produkowanej na planecie Ziemia żywności. A produkuje się jej ok. 4 miliardy ton, czyli 2 mld ton są wyrzucane na śmietnik.

Przyczyny tego są wielorakie, między innymi nieodpowiednia infrastruktura, niewłaściwe przechowywanie, nadmierne przestrzeganie daty spożycia produktu, czy wreszcie wybredność konsumentów, którzy oczekują doskonałych produktów spożywczych i wyrzucają te, które nie spełniają ich oczekiwań.

Są też jednak naukowcy, którzy twierdzą, że „dopóki żywność będzie produkowana dla zysku, dopóty będzie marnowana, a miliony ludzi będą głodne”. I wskazują na dane FAO. W roku 2016 na przykład, produkcja zbóż miała osiągnąć 2 miliardy 577 milionów ton, ale 13 milionów ton pozostało na polach, gdy okazało się, że popyt na rynku został zaspokojony. Ważne jest sformułowanie „popyt na rynku”, ponieważ jest to ocena biznesowa, nie mająca nic wspólnego z milionami głodujących mieszkańców naszej planety. W Stanach Zjednoczonych już w połowie ubiegłego wieku topiono w oceanie miliony ton zbóż, cukru i innych produktów, by przez ich nadmiar na rynku nie doprowadzić do obniżki ich cen.

Naukowcy zajmujący się produkcją, konsumpcją i marnowaniem żywności, a także plagą głodu, twierdzą, że nawet tylko 20 procent marnowanej co roku żywności wystarczyłoby do nakarmienia 870 milionów głodujących na świecie ludzi. Zdarzające się w niektórych mediach zestawianie zdjęć umierających z głodu dzieci i ich rodziców w Sudanie, czy w innych objętych różnymi klęskami krajach świata jest szokujące, ale równie szokująco prawdziwe.

Człowiek szafuje płodnością „matki Ziemi” w pogoni za zyskiem nie bacząc, że tuż obok inni umierają z głodu. Marnuje jej bogactwo, ale coraz więcej danych wskazuje na to, że będzie musiał zmienić swoje podejście. Według prognoz ONZ, do końca XXI w. liczba ludności Ziemi wzrośnie o kolejne 3 miliardy. Jeśli producenci nadal kierować się będą w swojej działalności zyskiem, nie zaś koniecznością wykarmienia mieszkańców Ziemi, może zacząć dochodzić do konfliktów spowodowanych dostępnością i podziałem ziemi, wody oraz energii, czyli tych zasobów, które mają kluczowe znaczenie dla produkcji żywności. Wydaje się to nieuniknione, jeśli uświadomimy sobie, ile tych zasobów zużywa się corocznie, by wyprodukować obecnie dostępną żywność.

Na uprawy na przykład zbóż, które nigdy nie trafią do konsumentów, zużywa się każdego roku aż 550 miliardów metrów sześciennych wody, a do wytworzenia 1 kilograma mięsa potrzeba od 20 do 50 razy więcej wody niż do wyprodukowania 1 kilograma warzyw. Zapotrzebowanie na wodę, która jest głównym surowcem dla produkcji żywności, może być w 2050 roku nawet trzy i pól razy większe niż ludzkość zużywa jej obecnie. Jest bardzo prawdopodobne, że wystąpią jej niedobory, a skoro tak, to także związane z tym konflikty.

Skoro w wielu krajach świata żywność jest dostępna w nadmiarze, a ceny nie zmuszają do oszczędzania, sporej liczbie mieszkańcom naszej planety wydaje się, że jej zasoby są niewyczerpane i że tak będzie zawsze. Ale ludzie zajmujący się tą dziedziną widzą przyszłość w mniej różowych kolorach, a za największe zagrożenie dla produkcji płodów rolnych uważają zmiany klimatyczne.

Bezpieczeństwo żywnościowe zapewniają ludzkości zboża. Profesor Stanisław Kowalczyk ze Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie (cytowaliśmy go już na naszych łamach) uważa, że jeśli ludzkość nie zacznie wspólnie działać, by powstrzymać ocieplenie klimatu, to sytuacja może się stać dramatyczna.

