Dla tych, którzy lubią czytać

Aż 63% Polaków nie przeczytało w ciągu roku ani jednej książki. Wydawać by się mogło, że to już dostatecznie duża tragedia, ale na tym dramat polskiego, wtórnego analfabetyzmu się nie kończy. Biblioteka Narodowa publikuje swoje raporty o stanie czytelnictwa co roku, ale nie radzę tam zaglądać, jeśli nie chcecie stracić resztek wiary w nasze społeczeństwo. Bo to nie tylko liczba pochłanianych przez nas książek jest dużo niższa niż w czasach PRL-u. Z każdym badaniem wychodzi, że czytamy też coraz mniej krótszych tekstów. Zarówno na papierze, jak i w Internecie. W badaniu na rok 2015 raptem 45,9% respondentów zadeklarowało, że przeczytało tekst dłuższy niż trzy strony maszynopisu w ciągu miesiąca poprzedzającego wizytę ankietera.

Badanie ujawnia też to, co wydaje się być dość oczywiste – czytanie jest praktyką społeczną, którą nabywamy przebywając w oczytanym środowisku i dziedziczymy, nawyk czytelniczy najczęściej kształtuje się w domu, gdzie czytelnictwo stoi na wysokim poziomie. Gdzie w takim razie szukać źródła fatalnego stanu czytelnictwa w Polsce? Osobiście uważam, że kluczem są tutaj lektury szkolne, które może i niosą ze sobą wartość artystyczną, przesłanie, edukację, etc., ale absolutnie nie zachęcają do czytania samego w sobie. Kończąc podstawową edukację wielu ludzi portretuje czytanie jako przykrą konieczność. I nic dziwnego. Lektury są bowiem według mnie źle dobrane pod względem przede wszystkim wieku młodego człowieka. Sam jako dziecko dość dużo czytałem, ale w szóstej czy siódmej klasie szkoły podstawowej przebrnięcie przez „Pana Tadeusza” było dla mnie gehenną. Na szczęście nie zraziło mnie to do czytania w ogóle, a i „Pana Tadeusza” przeczytałem z wielką przyjemnością, ale już jako dorosły człowiek. Jednak większość młodocianych uczniów po takich lekturach jak wspomniany „Pan Tadeusz” czy np. „Nad Niemnem” Orzeszkowej stwierdziła, że kiedy już nie będzie zmuszana do czytania, to książki do ręki za nic w świecie nie weźmie.

Bardzo wymowne jest też to, jak z roku na rok spada odsetek osób czytających teksty o długości powyżej trzech stron maszynopisu. Trzy strony to około 1300-1500 słów. To mniej więcej tyle, ile zajmuje dobry, wyczerpujący felieton. Takie treści dla internautów są jednak zazwyczaj za długie. W sieci znajdziemy wiele badań, które pokazują, że Internet zupełnie zmienił nasz sposób konsumpcji treści czytanej. Bardziej „skanujemy” wzrokiem tekst, niż skupiamy się na jego treści. Najchętniej sięgamy po teksty liczące sobie 300-700 słów.

Jest jednak jakaś iskierka nadziei, że te raporty nie do końca oddają prawdziwy obraz czytelnictwa. Po pierwsze nie biorą pod uwagę e-booków, a z tego co wiem to obecnie dość popularny sposób czytania – sam z niego korzystam, bo przecież trudno byłoby czytać książkę, jadąc równocześnie samochodem. A e-book na to pozwala. Poza tym łatwo jest zakrzyknąć, że 63% Polaków nie czyta. Tymczasem te same badania ujawniają, że 95-99% Polaków korzysta regularnie z Internetu. A tam przecież czyta się, czyli konsumuje treść pisaną. A mimo wszystko w raporcie wypadają jako ludzie nieczytający. Może jest więc trochę lepiej niż w alarmujących statystykach. Choć tak czy inaczej do optymizmu daleko.

Na zakończenie prawdziwa historia z Anglii. Otóż pod koniec stycznia w Feltham pod Londynem łupem trojga złodziei padło…160 książek. Niestety nie byli to jednak nałogowi „czytacze”. Te książki miały dla nich olbrzymią wartość nie intelektualną tylko ekonomiczną. Zostały powiem wycenione na 2 miliony funtów tj. ok. 3,5 miliona dolarów kanadyjskich, albo 10 milionów złotych. Wiele z nich datowanych jest na XV i XVI wiek. Wśród skradzionych białych kruków są m.in. dzieła Isaaka Newtona, Leonarda da Vinci czy Galileusza. Łupem rabusiów padła również praca Mikołaja Kopernika „O obrotach sfer niebieskich”, która warta jest ok. milion złotych.

Reasumując, zachęcam Państwa do zmiany tych wszystkich statystyk. Pierwszym krokiem niech będzie lektura Głosu Polonii.

Krzysztof Pipała, redaktor naczelny Głosu Polonii