Czy i kiedy PiS się wywróci cz. 2

pipala

W poprzednim wydaniu Głosu Polonii pisałem o optymistach, którzy twierdzą, że polityczna wywrotka partii Jarosława Kaczyńskiego jest tylko kwestią czasu. Przytoczyłem ich argumenty, spośród których najważniejsze były wydarzenia ostatnich miesięcy, poczynając od 13 listopada ubiegłego roku. Wtedy to wybuchła afera związana z szefem Komisji Nadzoru Finansowego, Markiem Chrzanowskim i jego propozycją korupcyjną wobec właściciela prywatnego banku. Był to ewidentny szantaż, o czym pisaliśmy obszernie we wcześniejszych wydaniach naszej gazety. Potem wybuchła największa afera, związana z tak zwanymi „taśmami Kaczyńskiego”. Ta afera to ujawnienie nagrań austriackiego biznesmena, któremu Kaczyński zlecił prace przygotowawcze związane z budową dwóch wieżowców na działce należącej do powiązanej z PiS spółki „Srebrna” i nie zapłacił za wykonaną pracę.

Nagrania te całkowicie obaliły budowany przez lata wizerunek Kaczyńskiego – poczciwego dziadunia, który nie ma konta, nie za bardzo wie, co to jest karta kredytowa, nie ma prawa jazdy, bo cała jego energia skierowana jest na budowanie pomyślności Polski i czynienie dobra rodakom. Ujawnione nagrania pokazały zupełnie inne oblicze szefa PiS-u. Cwanego dewelopera, świetnie znającego mechanizmy finansowania inwestycji, nade wszystko, że rządzi on niepodzielnie, jako skromny poseł, spółką „Srebrna”, która rocznie przynosi kilkanaście milionów złotych czystego zysku. Oczywiście rządzi nieoficjalnie, bo zarząd owej spółki tworzą m.in. jego sekretarka i były kierowca, ludzie całkowicie od Kaczyńskiego zależni. Taśmy ukazały więc oczywisty fałsz promowanego przez posłuszne mu media wizerunku polityka, dla którego nic poza dobrem Polski i Polaków się nie liczy.

Pomiędzy poprzednim, a obecnym wydaniem naszej gazety wyszła na jaw sytuacja, która w demokratycznym kraju wykopałaby z siodła polityka każdej rangi. Obojętne czy byłby to premier, prezydent, a tym bardziej zwykły poseł. Gerard Birgfellner, ów austriacki biznesmen, któremu Kaczyński nie chce zapłacić 1,3 mln euro za wykonaną pracę, zeznał otóż w prokuraturze pod rygorem odpowiedzialności karnej (do 8 lat więzienia) za składanie fałszywych zeznań, że Jarosław Kaczyński kazał mu wybrać z jego Birgfellnera konta 50 tys. zł, dla księdza , który jest członkiem rady Fundacji Instytutu im. Lecha Kaczyńskiego. Birgfellner wybrał te pieniądze, wręczył je znanej mu z nazwiska osobie ze spółki „Srebrna” w obecności Kaczyńskiego. Ksiądz ów jest bowiem członkiem władz Fundacji Instytutu im. Lecha Kaczyńskiego i zgodnie z jej statutem, musi składać podpis pod każdą podejmowana przez jej władze decyzją. W tym przypadku chodziło o rozpoczęcie budowy dwóch wieżowców. Mówiąc więc wprost – Kaczyński kazał Birgfellnerowi wręczyć łapówkę księdzu i na dodatek miał w rękach kopertę z tymi pieniędzmi.

Po takim doniesieniu, w każdym demokratycznym państwie prokuratura wszczęłaby śledztwo. Ale nie w dzisiejszej Polsce, która nie jest już w pełni demokratycznym krajem. I na tym między innymi pesymiści opierają swoje wątpliwości, co do tego, czy PiS kiedykolwiek straci władzę.

Po wygranych wyborach, po których PiS zdobył większość w Sejmie, partia ta przeprowadziła przez poddaną sobie maszynkę do głosowania mnóstwo ustaw, które de facto zapewniły jej i jej ludziom bezkarność. Zaczęło się od przejęcia władzy w Trybunale Konstytucyjnym, na czele którego PiS postawił Julię Przyłębską, całkowicie posłuszną sobie sędzię o dyskredytującej ją przeszłości w zawodzie (w 2001 r., po 3 latach pobytu na placówce dyplomatycznej za granicą, Kolegium Sądu Okręgowego w Poznaniu orzekło, że jej powrót do orzekania byłby niekorzystny dla wymiaru sprawiedliwości). Równolegle z przejmowaniem Trybunału Konstytucyjnego PiS zlikwidował niezależność prokuratury i całkowicie ją sobie podporządkował, stawiając na jej czele Zbigniewa Ziobro, będącego zarazem ministrem sprawiedliwości. Kolejnym celem do opanowania po prokuraturze była policja i z tym był najmniejszy kłopot. Nie udało się natomiast spacyfikować za jednym zamachem jedynie sądownictwa. PiS obrał więc taktykę małych kroków i awansując co jakiś czas do Sądu Najwyższego swoich ludzi, może doprowadzić także do podporządkowania sobie całego wymiaru sprawiedliwości.

