Czechy kliniką Polaków

z20145710ierod-listopada-2013-roku-w-czeskiej-klinice-neovize

Pisaliśmy już na naszych łamach, że Czechy są jednym z tych krajów, do których Polki jeżdżą licznie na zabieg usuwania niechcianej ciąży. W czeskich klinikach wykonuje się go perfekcyjnie, nade wszystko z pełną dyskrecją. W tej akurat dziedzinie medycznej nie tylko Czechy służą pomocą Polkom, ale także Słowacja, Niemcy, dalej leżąca Holandia i w mniejszym stopniu jeszcze kilka innych krajów. W Czechach, o czym też pisaliśmy niedawno, są również specjalistyczne kliniki o wysokim poziomie medycznej profesji, przeprowadzające zabiegi in vitro. One też licznie goszczą polskie pary, ponieważ w kraju nad Wisłą coraz trudniej uzyskać dostęp do tego zabiegu.

Obecna władza ugina się bowiem pod presją Kościoła katolickiego, który kwestionuje ten naturalny (w pojęciu medycznym), a sprzeczny z prawem boskim (według katolickich dogmatów) zabieg umożliwiający posiadanie dzieci Polakom, którzy z różnych przyczyn zdrowotnych nie mogą ich mieć w sposób naturalny. Czeskie kliniki w swojej pierwszej fazie „międzynarodowej współpracy” z sąsiadem zza miedzy oferowały swoje usługi kobietom, ale wiadomo było, że z czasem otworzą się także dla mężczyzn i będą prowadzić „działalność koedukacyjną”.

A wszystko to za sprawą polskich przepisów, o których można powiedzieć, że ich autorzy tworzą je na złość Polakom. W tej chwili hossę przeżywają w Czechach kliniki przeprowadzające operacje usuwania zaćmy oraz przychodnie i gabinety stomatologiczne. Skąd ta przeprowadzka polskich pacjentów z kraju do Czech? Z dwóch powodów.

Po pierwsze na zabieg usunięcia zaćmy trzeba czekać w Polsce od półtora roku do dwóch lat, ponieważ kolejka oczekujących liczy około pół miliona osób. Co prawda rocznie przeprowadza się ok. 340 tys. zabiegów (włącznie z klinikami prywatnymi), ale kolejka wcale nie maleje, a wręcz przeciwnie – rośnie. Konsultant krajowy do spraw okulistyki, profesor Marek Rękas, twierdzi, że gdyby w kraju przeprowadzano rocznie 480 tys. zabiegów, to od momentu zapisania się do kolejki do zabiegu upływało od 4 do 6 miesięcy. Kolejka jest więc pierwszym czynnikiem, który sprawia, że Polacy, których widzenie gwałtownie z powodu zaćmy się pogorszyło, jadą do Czech.

Drugi czynnik pochodzi z arsenału urzędniczych złośliwości. Do niedawna było tak, że Narodowy Fundusz Zdrowia refundował pacjentom najtańsze, standardowe soczewki, ale kto miał taką potrzebą (na przykład pacjenci z astygmatyzmem), ten mógł dopłacić do soczewek lepszej jakości. Teraz jest to niemożliwe. NFZ rozkazuje – albo bierzesz soczewkę standardową, albo wynocha. I jeśli klient nie zamierza poprzestać na byle czym to, pod warunkiem oczywiście, że go stać, idzie do kliniki prywatnej. I płaci tam za zabieg z własnej kieszeni kilka tysięcy złotych bez możliwości zrefundowania przez NFZ chociażby jej części. Nie wiadomo, czy ten absurd podyktowany jest czysta złośliwością ,czy zakamuflowanym naganianiem klientów prywatnym klinikom.

