Cwaniak „krystalicznie uczciwy”

str-4-jaroslaw-kaczynski

We wtorek 29 stycznia Gazeta Wyborcza opublikowała taśmy z nagraniami rozmowy Jarosława Kaczyńskiego, szefa partii Prawo i Sprawiedliwość, z dalekim członkiem jego rodziny, austriackim biznesmenem Gerardem Birgfellnerem. Rozmowa dotyczy budowy przez spółkę o nazwie „Srebrna” dwóch 190-metrowej wysokości wieżowców w centrum Warszawy. Austriacki biznesmen przez 14 miesięcy prowadził (na podstawie ustnej umowy) prace przygotowawcze związane z budową wieżowców, ale gdy wystąpił do spółki „Srebrna” o zapłatę za wykonaną pracę, występujący w jej imieniu Jarosław Kaczyński zapłaty odmówił.

Pierwsze spotkanie z Gerardem Birgfellnerem dotyczące pracy przygotowawczych do budowy wieżowców odbyło się 12 maja 2017 r., ale 14 miesięcy później Kaczyński zadecydował o wstrzymaniu prac. Poinformował o tym Austriaka na spotkaniu 27 lipca 2018 r. Biznesmen wystąpił o honorarium, które obejmowało poniesione koszty oraz jego wkład pracy. Kaczyński powiedział wykrętnie, że wie, iż te prace były wykonane „dla nas” (mówiąc w liczbie mnogiej miał na myśli spółkę „Srebrna”, w której imieniu przez 14 miesięcy występował w rozmowach z Austriakiem), ale powiedział, że zapłacić nie może i żeby biznesmen wniósł „roszczenie o charakterze sądowym”.

Jako powód wstrzymania prac Kaczyński podał wybory samorządowe, których termin ogłoszono na 27 października. Powiedział, że jeśli PiS nie wygra tych wyborów w Warszawie, to nie ma szans, by spółka, która miała budować wieżowce, uzyskała pozwolenie na budowę. Mimo że PiS zmobilizował wszystkie środki na poparcie swego kandydata, Patryka Jakiego, w lipcu Kaczyński już wiedział, że Patryk Jaki wyborów w Warszawie nie wygra. Gdy Gerad Birgfellner uświadomił sobie ostatecznie, że pieniędzy za wykonaną pracę nie otrzyma, wystąpił do sądu z oskarżeniem Jarosława Kaczyńskiego o oszustwo. Swoimi pełnomocnikami w tej sprawie uczynił mecenasów Jacka Dubois i Romana Giertycha.

Nasz Czytelnik zapyta zapewne w czym rzecz, gdzie jest aferalna historia tej sprawy. Musimy więc cofnąć się do czasów, gdy w Polsce rozmontowywano komunę.

W roku 1990 (15 marca) Jarosław Kaczyński, który wtedy był senatorem i redaktorem naczelnym tygodnika „Solidarność”, założył wraz z kilkoma osobami Fundację Prasową „Solidarność”. Wśród członków założycieli był m.in. Krzysztof Czabański. Wtedy interesy robiono nie bawiąc się w skrywanie za cudzymi plecami. Krzysztof Czabański był bowiem także likwidatorem koncernu RSW „Prasa-Książka-Ruch”, a skoro był też członkiem założycielem Fndacji Prasowej „Solidarność”, wiadomo było, że owej fundacji dostanie się najbardziej smakowity spośród wszystkich kąsków. I dostał się.

Za niewielkie w sumie pieniądze Fundacja Prasowa „Solidarność” otrzymała najpopularniejszą wtedy w Polsce gazetę – popołudniówkę „Express Wieczorny” oraz prawo wieczystego użytkowania kilku działek wraz z czterema nieruchomościami w centrum Warszawy. Przy Alejach Jerozolimskich oraz przy ulicach: Nowogrodzkiej, Srebrnej, Ordona. Były to budynki, w których znajdowały się drukarnie oraz siedziba redakcji „Expressu Wieczornego”.

