Czarna karta w dziejach Kanady

5692dee6f7210684a8aa6ba9cf30574f

Szkolna gehenna kanadyjskich Indian zaczęła się w roku 1883, kiedy to pierwszy premier Kanady , John A. Macdonald, powiedział podczas obrad parlamentu, że Indianie w rezerwatach to dzikusy i że wywierane są na niego naciski, by „indiańskie dzieci były zabierane tak szybko jak to możliwe spod wpływu rodziców, jako że to jedyna droga, by trafiły do szkół zawodowych, gdzie nabyłyby obyczajów i sposobu myślenia białego człowieka”. No i się zaczęło.

Zaczęły powstawać specjalne szkoły dla dzieci Indian, zwane „residential schools”. Podczas ponad 100 lat utworzono 139 takich szkół. Statystyki podają, że do nauki w nich zmuszono siłą ok. 150 tys. dzieci Indian, Inuitów i Metysów. Prowadzeniem 60% szkół zajmował się Kościół katolicki, a 40% Kościół protestancki, natomiast finansowanie ich działalności wziął na siebie, co oczywiste, budżet państwa. Dla Kościołów był to świetny interes, ponieważ rząd łożył na utrzymanie każdego ucznia 100 dol. rocznie.

O tym, czym były te szkoły, jak wyglądało nauczanie, a przede wszystkim proces wychowywania, zaczęło być głośno dopiero w roku 1996, kiedy to Kevin Annett, były pastor Zjednoczonego Kościoła Kanady (zrzeszający protestantów, anglikanów, prezbiterian) zaczął pisać oraz opowiadać w stacjach radiowych i telewizyjnych, jaka wyglądała sytuacji indiańskich dzieci w tych szkołach i jak je traktowano. Były pastor bez ogródek zaczął mówić o „indiańskim holocauście”, napisał też książkę pt. „Ukryta historia: kanadyjski holokaust„ („Hidden from History: The Canadian Holocaust”), a potem powstał na ten temat film.

Pastor Annett mówi, że rząd kanadyjski zareagował na jego kampanię dopiero po 12 latach, w roku 2008 i szybko uznał, że państwo kanadyjskie jest współwinne tragicznej historii indiańskich dzieci i w związku z tym należą się im finansowane odszkodowania. Kościół katolicki zareagował tak, jak ma w zwyczaju, czyli wynajął adwokatów, by oczyścili jego funkcjonariuszy z odpowiedzialności. Ale wszystko wskazuje, że adwokatom nie uda się uniewinnić funkcjonariuszy Kościoła katolickiego. Od roku 1996 udokumentowano bowiem, że w szkołach, przede wszystkim w tych, które były prowadzone przez katolickich duchownych i zakonnice, śmierć poniosło ok. 50 tys. indiańskich dzieci. Relacje zebrane przez komisję powołaną specjalnie do zbadania tego problemu, zwaną Komisją Prawdy i Pojednania, są szokujące. Najistotniejsze jest to, że w większości przypadków zabójstwa indiańskich uczniów udokumentowano i udowodniono na podstawie zeznań naocznych świadków. Opowiadali oni sytuacje, w które aż nie chce się wierzyć.

Byli świadkami jak ich koledzy umierali pobici i skopani na śmierć, byli wyrzucani przez okno, spychani ze schodów. Inni znikali w niewyjaśnionych okolicznościach, odbierali sobie życie lub topili się albo zamarzali na śmierć podczas ucieczek. Komisja Prawdy i Pojednania ustaliła także, że duży odsetek dzieci umierał na gruźlicę z powodu braku odpowiedniej opieki medycznej, niedożywienia i wycieńczającej pracy. Bardzo duży odsetek Indian, którzy ukończyli te szkoły wpadał w alkoholizm, trafiał do więzienia, popełniał samobójstwo lub ponosił tragiczną śmierć w młodym wieku. Szacuje się, że śmiertelność w szkołach z internatem prowadzonych przez Kościół wynosiła 24%. Jeżeli doliczy się do tego osoby, które zmarły po ich opuszczeniu, odsetek ten wzrasta do 42%. Ze statystyk porównawczych wynika natomiast, że prawdopodobieństwo śmierci dzieci w szkołach dla Indian wynosiło 1 do 25, a prawdopodobieństwo śmierci kanadyjskich żołnierzy podczas II wojny światowej 1do 26. Szok…

Zbrodnie wobec indiańskich dzieci udawało się przez długie lata przemilczeć, ponieważ zarządcy szkół nagminnie fałszowali dokumenty i statystyki. Lista przestępstw wobec indiańskich dzieci jest wyjątkowo ohydna i dla katolika trudno przyjąć je do wiadomości. Obejmowały one bowiem między innymi: przemoc fizyczną i napaści na tle seksualnym, w tym przymuszanie do współżycia ze zwierzchnikami i opiekunami (mężczyznami i kobietami), kontakty oralno-genitalne lub wymuszanie masturbacji, przymusowe rewizje mające na celu dotykanie organów płciowych dzieci, wywoływanie poronień lub przymuszanie do aborcji dziewcząt, które zaszły w ciążę z wychowawcami w sutannach oraz sterylizację dorastających dziewcząt indiańskich. Dzieciom rozmawiającym w dialekcie indiańskim wbijano w język igły, które pozostawiano na dłuższy czas, aby raniły jamę ustną, nakłuwano ostrymi narzędziami inne narządy, oparzano wrzątkiem lub rozgrzanymi przedmiotami, przywiązywano do łóżek, stosowano elektrowstrząsy, bito do utraty świadomości powodując poważne obrażenia – w tym złamania rąk, nóg, żeber, kości czaszki, pękanie błony bębenkowej. Chore dzieci zmuszano do jedzenia własnych wymiocin. W ramach kary wystawiano uczniów na śnieg i deszcz, czasami na tak długo, że dostawali zapalenia płuc lub odmrożeń. Cierpiącym nie zapewniano opieki zdrowotnej.
To zestaw tortur niewiele odbiegający od narządzi, jakimi posługiwali się oprawcy w hitlerowskich katowniach. Aż nie chce się wierzyć, ale jest to okrutna prawda, że sprawcami tych zbrodni byli duchowni i siostry zakonne. To kolejny znamienny przykład i dowód, jak patologiczne osobowości mogę się ukrywać pod sutanną i wykorzystywać ją podłych przestępstw wobec istot najbardziej bezbronnych, czyli dzieci.

Sprawa ostatnio ponownie zagościła w kanadyjskich i światowych mediach, ponieważ Komisja Prawdy i Pojednania zwróciła się do papieża Franciszka, by przeprosił kanadyjskich Indian za zbrodnie kapłanów i zakonnic swojego Kościoła, a przede wszystkim tych z nich, którzy przeszli przez terror „residential schools”. Papież Franciszek odmówił. To zaskakujące, wszak w opinii świata jest człowiekiem, któremu szczególnie leży na sercu krzywda ludzi biednych, upośledzonych i bezbronnych. Po odmowie przeprosin przez papieża premier Kanady, Justin Trudeau oraz przedstawiciele Komisji Prawdy i Pojednania wyrazili ubolewanie, nie kryjąc rozczarowania z papieskiej decyzji.

Ewelina Kaszubska