Cud sprzed 20 lat – Polska w NATO

str-1-nato1

Dla Polaków żyjących w trwającym 44 lata PRL-u, wydarzenie, do którego doszło 20 lat temu, a dokładnie 12 marca 1999 roku, można było traktować w kategorii cudu. Oczywiście było nim wstąpienie Polski w struktury największego paktu militarnego na świecie, czyli NATO. To, co dziś wydaje się Polakom oczywiste, przed 20 laty wcale takie oczywiste nie było. Polska była ciągle jeszcze zapyziałym krajem postkomunistycznym z dźwigającą się z zapaści gospodarką, z ciągle dużymi wpływami komunistycznych resentymentów, po kraju z dużą swobodą, mimo chaosu za wschodnią granicą, hasali agenci KGB przemianowanego na FSB. Zdobyć zaufanie rządów krajów zachodnich, ich polityków, nade wszystko wojskowych, że Polska po zrzuceniu komunistycznych kajdan będzie robić wszystko, by stać się krajem demokratycznym, nie było łatwo. Lody trwały w dużym zamrożeniu i początkowo topniały jedynie na obrzeżach.

Gdyby nie kilku wyjątkowo wybitnych polityków, którzy stanęli wtedy w szeregach polskiej władzy, nie wiadomo jak skończyłyby się dążenia kraju do obecności w NATO. Poczynając od pierwszego polskiego ministra spraw zagranicznych po 1989 r., Krzysztofa Skubiszewskiego, na Bronisławie Geremku kończąc. Słowa „wielka polityka” wcale nie są w tym przypadku na wyrost, ponieważ krystalizujące się wtedy wstąpienie Polski do NATO było absolutnie elementem wielkiej, światowej polityki. Zmieniało całkowicie układ sił, oblicze polityczne i militarne Europy. Oprócz Polski przyjęto bowiem wtedy do europejskiego sojuszu wojskowego jeszcze Węgry i Czechy. Gdy w 2004 r. Słowacja oraz Litwa i Rumunia również zostały przyjęte do NATO, granice Sojuszu Północnoatlantyckiego przesunęły się znacznie na wschód, a od Rosji dzielił je bufor państw posowieckich, Ukrainy, Białorusi, Mołdawii, niemal od Bałtyku aż do Morza Czarnego. Piszę „niemal”, ponieważ Rosja ulokowała się na zagarniętym po wojnie skrawku byłych Prus Wschodnich z Królewcem, który przemianowała na „okręg kaliningradzki”, a tenże Królewiec na Kaliningrad. I ten rosyjski wrzód w środku demokratycznych państw Europy, w którym ulokowano ogromny potencjał wojskowy i nuklearny, ciągle stanowi zagrożenie dla państw, które wyrwały się spod dominacji Rosji.

Wstąpienie do NATO Polski oraz wymienionych wyżej krajów, które do 1989 r. znajdowały się pod dominacją radziecką, było z jednej strony zasługą polskich dyplomatów, z drugiej wykorzystania słabej wtedy, słaniającej się z wyczerpania Rosji, którą trawił kryzys gospodarczy i polityczny chaos. Uczestniczy tamtych wydarzeń są jednomyślni w swoich opiniach i refleksjach dotyczących działań na rzecz wstąpienia Polski do NATO. Dążyli do tego wszyscy aktorzy ówczesnej polskiej sceny politycznej od prawa do lewa. Bo wszyscy oni zdawali sobie sprawę, że ten okres, w którym Rosja jest słaba, nie będzie trwał długo i że jest to właśnie to mgnienie historii, które należy szybko i bezwzględnie wykorzystać. I to się udało.

Dziś mało kto pamięta i zdaje sobie z tego sprawę, ale wstąpienie Polski i pozostałych krajów, które wyrwały się spod jej dominacji, do Unii Europejskiej i NATO było dla Rosji drugą wielką geopolityczną katastrofą XX wieku. Ukute za carskich czasów powiedzonko „kurica nie ptica, Polsza nie zagranica” przeszło do historii. Pierwszą katastrofą, o czym powiedział wprost Władimir Putin, był dla Rosji upadek Związku Radzieckiego.