12 maja 1990 r. Jarosław Kaczyński założył swoją pierwszą partię, którą nazwał Porozumienie Centrum. Fundacja Prasowa „Solidarność” powiązana była z PC osobą Kaczyńskiego oraz innych osób, które były i w PC i w Fundacji Prasowej „S”. Z czasem dokonano różnych przekształceń, utworzono nowe spółki, do których przeniesiono tytułem aportu prawa do wieczystego użytkowania nieruchomości i gruntów uzyskanych w wyniku parcelacji koncernu RSW „Prasa-Książka-Ruch”. Jedna z tych spółek nazywa się „Srebrna”. Wraz z żoną likwidatora RSW, Barbarą Czabańską, zakładał ją Jarosław Kaczyński. Dziś we władzach spółki „Srebrna” zasiadają ludzie wskazani przez Kaczyńskiego i całkowicie od niego zależni, ma więc w niej Jarosław Kaczyński niepodzielną władzę. Mamy więc klasyczną spółkę „na słupa”, która ma ukryć, kto nią faktycznie zarządza.

Spółka „Srebrna” funkcjonuje całkiem nieźle dzięki pieniądzom uzyskiwanym z wynajmu lokali w nieruchomościach, które otrzymała w wieczyste użytkowanie. W czasach, gdy Porozumieniu Centrum źle się wiodło, jej działaczom wiodło się nieźle właśnie dzięki przychodom „Srebrnej” z wynajmu pomieszczeń. Tak samo było później, gdy nie za bardzo wiodło się partii Prawo i Sprawiedliwość, którą bracia Kaczyńscy założyli w 2001 r.

Jarosław Kaczyński budował wizerunek swoich partii (tak PC, jak i PiS) na walce z komuną i postkomunistycznym układem, głosząc przy każdej okazji, że byli komuniści uwłaszczyli się na państwowym majątku. W 30-letniej historii nowej Polski nie ma jednak poza PiS-em drugiej partii, która uwłaszczyłaby się na komunistycznym państwowym majątku w takiej skali. Nie ma też drugiej partii, która posiadałaby tak zasobne zaplecze finansowe jak właśnie PiS, i nie ma drugiej partii, której lider posługiwałbym się takim fałszem i zakłamaniem. Kaczyński wielokrotnie w swoich przemówieniach mamił „ciemny lud” (tak o elektoracie PiS mówi mianowany przez tę partię na szefa TVP Jacek Kurski) podkreślaniem uczciwości w polityce, o której brak pomawiał swoich politycznych przeciwników i że „do polityki nie idzie się dla pieniędzy”. Można by to spuentować następująco: „Oczywiście, że do polityki nie idzie się dla pieniędzy, idzie się po pieniądze”.

Te pieniądze i to ogromne, robi dla PiS spółka „Srebrna”. To ona zarządza nieruchomością przy ul. Nowogrodzkiej w Warszawie, w której swoją siedzibę ma PiS i w której upozowany na uczciwego, nieporadnego safandułę prezes Kaczyński prowadzi cwaniackie rozmowy biznesowe. Bo należąca poprzez „Srebrną” do PiS działka przy ul. Nowogrodzkiej jest warta dziesiątki milionów złotych. I o te miliony walczy dla swojej partii i siebie Jarosław Kaczyński, który znalazł się w polityce oczywiście dla idei i dla podkreślania swojej uczciwości, a nie dla pieniędzy.

Jaki przebieg miała do tej pory ta walka napiszę w następnym wydaniu naszej gazety. Bo gdyby Kaczyńskiemu udało się wybudować na działce przy ul. Nowogrodzkiej dwa 190-metrowej wysokości wieżowce, tylko z tytułu najmu znajdujących się tam lokali spółka „Srebrna”, czyli de facto PiS, miałoby około 80 milionów złotych rocznie. Posiadając zaś w Sejmie większość PiS natychmiast wniosłoby i uchwaliło ustawę o niefinansowaniu partii politycznych z budżetu państwa. I tą jedną ustawą Kaczyński zyskałby pozycję hegemona na scenie politycznej Polski, ponieważ żadna inna partia i ugrupowanie polityczne nie dysponowałoby takim dużym i stałym źródłem finansowania.

Przemysław Taborski