Czy Polska to… małpi gaj?

5-faktow-1

Pisarka Manuela Gretkowska w jednej ze swoich, jak zawsze bardzo krytycznych wypowiedzi o Polsce i Polakach w epoce PiS-u, powiedziała, że jej rodacy wypijają rocznie miliard „małpeczek” i zadała retoryczne pytanie „Czy to jest jeszcze Polska, czy już małpi gaj”. Gretkowska otóż pomyliła się. Krzysztof Brzózka, odwołany właśnie szef Państwowej Agencji Rozwiązywania Problemów Alkoholowych (ARPA), nie mówi o miliardzie „małpeczek”, lecz o miliardach. Przy czym, niestety, nie podaje konkretnej liczby tych miliardów. Faktem jest jednak bezspornym, że opróżnione „małpeczki” znajdziemy w Polsce w każdym koszu i pod każdym krzakiem, który rośnie choćby tylko nieco na osobności, ale nadzianie się na nie w centrach miast też nie jest rzadkością.

Małpeczki” to buteleczki o pojemności stu i dwustu mililitrów, w których sprzedawane są wysokoprocentowe alkohole. Są oczywiście opakowania większe, np. o pojemności 300 ml, ale to już nie „małpeczki” lecz „małpy”. Każdego roboczego dnia sprzedaż „małpeczek” szczytuje dwukrotnie. Pierwszy szczyt zaczyna się ok. godziny 6.30 i trwa do 8, zaś popołudniowy ma początek ok. godz. 17 i po godzinie – dwóch wyhamowuje. Wniosek z tego taki, że Polacy kupują „małpeczki” przed pracą i po niej. Wniosek drugi – albo idą do pracy na lekkim rauszu, albo też raczą się zawartością ”małpeczki” w trakcie pracy. No i oczywiście po pracy, by się „wyluzować”. Stwierdzenie, że „Polska pracuje na rauszu” jest oczywiście przesadne, ale też nie tak całkiem do końca.

Absolutnie nie do obalenia jest też stwierdzenie, że „małpeczki” (także piwa smakowe) powodują rozpijanie kobiet. Wystarczy się przejść do pierwszego lepszego hepatologa, który jest specem od chorób wątroby, w tym oczywiście jej marskości, by przytoczył przykłady wielu kobiet, w tym bardzo młodych, które popadły w alkoholowy nałóg. Efekt? Dynamicznie wzrasta liczba urodzonych dzieci z uszkodzeniami mózgu i centralnego układu nerwowego, których matki piły podczas ciąży. W ubiegłym roku z takimi wadami urodziło się 7,5 tys. dzieci.

Krzysztof Brzózka zajmował stanowisko szefa ARPA przez 12 lat i dopiero za rządów PiS przestał być godnym zaufania. Został wyrzucony (elegancko mówi się: „utracił zaufanie ministra”) nie dlatego, że nic nie robił, tylko właśnie dlatego, że chciał zrobić dużo. A w Polsce jest w tej kwestii naprawdę dużo do zrobienia.

Kilka dni temu bardzo znany jeszcze niedawno dziennikarz telewizyjny, Kamil Durczok, zjechał swoim bmw na pobocze trasy szybkiego ruchu Warszawa – Katowice (Durczok jest ze Śląska) i zatrzymał się na jakiejś terenowej przeszkodzie. Miał we krwi 2,6 promila alkoholu. Sąd nie zastosował wobec niego aresztu, mimo że 2,6 promila alkoholu we krwi to już nie wykroczenie, a przestępstwo. Trzy dni później policja zatrzymała pod Rzeszowem kierowcę samochodu, który prowadził swój „bolid” środkiem szosy. Gdy dmuchnął w ręczny alkomat skala się skończyła. Po przewiezieniu na posterunek, gdzie użyto urządzenia stacjonarnego, okazało się, że pan kierowca opił się przed zajęciem miejsca za kierownicą mocno, bo miał we krwi 4,1 promila alkoholu. Takie sytuacje są bardzo częste, a nawet nagminne.

Krzysztof Brzózka mówi, posługując się argumentami, które nie pozostawiają co do tego najmniejszych wątpliwości, że polskie państwo przez lata tuczyło polski przemysł spirytusowy oraz piwowarski i tuczy nadal. Próby ograniczania jego ekspansji kończą się niczym, są pozorne i de facto fikcyjne. W wywiadzie (tygodnik „Polityka” nr 24, 12.06 – 17.06.2019) mówi: – Wizja przejęcia rządów przez PiS trzymała mnie przy nadziei i stanowisku. Ze środowisk kościelnych dochodziły mnie głosy, że jak przejmą władzę, to ostro wezmą się za problem picia. Z tego, co wiem, przed wyborami padały pewne obietnice. Po tym jak PiS doszedł do władzy, stracił zainteresowanie kwestiami alkoholowymi.