Mamy 10 lat – mówi profesor – potem degradacja będzie totalna i przyroda straci zdolność do odbudowy. (…) Do 2050 roku zbiory pszenicy, pomidorów, ryżu, bawełny w USA spadną o 10-30 pro. Produkcja soi w Brazylii o 20 proc. Na Bliskim Wschodzie spadną plony pszenicy, ryżu i kukurydzy o 20, 30 i 47 procent. (…) Bez dalszego ocieplenia klimatu wzrosty cen wyniosą 35-45 proc., ale jeśli temperatura podniesie się o kolejne 2-3 stopnie, to wzrost cen kukurydzy może sięgnąć 90 proc., ryżu podobnie, pszenica podrożeje o 75 proc., a inne rośliny średnio o 80 proc. (…) Najbardziej zdrożeją mięso i produkty mleczne, bo ich produkcja jest najbardziej uciążliwa dla środowiska i emituje najwięcej gazów cieplarnianych. Żeby wyprodukować kilogram wołowiny, potrzeba kilkunastu tysięcy litrów wody. Produkcja mięsa to tak zwana produkcja redukcjonistyczna. Żeby wyprodukować jedną kalorię w mięsie, potrzeba 6-7 kalorii z roślin, które zwierzęta zjadają. No i nie będzie ryb. Prognozuje się, że ostatnią wyłowimy jeszcze przed 2050 rokiem.

Czy nie jest to przypadkiem kasandryczne krakanie naukowców, skoro w latach 80. ubiegłego wieku naukowcy prognozowali, że w ciągu 30 lat zacznie się globalny kryzys związany z wyczerpaniem się zasobów ropy naftowej i degradacją gleby, a nic takiego nie nastąpiło? Możemy się tylko pocieszać, że naukowcy też się mylą, a ich prognozy nie zawsze okazują się trafne. Profesor Kowalczyk mówi na przykład, że ocieplenie klimatu przetrwają tropikalne owoce, takie jak pomarańcze i banany, ale z innych źródeł można się dowiedzieć, że wcale tak nie musi być. Bo właśnie w sytuacji ocieplenia się klimatu o ten jeden stopień Celsjusza, świetnie poczuł się pewnego rodzaju grzybek, który rozprzestrzenia się na plantacjach bananów m.in. w Ekwadorze i Kolumbii, które co prawda nie są największymi na świecie producentami tych owoców, ale ich produkcja i eksport stanowią znaczącą pozycje w gospodarce tych krajów. Jeśli grzybek nie zostanie powstrzymany, plantacje zamienią się w ugory, a dziesiątki tysięcy ludzi straci pracę.

Naukowcy przewidujący przyszłość mogą się mylić, ale zajmujący się teraźniejszością i zjawiskami dziś widocznymi, co i rusz alarmują. Jeśli profesor Kowalczyk mówi, że ostatnią rybę wyłowimy przed rokiem 2050, to oczywiście może popełniać błąd, ale prawdą jest, że setki tysięcy łodzi wyposażonych w sonary pozwalające wykryć ławice ryb, doprowadziły już do zdziesiątkowania łowisk w morzach i oceanach. Ichtiolodzy zajmujący się badaniem ich zasobności twierdzą, i co najgorsze – mają na to dowody, że intensywna eksploatacja łowisk sprawiła, że w morzach i oceanach nie ma już 90 proc. dużych ryb. A te które są, coraz częściej pływają brzuchami do góry mając w żołądkach kilogramy plastiku, który beztroski człowiek wyrzuca do mórz traktując je jako ogromny, nie mający dna śmietnik.

Przyszłość nie jawi się więc w jasnych kolorach, ale, jak twierdzi prof. Kowalczyk, w sytuacji zmian klimatycznych czekających świat, perspektywa drastycznych zjawisk w rolnictwie w stosunkowo małym stopniu dotknie Europę. – Nasz kontynent – twierdzi profesor – nie odczuje większych zmian, a przykładowo w Wielkiej Brytanii niektóre gatunki roślin uprawnych mogą mieć lepsze warunki do wegetacji niż dzisiaj.

Tyle tylko, że zmiany klimatyczne nie zatrzymają się na granicach kontynentów czy państw i prędzej lub później, ale odcisną swoje dewastujące piętno na wszystkich.

Andrzej Sowiński