Kolejna sfera, za pomocą której PiS sprawuje rządy, to kształtowanie opinii publicznej. Narzędziem do tego są media. Z TVP, czyli telewizji publicznej, Kaczyński uczynił telewizję stricte partyjną. Jej szef, Jacek Kurski, to jeden z największych pochlebców prezesa tej antydemokratycznej partii. Poza tymi czterema filarami, na których opiera się pisowska władza, są oczywiście również inne sfery życia, nad których działalnością PiS całkowicie zapanowało. Co daje zagarnięcie przez jedną partię wszystkich newralgicznych instytucji państwa okazało się dopiero teraz, przy okazji ujawnienia taśm z nagranymi rozmowami Kaczyńskiego z Birgfellnerem.

Wszystkie one zamiast stać na straży demokracji, ruszyły do natychmiastowej obrony Kaczyńskiego. Po ujawnieniu pierwszych nagrań prezydent i premier (wskazani na te stanowiska przez Kaczyńskiego) jeszcze tego samego dnia zapewniali, że prezes PiS to człowiek uczciwy, bez skazy i że wszystko, co robił, robił zgodnie z prawem. Następnego dnia po pierwszych zeznaniach austriackiego biznesmena Kaczyński pojechał do Ministerstwa Sprawiedliwości spotkać się z Ziobrą. Minister zapewniał, że nie udostępnił protokołu z przesłuchania Birgfellnera Kaczyńskiemu, ale nikt przy zdrowych zmysłach w to nie wierzy. Tym bardziej, że nie jest to złamanie prawa, ponieważ po przechwyceniu władzy PiS przeforsował w Sejmie ustawę, w wyniku której minister sprawiedliwości może mieć wgląd do każdej prowadzonej przez prokuraturę sprawy, a jej akta udostępniać różnym osobom według własnego uznania.

Równolegle media podporządkowane PiS natychmiast rozpoczęły atak na Birgfellnera oraz jego adwokatów, Jacka Dubois i Romana Giertycha. Telewizja publiczna oraz związane z PiS gazety i tygodniki na wszelkie sposoby starają się zdyskredytować austriackiego biznesmena i jego obrońców. Opluwanie jest nieustanne, bo nagrania zrzucają z piedestału uczciwość i prawdomówność ich bóstwa. Swoje robi też w obronie Kaczyńskiego prokuratura.

Prowadząca przesłuchania Austriaka prokurator Renata Śpiewak próbowała zmieniać jego zeznania, w związku z czym odmówił on podpisania protokołu. Bez porozumienia z nim wyznaczyła kolejne terminy przesłuchania na 21 i 22 lutego, ale Birgfellner musiał wyjechać do Austrii, by załatwić swoje sprawy, o czym poinformował prokuraturę. Mimo to prokurator Śpiewak nałożyła na niego karę dwa razy po 3 tys. zł. Nie wzywa na przesłuchanie Kaczyńskiego, natomiast karze tego, który został przez Kaczyńskiego pokrzywdzony. Niebywała to historia, żeby ofiarę, na dodatek cudzoziemca, który został pokrzywdzony na milionowe kwoty przez polskiego obywatela, karać za to, że musiał wrócić do swojego kraju.

Nasz Czytelnik oczekuje zapewne odpowiedzi na pytanie, dlaczego prokuratura nie wszczyna śledztwa? Powód jest oczywisty – po wszczęciu śledztwa musiałaby wezwać na przesłuchanie Kaczyńskiego, skonfrontować go z Birgfellnerem, musiałby Kaczyński odpowiadać także na pytania pełnomocników Austriaka, czyli mecenasów Dubois i Giertycha, a zapewne obaj mają do Kaczyńskiego dziesiątki pytań związanych z kwestiami, które musi wyjaśnić. Prokurator Śpiewak musiałaby także przesłuchać żonę Birgfellnera, która była tłumaczką wszystkich jego rozmów z Kaczyńskim oraz inne osoby, których głosy słychać na nagraniu.

Gdyby prokurator zdecydowała się na wszczęcie śledztwa, byłoby to równoznaczne z pozbawieniem Kaczyńskiego ochrony ze strony stworzonego przez niego państwa.

Pesymiści wskazują więc „taśmy Kaczyńskiego”, jako koronny dowód, że wcale nie jest pewne, czy PiS straci władzę, a jeśli ją straci, to czy się z tym pogodzi. Czy nie sfałszuje wyborów albo w razie przegranej poprzez swoich nominatów w Sądzie Najwyższym i Trybunale Konstytucyjnym nie uzna ich za nieważne.

Krzysztof Pipała, redaktor naczelny Głosu Polonii