Dla zamydlenia oczu znowelizował ustawę o wychowaniu w trzeźwości, która wprowadza możliwość ograniczeń w sprzedaży alkoholu między godz. 22 a 6 rano. Ale prawo wprowadzenia tych ograniczeń scedował na samorządy. Krzysztof Brzózka mówi, że bardzo szybko okazało się, iż „zapisy nowelizacji są na tyle niejasne, że można je zakwestionować w sądach. Jest nowe prawo, ale tak wprowadzone, że nie działa. Muszę przyznać, że ktoś to świetnie wymyślił.

Przekonał się o tym ostatnio samorząd Rzeszowa, który w centrum miasta chciał wprowadzić zakaz sprzedaży alkoholu w godz. od 22 do 6 rano. Właściciele sklepów oddali sprawę do sądu i wygrali. Prezydent miasta zrezygnował z możliwości odwołania się, bo prawnicy wytłumaczyli mu, że z tak skonstruowaną ustawą nie ma szans. To tylko jeden z wielu przykładów fikcji uprawianej przez PiS. Humorystyczne wręcz jest członkostwo w sejmowym zespole ds. rozwiązywania problemów uzależnień Marka Jakubiaka, który jest właścicielem… kilku browarów. Komu jak komu, ale jemu na pewno nie leży na sercu ograniczanie dostępu do alkoholu.

Tymczasem problem pijaństwa Polaków wymaga radykalnych rozwiązań. Kraj ma jedną z największych, o ile nie największą, sie

dystrybucji alkoholu w Europie. Punktów jego sprzedaży jest 170 tysięcy. Jeden przypada na 226 osób. – Przy ulicy 3 Maja w Karpaczu – mówi Krzysztof Brzózka – na odcinku 2,5 km są 52 punkty sprzedaży alkoholu. Las Vegas wymięka.

A np. w Bydgoszczy jest więcej punktów jego sprzedaży niż w całej Norwegii. Prawdą też jest, że aby późnym wieczorem kupić lekarstwo trzeba objechać spory kawałek miasta, a flaszkę kupi się na niemal każdym rogu. W kraju, który należy do czołówki pod względem liczby wypadków spowodowanych przez pijanych kierowców, stacje benzynowe zadały śmiertelny cios melinom i meliniarkom, bo na każdej z nich można kupić alkohol.

W 2007 r. Polacy wypijali 8 litrów czystego alkoholu, dziś 11 litrów. I nie ma się co pocieszać, jak to niektórzy robią, że w pierwszych dekadach XIX w. przeciętny Amerykanin wypijał 1,7 litra mocnego trunku… tygodniowo, a kraj się dynamicznie rozwijał. Polacy zaczynają coraz częściej i w coraz większej liczbie chorować z powodu pijaństwa i alkoholizmu. Narodowy Fundusz Zdrowia wyasygnował w ubiegłym roku na terapie uzależnień pół miliarda złotych, ale to tyko ułamek kosztów związanych z leczeniem chorób wywołanych alkoholem i innymi związanymi z nim stratami.

Krzysztof Brzózka obala mit, że wpływ z akcyzy na alkohol są większe niż koszty związane z jego spożywaniem. Budżet państwa otrzymuje co roku ok. 14 mld zł z akcyzy, natomiast były szef ARPA twierdzi, że koszty związane z likwidacją szkodliwych efektów picia alkoholu sięgają prawie 30 mld zł. Bo to wypadki samochodowe, koszty leczenia ofiar i straty spowodowane śmiercią, straty ZUS, rozwody i przestępstwa będące efektem pijaństwa oraz alkoholizmu. Branża broni się, że daje pracę tysiącom ludzi, kupuje setki ton zboża, ziemniaków i chmielu od rolników. Ta obrona jest bardzo dziurawa i łatwa do pokonania.

– Polska branża – mówi K. Brzóska – kupuje 50 tys. ton ziemniaków rocznie. To jest wartość z pogranicza sezonowych wahań w produkcji. Podobnie jest w zbożach – 420 tys. ton. Wartość eksportu przemysłu alkoholowego to 130 milionów euro, czyli… 0,78 proc. eksportu wszystkich polskich produktów rolnych. To są ułamki procentów. Gdyby branża monopolowa przestała kupować, to śmiem twierdzić, że polscy rolnicy mogliby tego w ogóle nie zauważyć. Na jednej nowoczesnej linii produkuje się 26 tys. butelek na godzinę. Proces jest niemal w 100 proc. zautomatyzowany, to ilu ludzi potrzeba na takiej hali?

Największym producentem mocnych alkoholi jest w Polsce grupa Stock, na drugim CEDC. Właścicielem tego drugiego jest Rosjanin. Putin zwiększa w Rosji akcyzę, by utrudnić dostęp do alkoholu, a w Polsce trwa licytacja, kto da niższą cenę. Tzw. „pół litra” można już kupić w Biedronce za niecałe 16 zł.

Krzysztof Pipała