„Czarne złoto” rujnuje Polskę

admin-ajax

FELIETON NACZENEGO. Polski węgiel zwany eufemistycznie „czarnym złotem” zaczyna powoli mieć wartość tombaku. Według nieoficjalnych jeszcze danych sektor górniczy tylko w ubiegłym roku przyniósł straty w wysokości pół miliarda złotych. Wszystko wskazuje jednak, że są to dane mocno zaniżone. Ale nawet „tylko” pół miliarda złotych straty jest wynikiem katastrofalnym. I wcale nie jest to wynik ostateczny. Bo do tego wyniku musimy jeszcze doliczyć 8,5 miliarda złotych, którymi to pieniędzmi polskie państwo co roku wspiera branżę górniczą. W sumie strata będzie sięgać 9 miliardów złotych. Statystyczny Polak wydaje rocznie na rodzime górnictwo węgla kwotę 1045 zł. Każdy, czyli i niemowlę, i emeryt na granicy smugi cienia. I mało kto o tym wie, że te pieniądze pochodzą z podatków każdego Polaka.

Stosunek polskich rządów do górnictwa węglowego, a obecnego rządu PiS w szczególności, dowodzi cywilizacyjnego zapóźnienia kraju. Świat cały odchodzi od paliw kopalnych w energetyce, zaś w kraju między Bugiem, a Wisłą słychać tromtadrackie pohukiwania prezydenta Andrzeja Dudy, że Polska jeszcze przez 200 lat będzie wydobywać węgiel. W początkowym okresie jego prezydentury wspierała go krzycząc na wszystkie strony ówczesna premier, Beata Szydło, że „nie pozwoli zginąć polskiemu górnictwu”. Jak dowiodło i dowodzi cały czas polska codzienność, ani Szydło, ani Duda nie mają pojęcia o ekonomii, natomiast tak samo jak poprzednicy, dawali się i dają nadal szantażować górnikom

W branży górniczej pracuje dziś w Polsce ok. 83 tys. ludzi To świetnie zorganizowana grupa zawodowa, która w razie niespełniania jej postulatów natychmiast grozi rządzącym strajkiem, a ci potulnie spełniają wysuwane postulaty. Tak jest i w tej chwili. Górnictwo przynosi straty, ale górnicy domagają się przyznania nagród. Jeśli nie dostaną, zastrajkują i ruszą „na Warszawę”.

Od 1990 do 2018 roku kolejne polskie rządy przeznaczyły na dofinansowanie górnictwa ok. 250 miliardów złotych. Pieniądze horrendalne, które można było przeznaczyć na chronicznie niedofinansowane służbę zdrowia oraz edukację, ale przede wszystkim na radykalną przemianę polskiej energetyki. Nie od razu, ale powoli, krok po kroku można było ją przestawiać na odnawialne źródła energii lub na „zieloną” energetykę, czyli na energię pozyskiwaną z wiatru i słońca. Tak robi cały świat, poza, niestety, Polską. Gorzej… Po dojściu do władzy PiS, rząd tej partii przyjął ustawy, które niemal całkowicie zatrzymały prywatne inwestycje w odnawialne źródła energii. Wracajmy jednak do węgla…

Jeśli obecna polityka wobec branży górniczej nie zmieni się, to w trakcie najbliższej dekady, czyli do roku 2030, Polacy dopłacą do górnictwa kolejne 150 miliardów złotych. Jest jeszcze jedna ważna kwestia. Górnicy wywalczyli sobie preferencyjne warunki emerytalne. Analitycy zajmujący się branżą obliczyli, że za każdą złotówkę składki emerytalnej po przejściu na emeryturę górnik dostaje od 1,5 do 1,8 zł. Czyli każda złotówka górniczej składki z góry zakłada zwiększenie zobowiązania emerytalnego wobec niego. Kto to finansuje? Każdy Polak i niemal każdy Polak nie ma o tym pojęcia. Nie wie więc, że podczas minionych 20 lat tylko z tego tytułu z budżetu państwa, a więc z podatków płaconych przez każdego obywatela, musiano wydać na te górnicze emerytury o 86 miliardów złotych więcej. Branża górnicza nie dość, że nie przynosi żadnych dochodów, to jeszcze pożera dochody wypracowane przez inne działy gospodarki, ma znaczący wpływ na niedoinwestowanie ochrony zdrowia, edukacji, niskie świadczenia dla niepełnosprawnych, niweczy wiele inwestycji, które powinny być finansowane przez budżet państwa.

Wielu obserwatorów polskiej gospodarki twierdzi, że brak w ostatnich 4 latach radykalnych rozwiązań dotyczących górniczej branży to konsekwencja… kalendarza wyborczego. Podczas kampanii w 2015 r. PiS straszył górników, że jeśli koalicja PO-PSL utrzyma się przy władzy, to będzie zamykać kopalnie, więc jedynym ratunkiem branży przed likwidacją jest głosowanie na PiS. Nie patrzący dalej niż koniec własnego nosa górnicy dali się złapać na ten lep i zagłosowali na PiS. Beata Szydło i jej następca, bankster Morawiecki mamili i mamią górników frazesami, że są trzonem polskiej gospodarki, ale po cichu doprowadzili do zamknięcia 14 kopalń węgla. Dziwne to, ale omotani przez PiS górnicy nie burzą się. Takich przeczących logice wydarzeń jest więcej.

