Cudzoziemcy w Polsce

str-19-cudzoziemcy-w-polsce

Wydawałoby się, że marzenia narodowców, nacjonalistów i ksenofobów się spełniają i Polska jest jednolita etnicznie i wolna od cudzoziemców, a tu co się okazuje!? Według ostatnich danych na ziemiach między Bugiem a Wisłą mieszka obecnie około 333 tysiące mieszkańców innych krajów, którzy na dodatek posiadają dokumenty uprawniające do pobytu w Polsce.

Nie jest to oczywiście liczba zwalająca z nóg, bo na przykład w Wielkiej Brytanii samych tylko Polaków z legalnymi papierami jest około 1,5 miliona, a w samym Londynie ok. 185 tys., o plus minus 100 tys. więcej niż obywateli innego europejskiego kraju, czyli Włoch. Owe 1,5 mln Polaków na Wyspach to 4,5 razy więcej niż wszystkich cudzoziemców w Polsce. Ale jeśli pobawimy się liczbami, to okaże się, że owe polskie 333 tys. stanowią już 8,6% całej polskiej ludności. I to jest pierwszy poważny powód do zmartwień dla przedstawicieli opcji ideologiczno-politycznych, o których pisałem w pierwszym zdaniu. Najwięcej dokumentów (107,4 tys.) wydano w woj. mazowieckim, czyli de facto Warszawie, najmniej w sąsiadującym z mazowieckim, wojewodowie świętokrzyskim.

Drugi poważny powód do zmartwień dla wyżej wymienionych stanowi fakt, że liczba 333 tys. obejmuje tylko tych cudzoziemców przebywających Polsce, którzy mają ten pobyt zalegalizowany. A ilu jest takich, którzy żyją i pracują sobie w Polsce, ale nie widzą potrzeby, by swój cudzoziemski status uregulować? Tego zdaje się nikt nie jest w stanie policzyć. Podaje się jedynie liczby szacunkowe, a te oscylują wokół „brytyjskiego” 1,5 miliona.

Trzeci powód do zmartwień jest taki, że większość cudzoziemców stanowią Ukraińcy, a więc przedstawiciele nacji, która, według wymienionych w pierwszym zdaniu, jest nam niezbyt przyjazna, a poza tym ma na sumieniu wiele wobec Polski i Polaków przewinień. Tyle tylko, że ci którzy do nas przyjeżdżają i ci, którzy ich u nas zatrudniają, mówią, że historia jest historią, najlepiej zostawić ją w książkach. Do tragicznych wydarzeń w dziejach naszych krajów doszło prawie 70 lat temu, a obecne pokolenie nie jest zainteresowane rozdrapywaniem ran, lecz współpracą.

Ukraińcy przyjeżdżają więc do Polski w coraz większej liczbie, przede wszystkim za pracą i zarobkami, które w ich kraju są dla większości obywateli nieosiągalne. Polski Urząd do spraw Cudzoziemców opublikował dane, z których wynika, że liczba Ukraińców, którzy mają ważne zezwolenie na pobyt w Polsce, przekroczyła obecnie 150 tys. osób i podczas trzech ostatnich lat, czyli od roku 2015, wzrosła trzykrotnie.

Na obecności w Polsce mieszkańców z Ukrainy korzystają pracujący rodzice poszukujących opiekunek do swoich dzieci i chociaż grupa Ukrainek oferujących w tej dziedzinie swoje usługi jest bardzo liczna, to coraz większe znaczenie mają Ukraińcy dla branż cierpiących na poważny deficyt rąk do pracy, przede wszystkim sektora budowlanego. Bez pracowitych ukraińskich rąk spore kłopoty miałoby też rolnictwo, przede wszystkim jego sektor warzywny, sadowniczy i owoców miękkich.

Ale jest jeszcze jedna dziedzina, którą czekałoby spore załamanie, gdyby nie Ukraińcy. To… uczelnie wyższe. W Polsce studiuje obecnie 37,6 tys. młodych mieszkańców Ukrainy i jest to liczba dwa razy większa niż jeszcze pięć lat temu. Na początku lat 90. utworzyło się w Polsce około 400 uczelni i to nawet w bardzo małych miejscowościach, które wchłaniały za czesne (czasem nawet niższe niż opłata za dobre przedszkole) pozostający bez pracy wyż demograficzny. Ale wyż się skończył, nastał niż i wiele tych uczelni stanęło na krawędzi upadłości, bo kandydatów na studia nagle zaczęło drastycznie brakować. W ciągu paru miesięcy zniknęło z mapy polskich szkół wyższych około 40 uczelni, obecnie kolejne 22 są w likwidacji. Inne zaczęły upatrywać szansy w imporcie studentów z zagranicy. Najbliżej była Ukraina.

