De Beers – największe diamentowe cwaniaki

str-22-de-beers

Diamenty i brylanty. Zaczęło się niemal 150 lat temu od fermy dwóch braci w Afryce Południowej, a skończyło na ogromnej organizacji, która zmonopolizowała światowy rynek diamentów. W roku 1871 (inne źródła podają rok 1869) na fermie dwóch braci w miejscowości Kimberly znaleziono diament. W pobliżu fermy natychmiast zaczęli się kręcić amatorzy łatwych pieniędzy, więc bracia zlecili jakimś holenderskim poszukiwaczom diamentów zbadanie należącej do nich ziemi. Gdy okazało się, że można tam znaleźć diamenty, wybuchła diamentowa gorączka. Bracia sprzedali fermę w przekonaniu, że zrobili świetny interes. Źródła nie podają, za ile sprzedali fermę, ani co się z nimi później stało. Czy żyli sobie jako rentierzy od kapitału uzyskanego ze sprzedaży fermy, czy zainwestowali w jakiś interes. Nie wiadomo. Wiadomo natomiast, że nazywali się De Beers i że ich nazwiskiem nazwano kopalnię diamentów, którą w Kimberly założono. Ziemia braci De Beers okazała się już nie złotą, a diamentową żyłą. Do dziś znajduje się tam diamenty wyjątkowej wartości jubilerskiej.

Poza zwykłymi kopaczami diamentów w Kimberly pojawili się też ludzie, którzy nie mieli najmniejszego zamiaru grzebać się w ziemi. Mieli w głowie utworzenie ogromnego diamentowego biznesu. W gronie tym wyróżniał się Anglik nazwiskiem Cecil J. Rhodes oraz bracia Harry i Barney Bornat. Strategia ich biznesu polegała na skupowaniu od firm, firemek i indywidualnych górników koncesji na poszukiwanie diamentów w Kimberly. Gdy skupili ich już na tyle dużo, że stali się większościowymi właścicielami kopalni w Kimberly, utworzyli spółkę De Beers Consolidated Mines Limited. Zamysł był taki, żeby zmonopolizować światowy rynek diamentów, mieć pod kontrolą zarówno wydobycie diamentów, ich obróbkę, jak i handel. Ponieważ Rhodes i jego wspólnicy nie mieli na początku wystarczającego do zrealizowania tego celu kapitału, namówili do sfinansowania ich zamierzeń bankierów Rothschildów.

Pomysł plus kapitał zaowocowały osiągnięciem zaplanowanego celu. Już pod koniec XIX wieku spółka De Beers miała pod swoją kontrolą 90 proc. światowej produkcji diamentów. Ona dyktowała ceny i wielkość wydobycia. Było to możliwe między innymi dlatego, że Rhodes wszedł w porozumienie z handlarzami diamentów w Europie. Zaproponował im, że będzie dostosowywał wydobycie i produkcję do popytu. W ten sposób przejął całkowitą kontrolę nad poziomem cen. Handlarze nie protestowali, bo przyjęcie warunków Rhodesa gwarantowało im stabilny i stały dochód. Rhodes stał się niewyobrażalnie wręcz bogaty, człowiekiem o ogromnych wpływach, także politycznych. Wszystko to razem doprowadziło do tego, że miał on ogromny wpływ na założenie państwa, które od jego nazwiska nazwano Rodezją, a w którego skład wchodziły tereny dzisiejszego Zimbabwe i Zambii.

Koncern De Beers to skomplikowany system spółek, które są powiązane ze sobą kapitałowo i własnościowo. Panując nad wydobyciem, cenami i handlem, koncern De Beers stawiał konkurentów pod ścianą i narzucał im swoją wolę. Jedna ze spółek (De Beers Centenary) ma udziały w ponad 1300 południowoafrykańskich i międzynarodowych spółkach wydobywczych i co najistotniejsze – posiada zabezpieczone długoterminowymi umowami prawa do zakupu surowych diamentów, które zostały wydobyte w kopalniach w innych krajach. Tak zorganizowany koncern gwarantował już nie decydujący głos, a wręcz panowanie nad całym światowym rynkiem diamentów.

Regułom narzuconym światu przez De Beers musiał się też podporządkować diamentowy kolos z tak potężnego kraju jak ZSRR, a później Rosji. Rosyjska państwowa spółka Alrosa przez dziesięciolecia była uzależniona, zarówno pod względem produkcji, jak i sprzedaży od De Beers. Dopiero niedawno, za sprawą otwierania nowych kopalni diamentów (Australia, Kanada, Rosja) De Beers musiał zrezygnować z dyktowania warunków wydobycia innym. To przede wszystkim za sprawą usamodzielnienia się rosyjskiej Alrosy i otwieranych przez rosyjski koncern nowych kopalń, a także dwóch brytyjsko-australijskich gigantów wydobywczych, firm Rio Tinto oraz BHP Billiton.

De Beers nadal jednak (mimo że jego udział w globalnej produkcji diamentów spadł do ok. 40 proc.) pozostaje najważniejszym graczem w handlu diamentami. A to handel zapewnia największe zyski. Dane Światowej Rady Diamentów podają, że rynek surowych diamentów jest wart 16 mld dol., zaś rynek detaliczny diamentów jubilerskich ma wartość cztery i pół razy większą, bo jest szacowany na 72 miliardy dolarów rocznie.

Handel diamentami jest niezwykle hermetyczny. Nie ma miejsca na przypadek. Aby wejść na giełdę diamentów firma musi mieć rekomendację jednego z jej członków. Na giełdzie zaś nie ma kontraktów terminowych. Zestawienie cen kamieni podawane jest w wydawanym raz w miesiącu raporcie Rapaport. Na spekulacje nie ma szans. Jak twierdzą fachowcy ma to jednak swoje dobre strony. Ludziom, którzy rządzą rynkiem diamentów, nie zależy na nagłych skokach i spadkach cen, lecz na niewielkich, ale konsekwentnych ich wzrostach, o kilka procent rocznie. Gdy zdarzają się spadki cen, a dochodzi do tego niezmiernie rzadko, De Beers reaguje od lat tak samo – wstrzymuje w sowich kopalniach wydobycie, wysyła górników na urlop. W tym czasie magazyny z diamentami pustoszeją i wszystko wraca do normy.

Czy w tej sytuacji warto inwestować w diamenty? Ludzie z branży twierdzą, że taka inwestycja to nade wszystko lokata zabezpieczająca kapitał przed utratą wartości, natomiast nie jest to inwestycja przynosząca wielkie zyski.

Marek Kober

Na tym kończymy nasz serial o diamentach