NFZ nie wziął jednak pod uwagę tego, że w czasach PRL-u Polak opanował do perfekcji omijanie bzdurnych przepisów lub wynajdywanie w nich luk, a prawidła ewolucji sprawiły, że dzieci i wnuki pokolenia z tamtych czasów odziedziczyły tę umiejętność . Inaczej mówiąc – wyssały ją z mlekiem matki i teraz wykorzystują. Na bzdurę wymyśloną przez NFZ Polak odpowiedział więc wyjazdem na zabieg usuwania zaćmy do Czech, za który NFZ musi zapłacić. Podkreślam – musi. A musi dlatego, ponieważ 25 października 2014 r. weszła w życie unijna dyrektywa, która mówi, że jeśli w kraju, w którym ubezpieczony jest dany pacjent musi on długo wyczekiwać na zabieg, to może go wykonać za granicą, w innym kraju unijnym, natomiast krajowy ubezpieczyciel, w przypadku Polski jest to NFZ, musi koszty tego zabiegu zwrócić. Ponieważ w Czechach, na Litwie (mieszkańcy północno-wschodnich regionów Polski zaczynają jeździć na zabiegi usuwania zaćmy także do tego kraju), pacjentowi zakłada się soczewki wedle jego potrzeb i życzenia, NFZ musi zrefundować każdy zabieg, nawet jeśli pacjent zażyczy sobie, by założono mu najdroższe soczewki. Ważne jest również i to, że na wykonanie zabiegu usuwania zaćmy pacjent nie potrzebuje zgody NFZ.

Te wszystkie czynniki sprawiły, że przedsiębiorczy Polacy błyskawicznie wyczuli interes. Dyrektywa unijna, jak napisaliśmy wyżej, ujrzała światło dzienne w październiku 2014 r., a już w maju roku 2015 pierwszy autobus z polskimi pacjentami opuścił granice Polski i po przejechaniu około 20 km zameldował się w czeskiej Ostrawie. Pionierem, który przywiózł pierwszych pacjentów do Czech, był Waldemar Gawrol, założyciel firmy OneDayClinic. Jak sama nazwa kliniki wskazuje, oferuje ona klientom zabieg wykonania zaćmy w ciągu jednego dnia, a dokładnie w ciągu 24 godzin. Firma pana Gawrola kredytuje ze swoich pieniędzy zabieg w czeskiej klinice, bierze też na siebie wyegzekwowanie od NFZ kosztów zabiegu, a koszty pacjenta to plus minus 600 zł za transport z i do Polski oraz hotel ze śniadaniem.

One DayClinic współpracowała z czeską kliniką, ale właściciel polskiej firmy szybko doszedł do wniosku, że przecież nie musi dzielić się zyskiem z Czechami i… założył w Ostrawie własną klinikę. Praktycznie myślący Czesi pukają się w czoło widząc, że Polscy pacjenci, przyjeżdżają do polskiej kliniki w Czechach, zamiast poddać się zabiegowi u siebie w kraju. Gdyby pomieszkali chwilę w Polsce, to szybko by się przekonali, że to, co szeregowi Polacy robią, jest jak najbardziej racjonalne i odpowiedzią na absolutnie nieracjonalne przepisy. Być może jednak, że zupełnie by nie zrozumieli, o co w tym wszystkim chodzi, bo polskie absurdy są dla obcokrajowców trudne do zrozumienia.

W ubiegłym roku zabiegowi usunięcia zaćmy za granicą poddało się ok. 16 tysięcy Polaków. Zdecydowaną większość wykonano w klinikach w Czechach. Czeskie kliniki są szczególnie popularne wśród mieszkańców Małopolski, Śląska, Opolszczyzny i Dolnego Śląska. Polski pacjent musi tak naprawdę podjąć tylko dwie decyzje. Pierwsza sprowadza się do tego, czy chce usunąć zaćmę w Czechach, druga – czy wsiądzie do autobusu którejś z polskich klinik w Krakowie, Wrocławiu, Katowicach, Warszawie, czy Poznaniu. Poza tym nic go nie interesuje, bo wszystkie inne sprawy załatwia za niego organizator.

Polacy zaczynają też wyjeżdżać do czeskich dentystów. Powód jest ten sam. Polski dentysta uzyska zwrot zabiegu z NFZ tylko wtedy jeśli założy pacjentowi najtańszą plombę. Jeśli założy pacjentowi, za dopłatą oczywiście, droższą, NFZ nie zwróci dentyście kosztów zabiegu. Ponieważ w polskich przepisach formułowanych przez urzędników NFZ aż roi się od absurdów, należy się spodziewać, że wyjazdowa turystyka medyczna będzie się dynamicznie w kraju nad Wisłą rozwijać.

Robert Suliński