Polski węgiel ma to do siebie, że jego wydobycie jest bardzo drogie, na dodatek jest to węgiel o nienajlepszych parametrach energetycznych, mocno zanieczyszczony, toksyczny. Trzeba go oczyszczać, co oczywiście kosztuje. Zdecydowanie tańszy i wysoce kaloryczny jest węgiel z importu. Z Rosji, USA, także z Australii. I z tych krajów polskie firmy energetyczne kupują węgiel dla swoich elektrowni, mimo że rząd PiS powiązał je z kopalniami.

Rozwiązanie to opierało się na założeniu, że powiązany z grupą kopalń koncern energetyczny będzie od tych kopalni kupował węgiel. Gdyby tak robił, jego wynik finansowy byłby coraz gorszy, ponieważ węgiel z polskich kopalń jest drogi. Koncern energetyczny kupował więc tańszy i lepszy węgiel z zagranicy. A co się działo z polskim węglem? Coraz wyżej i wyżej wznosi się na hałdach przy kopalniach, elektrowniach i elektrociepłowniach. Zalega go tam dziś 14 mln ton, czyli niemal jedna czwarta całego ubiegłorocznego wydobycia. Wyniosło 61,8 miliona ton i było najniższe od… 1947 roku. Polski węgiel spoczywa więc na hałdach, a w tym czasie trafiło do kraju 16 milionów ton, czyli o 2 miliony więcej, z zagranicy.

Jacek Sasin, mianowany niedawno na szefa nowego resortu (Ministerstwo Aktywów Państwowych), które ma pod kontrolą spółki skarbu państwa, powiedział, że polskie koncerny energetyczne nie będą już więcej kupować węgla za granicą. Jeśli okaże się to prawdą, będzie oznaczało odchodzenie od gospodarki wolnorynkowej do ręcznie sterowanej. Ale ci, którzy bacznie śledzą, co się dzieje z polskim górnictwem i energetyką, twierdzą, że szydło (nie Beata) wyjdzie z worka po majowych wyborach prezydenckich. Jeśli wygra Duda, to PiS chwyci górników za twarz i przyspieszy likwidację kopalń, aby sięgnąć po dziesiątki miliardów euro na rozwój niekonwencjonalnych źródeł energii. Na co je wyda? Na razie nie wiadomo.

Zamiast wydawania miliardów na farmy wiatrowe lub instalacje fotowoltaiczne, rząd PiS wspiera budowę nowej odkrywki węgla brunatnego dla elektrowni w Bełchatowie. Elektrownia ta pokrywa jedną piątą krajowego zapotrzebowania na energię elektryczną, wydobywa węgiel brunatny z dwóch odkrywek, ale w jednej z nich węgiel skończy się za 3 lata, w drugiej w roku 2030. Aby na drzwiach bełchatowskiej elektrowni nie zawiesić kłódki, trzeba jej zapewnić kolejne partie paliwa. Znajdują się 60 km na zachód od Bełchatowa koło miasteczka Złoczew. Zapewniłyby zapotrzebowanie elektrowni na węgiel brunatny na kolejne 30 lat. Jest to jednak inwestycja monstrum.

Ma kosztować ok. 17 miliardów złotych. Aby dostać się do węgla trzeba wyburzyć 33 wsie, wykwaterować i wybudować mieszkania dla ok. 3 tysięcy ich mieszkańców. Gdyby teraz wbito pierwszą łopatę pod budowę odkrywki, pierwszy węgiel można by było z niej wydobywać za mniej więcej 10 lat. Węgiel o dużej ilości rtęci, ołowiu, siarki i popiołu, a więc bardzo zanieczyszczony. Pokłady węgla zalegają ponadto na głębokości 300 metrów i prawie dekadę zajęłyby prace ziemne, aby do nich dotrzeć. Geolodzy twierdzą, że tak głęboka dziura w ziemi spowoduje lej depresyjny, który drastycznie obniży poziom wód gruntowych na obszarze aż 800 km kwadratowych. Spowoduje to ogromne straty w produkcji rolnej i radykalnie obniży dochody rolników. Ale politycy PiS naciskają na tę inwestycję, bo trwają w przekonaniu, że tylko elektrownie węglowe zapewnią krajowi bezpieczeństwo energetyczne. Przykład innych krajów wskazuje, że nie jest to prawda.

W Polsce 74 proc. produkcji energii elektrycznej pochodzi z elektrowni węglowych (47 proc. jest na węgiel kamienny, 27 na brunatny), 9 proc. z elektrowni, których paliwo stanowi gaz i również 9 proc. z siłowni wiatrowych. W pierwszej dekadzie lutego, gdy nad Polską rozszalały się huraganowe wiatry, siłownie wiatrowe zapewniły 30 proc. zapotrzebowania na energię elektryczną. To dobitny dowód, że warto w te źródła energii inwestować.

W krajach Unii Europejskiej najwięcej, bo 25.5 proc. energii elektrycznej dostarczają elektrownie atomowe, 21,7 proc. gazowe, 13,4 wiatrowe, 10,8 wodne, 6,2 uzyskuje się z biomasy i już 4,2 proc. z instalacji fotowoltaicznych, czyli ze słońca. Elektrownie na węgiel kamienny i brunatny są ciągle jeszcze istotne jako źródła energii, ale są już w mniejszości, bo dostarczają tylko 14,6 proc. z całości. I w przeciwieństwie do Polski z roku na rok będą jej dostarczać coraz mniej.

Krzysztof Pipała, redaktor naczelny Głosu Polonii