Motywacje młodych Ukraińców studiujących w Polsce są różne, ale dominują dwie kategorie. Pierwszą stanowią ci, którzy przyjechali, by płacić czesne i pracować. W rozmowie z Tygodnikiem „Polityka” jeden z takich Ukraińców mówi, że w jego uczelni najbardziej prawdziwy jest numer konta. Jeśli w terminie nie zapłaci czesnego, to natychmiast otrzymuje ponaglający telefon, natomiast jeśli nie przychodzi na zajęcia, to nikt za nim nie dzwoni. Ten młody człowiek postanowił opłacić sobie studia, by zdobyć dyplom, bo dyplomy polskich uczelni są uznawane w Europie, ale przede wszystkim pracuje. I jak mówi, w dwa dni zarobi tyle, co jego siostra na Ukrainie, mimo że ma ona ukończone całkiem niezłe studia ekonomiczne w swoim kraju.

Drugą grupę, kto wie czy powoli nie będzie ona największa, tworzą młodzi Ukraińcy, którzy przyjechali do Polski, by rzeczywiście się uczyć, zdobyć dyplom i w Polsce otworzyć firmę, ewentualnie znaleźć dobrą pracę. Dużą popularnością cieszy się wśród nich informatyka. Polskie uczelnie, poza tym, że zarabiają na czesnym, siłą rzeczy podnoszą swój poziom. W Lublinie na przykład, „przed importem” studentów z Ukrainy tylko cztery kierunki tamtejszych uczelni oferowały jako wykładowy język angielski, obecnie już 50. Lublin był zresztą pierwszym miastem, które rozpoczęło szeroko zakrojoną akcję pozyskiwania studentów zza wschodniej granicy. Przedstawiciele uczelni oraz władz miasta wsiadali w autokar i objeżdżali ukraińskie miasta i miasteczka zachęcając do studiowania w Lublinie.

Podobną strategię zastosowały, i to niemal w tym samym czasie, uczelnie z miasta leżącego na przeciwległym krańcu Polski, czyli z Wrocławia. Dziś w tym mieście wprowadza się język ukraiński do biletomatów i tłumaczy na ukraiński strony urzędów miasta, a linia Ryanair zwiększa liczbę połączeń Wrocławia z Kijowem.

Inne nacje mające uregulowany pobyt w Polsce nie są tak liczne i raczej nie wiążą swojej przyszłości ze stałym pobytem. Drugą grupą cudzoziemców, w liczbie 21,9 tys. stanowią Niemcy, następnie Białorusini (16,1 tys.), Wietnamczycy (12 tys.), Rosjanie (11,5 tys.), Chińczycy (9 tys.), Włosi (8 tys.), Hindusi ( 7 tys.), Francuzi (5,9 tys.), Brytyjczycy (5,7 tys.), Hiszpanie (5,5 tys.), Bułgarzy (5,2 tys.).

Najwięcej cudzoziemców, o czym już pisaliśmy, jest w woj. stołecznym (Warszawa), na drugim miejscu plasuje się woj. małopolskie z Krakowem (31,8 tys.), następnie dolnośląskie z Wrocławiem (31,3 tys.), wielkopolskie z Poznaniem (21,8 tys.), zachodniopomorskie ze Szczecinem (20,7 tys.), śląskie z Katowicami (20,1 tys.), lubelskie z Lublinem (15,3 tys.), łódzkie z Łodzią (14,1 tys.), pomorskie z Trójmiastem (13,1 tys.), Lubuskie z Zieloną Górą (11,8 tys.). Poniżej 10 tysięcy cudzoziemców jest w kujawsko-pomorskim (8,8 tys.), opolskim (7,3 tys.), podlaskim (7 tys.), podkarpackim (6,9 tys.), warmińsko-mazurskim (5,9 tys.) zaś najmniej w świętokrzyskim (4,1 tys.).

Adam Lasocki