Czy i kiedy PiS się wywróci?

pipala

Sporo ludzi twierdzi, że jest to nieuchronne, nie należy więc odnosić się do kwestii – nastąpi, czy nie nastąpi upadek PiS, tylko do czasu, gdy stanie się to faktem. Początek pytania nie powinien więc zaczynać się od słowa „czy”, tylko „kiedy”. Tych, dla których zagadką jest odpowiedź na słowo „kiedy”, należy więc nazywać optymistami, ponieważ są przekonani i z góry zakładają zejście z politycznej sceny Kaczyńskiego oraz jego akolitów. I to nie dlatego, że nic nie trwa wiecznie, lecz z tego powodu, że proces destrukcji PiS nabrał ostatnio przyspieszenia. Do grona pesymistów należą natomiast ci, którzy rozważając przyszłość PiS zadają pytanie nie „kiedy”, tylko „czy”. W tej chwili możemy jedynie spekulować, po czyjej stronie jest racja, natomiast stuprocentową odpowiedź poznamy dopiero za kilka miesięcy, gdy ogłoszone zostaną wyniki wyborów do polskiego parlamentu. Oczywiście pod warunkiem, że nie zostaną one sfałszowane, co wcale nie jest na sto procent pewne.

Na korzyść optymistów przemawia dynamika wydarzeń, do których dochodzi od listopada ubiegłego roku. Sprawiły one, że PiS, który dotychczas rozdawał karty w polskiej polityce, co i rusz puszczając w media różne, mniej lub bardziej nieprawdziwe afery odnoszące się do opozycji, w tej chwili znalazł się w defensywie. To już nie Platforma Obywatelska i inne partie opozycyjne muszą się bronić przed zarzutami i oskarżeniami płynącymi z PiS. Sytuacja odwróciła się o 180 stopni. Teraz PiS musi się bronić przed aferami dziejącymi się w jego łonie i to nie wymyślonymi w gabinetach partii i skoligaconych z nią służb specjalnych. Teraz PiS musi odpowiadać na zarzuty i oskarżenia o różnej, ostatnio bardzo dużej sile rażenia. Trzeba przyznać, że o ile w roli atakującego partia Kaczyńskiego była dość sprawna i skuteczna, a z przeciwnej strony obrona była chaotyczna i nieprzekonująca, to teraz piarowcy z Nowogrodzkiej okazują się w działaniach obronnych jeszcze bardziej bezradni niż ich polityczni adwersarze.

Sygnał opozycji do ataku na PiS zabrzmiał w listopadzie ubiegłego roku, kiedy to światło dzienne ujrzała korupcyjna propozycja szefa Komisji Nadzoru Finansowego, Marka Chrzanowskiego, zaoferowana Leszkowi Czarneckiemu, właścicielowi Getin Noble Banku. Pisałem o tym w kilku poprzednich wydaniach naszej gazety. Wtedy też ujrzały światło dzienne fakty wskazujące na powiązania Chrzanowskiego z Adamem Glapińskim, prezesem Narodowego Banku Polskiego, który zbudował zaplecze finansowe partii Kaczyńskiego oraz Grzegorzem Biereckim, senatorem z nadania PiS i właścicielem de facto sieci SKOK, czyli spółdzielczych kas oszczędnościowo-kredytowych. Obrona PiS była więcej niż żałosna. Oparła się na przekonywaniu społeczeństwa, że składając korupcyjną propozycję szef KNF działał we własnym imieniu. Tego typu teoria być może trafiała do przekonania „ciemnego ludu”, jak mówił o twardym elektoracie PiS Jacek Kurski, obecny prezes TVP, ale nie do ludzi myślących. Tym bardziej, że istotą tej propozycji było przejęcie za symboliczną złotówkę prywatnego banku, posiadającego depozyty wartości ok. 50 miliardów złotych. Nikt rozsądny w działalność wolnego strzelca nie uwierzył.

Kilka tygodni później światło dzienne ujrzała kwestia zarobków dwóch pań z najbliższego otoczenia prezesa NBP, które, jak się okazało, zarabiają po ok. 60 tys. zł (20 tys. dol. kan.) miesięcznie, posiadając dość wątpliwe lub niemające wiele wspólnego z bankowością kwalifikacje. Jedna z pań była wcześniej radną PiS w radzie miasta Warszawy, gdzie jej aktywność objawiła się zabraniem głosu tylko raz i to w banalnej sprawie. Ale prezes Glapiński zignorował gniewne pomruki prezesa Kaczyńskiego, dając mu do zrozumienia, że nic mu do tego. Takie dictum ujawniło, że Kaczyński nie jest hegemonem w łonie swojej partii, a to źle wróży na przyszłość. Skoro jeden mu się sprzeciwił, to mogą się pojawić następni, a to znaczy, że monolit może zacząć się kruszyć.