Kiedy więc dziś słyszymy różnych domorosłych polityków, którzy w mniej lub bardziej zakamuflowany sposób mówią o rozluźnieniu bądź wręcz o wystąpieniu Polski z Unii Europejskiej, to trzeba im wbijać do głowy, że tymi słowami i wspierającymi je czynami, działają na rzecz ponownego podporządkowania Polski Rosji. Rosji Putina, która w niewielu tylko elementach rózni się od Rosji carskiej i komunistycznej. To ta sama satrapia. Zgoda na słowa i czyny ze strony polityków, które rozluźniają i konfliktują polskie więzi z Zachodem, ukazują ich małość.

Sławomir Sierakowski, założyciel i publicysta „Krytyki Politycznej” napisał z okazji 20 rocznicy wstąpienia Polski do NATO słowa, które warto zapamiętać:

Gdy okazało się, że zarówno politycy solidarności, jak i byłej PZPR konsekwentnie i profesjonalnie pracują na rzecz zintegrowania Polski z zachodnimi strukturami, Polska zaczęła być traktowana jako kraj poważny, odpowiedzialny i demokratyczny. Czyli dokładnie taki, jakim dziś nie jest. I dziś nikt Polski do NATO, ani do Unii Europejskiej by nie przyjął. Tak jak w 1999 roku nie przyjęto Słowacji ze względu na niedemokratyczny rząd Vładimira Meciara. Słowacja weszła do NATO dopiero pięć lat później, po obaleniu Meciara. Świat nie poświęca dwudziestej rocznicy wiele uwagi właśnie ze względu na smutny stan demokracji w krajach wyszehradzkich. Nie ma czego i nie ma z kim świętować”.

Smutne to słowa, ale brutalnie prawdziwe.

Przy okazji rocznicy wstąpienia Polski do NATO, rozpoczęto też w kraju dyskusję, kto ten krok zainicjował i kto ma największe zasługi w integracji Polski z Paktem Północnoatlantyckim. Pojawiające się otóż gdzieniegdzie na prawicy opinie, ze zawdzięczamy to braciom Kaczyńskim, należy traktować w kategorii żałosnego żartu, bo wtedy ani jeden, a tym bardziej drugi, nic w Polsce nie znaczyli. I dobrze, bo wszystko by zepsuli. Te opinie pochodzą z ust obrzydliwych pochlebców, ale też na ich słowach z czasem buduje się fałszywa historię. Przejdźmy jednak od prostackich żartów do słów tych, którzy w owych wydarzeniach uczestniczyli.

Janusz Onyszkiewicz (minister obrony narodowej w latach 1992 – 1993 i 1997 – 2000): – Pierwszy z koncepcją wstąpienia Polski do NATO wystąpił doradca gen. Wojciecha Jaruzelskiego Wiesław Górnicki, który opisał ją w „Życiu Warszawy” w 1990 roku. Później premier Olszewski w exposé zaznaczył, że jest potrzeba zacieśnienia współpracy z NATO. Tak na dobrą sprawę w sposób dobitny nasze aspiracje członkowskie zostały potwierdzone za premier Suchockiej. Później, gdy już sprawa naszej obecności w Sojuszu finiszowała, bałem się momentu ratyfikacji traktatu akcesyjnego przez Greków. Gdy słuchałem wystąpienia ich posłów w parlamencie, czułem ciarki. Miałem wrażenie, że jestem w rosyjskiej Dumie. Na szczęście ostatecznie ratyfikowali traktat.

Jerzy Maria Nowak był wtedy w samym środku wydarzeń, ponieważ piastował stanowisko polskiego ambasadora przy NATO. Jako przeciwników członkostwa Polski wskazał na francuskich i włoskich polityków. Sceptyczni mieli być także Portugalczycy, Hiszpanie i Grecy. – Najważniejsze było, żeby przekonać Amerykanów, Brytyjczyków i Francuzów. Niemcy już byli przekonani. Uważam, że dziś by nas do NATO nie przyjęto. Wtedy przekonywaliśmy, że idziemy w kierunku wolnego sądownictwa i innych wartości demokratycznych. Dziś nie bylibyśmy w stanie tego udowodnić.

Michał Baranowski, politolog German Marshall Fund, twierdzi, że bardzo duża rolę w oswojeniu Amerykanów z myślą o konieczności przyjęcia Polski do NATO odegrał Ron Asmus, który na łamach „Foreign Policy” w 1993 r. pisał o konieczności rozszerzenia NATO. Baranowski stwierdził, że „pomysł ten wydawał się Amerykanom absolutnie szalony, jednak dzięki polskiej dyplomacji, która w procesie akcesji odegrała wielką rolę, już sześć lat później to się udało”.

Krzysztof Pipała