Bardzo ciężki, mocno osłabiający cios nadszedł z najmniej oczekiwanej strony, bo od członka rodziny. Gerald Birgfellner jest mężem córki najbliższego kuzyna Jarosława Kaczyńskiego, Jana Marii Tomaszewskiego. Austriak miał przygotować budowę dwóch wieżowców dla spółki „Srebrna”, co mu zlecił Kaczyński. Gdy Birgfellner wystąpił o zapłatę za wykonane prace, Kaczyński skierował go do sądu. Nagrania rozmów z Kaczyńskim Austriak przekazał „Gazecie Wyborczej”, która zaczęła je cyklicznie drukować. Obrona Kaczyńskiego oraz jego przybocznych była nieskoordynowana i chaotyczna. W poniedziałek (12 lutego), dopiero dwa tygodnie po ujawnieniu pierwszych nagrań, Kaczyński odpowiedział na zarzuty. Oczywiście nie na konferencji prasowej, podczas której trzeba stanąć oko w oko z dziennikarzami różnych mediów, lecz na łamach finansowanego przez spółki powiązane z PiS, „partyjnego” tygodnika „Sieci”. Kaczyński zignorował wszelkie zarzuty pod swoim adresem i swojej partii, twierdząc, że w ujawnionej rozmowie nie ma nic, co stawiałoby go w niekorzystnym świetle. Prawnicy twierdzą, że jest wręcz odwrotnie, a Gerald Birgfellner złożył do prokuratury zawiadomienie, że został przez Kaczyńskiego oszukany.

Trzy dni wcześniej, zapewne w dniu, w którym Kaczyński przygotowywał swój „wywiad” z usłużnymi wobec niego dziennikarzami, „Gazeta Wyborcza” oraz portal internetowy „Onet” opublikowały informację, która mogła Kaczyńskiego zwalić z nóg. Okazało się otóż, że najbliższy, acz pozostający zawsze w cieniu, współpracownik Kaczyńskiego, Kazimierz Kujda, był tajnym współpracownikiem PRL-owskich służb bezpieczeństwa i zapewne też powstałego już w wolnej Polsce UOP. Ujawnienie tej informacji wykracza poza wewnątrzpartyjne rozgrywki w PiS. Kaczyński zawsze grzmiał, że w jego partii nie ma miejsca na agentów SB, że jest ona pod tym względem czysta. Natomiast z wielu politycznych przeciwników robił „agentów”, czego najbardziej jaskrawym przykładem jest oskarżanie przez niego o agenturalną przeszłość Lecha Wałęsę.

Ustami swej rzeczniczki, Beaty Mazurek, Kaczyński zarzekał się, że nie miał pojęcia o przeszłości swego najbliższego współpracownika, co wielu polityków i komentatorów podaje w wątpliwość. Powołują się na ogólnie znane fakty. Piętnując politycznych przeciwników „hańbiącą” według niego przynależnością na przykład do PZPR, w swoim najbliższym otoczeniu miał ludzi z tej partii się wywodzących, jak na przykład Wojciech Jasiński, którego zrobił szefem PKN ORLEN, czy słynny „budowniczy” PiS-owskich ustaw o sądownictwie prokurator Stanisław Piotrowicz z Krosna. To nie jedyny przykład faryzeuszostwa prezesa PiS.

Optymiści, którzy zadają pytanie „kiedy” partia Kaczyńskiego zamieni się w kupę ruin twierdzą, że coraz większa część społeczeństwa widzi i zdaje sobie sprawę, jak wielka obłuda i fałsz kryją się za słowami oraz czynami Kaczyńskiego i na tym właśnie opierają swoje przekonanie co do rychłego jej końca na polskiej scenie politycznej.

Pesymiści mają na ten temat inne zdanie i sporo argumentów, które według nich na takie wieszczenie końca partii PiS, nie wskazują.

Krzysztof Pipała, redaktor naczelny Głosu Polonii