Donald Tusk zrezygnował z walki o prezydenturę

str-20-21-tusk

We wtorek, 5 listopada, Donald Tusk spotkał się z polskimi dziennikarzami w Brukseli i poinformował, że nie będzie kandydował w majowych wyborach na prezydenta Polski. Wcześniej szef Rady Europejskiej mówił, że o swojej ostatecznej decyzji poinformuje 2 grudnia. Zrobił to jednak wcześniej i zaskoczył wszystkich. Konsternacja po ogłoszeniu tej decyzji była zarówno w szeregach Platformy Obywatelskiej, Koalicji Obywatelskiej, ale przede wszystkim w PiS. O zaskoczeniu w szeregach PiS napiszemy niżej, wcześniej przywołamy, co Donald Tusk powiedział dziennikarzom.

Szef Rady Europejskiej powiedział więc, że podjął decyzję po głębokim namyśle, że nie czekał do grudnia, ponieważ, jak stwierdził, „czas nagli” i nie chce zwlekaniem z ogłoszeniem swojej decyzji „utrudniać procesu wyłaniania kandydatów” Koalicji Obywatelskiej.

Uważam, że możemy te wybory wygrać – stwierdził Donald Tusk – ale do tego potrzebna jest kandydatura, która nie jest obciążona bagażem trudnych, niepopularnych decyzji, a ja takim bagażem jestem obciążony od czasów, kiedy byłem premierem. Tym bardziej, że nie zamierzam się tych trudnych decyzji wypierać. (…) Wykorzystam każdą możliwość, aby nadal wzmacniać pozycję Polski w Europie i na świecie.(…) Będę bardzo mocno wspierał opozycję w wyborach. Dla mnie najważniejszą rzeczą jest wybranie kandydata, który będzie miał szansę wygrać wybory prezydenckie. Takiego, który będzie umiał przekonać tych, którzy dzisiaj głosują na naszych oponentów, który będzie umiał przekonać Polaków, którzy z jakichś powodów głosują na PiS albo wahają się pomiędzy jedną a drugą opcją. To powinien być bez wątpienia wspólny wysiłek tych wszystkich, którzy w tych ostatnich wyborach głosowali, między innymi na dzisiejszą senacką większość. 

Opozycyjni wobec niszczycielskich rządów PiS wyborcy poczuli się zawiedzeni decyzją Donalda Tuska, tkwili bowiem w przekonaniu, że tylko i wyłącznie on może pokonać Andrzeja Dudę. Nie do końca to prawda, ale o tym niżej.

Sądzę jednak, że najbardziej zaskoczony decyzja Donalda Tuska jest Jarosław Kaczyński i jego specjaliści od propagandy. Socjolog, prof. Waldemar Paruch, szef rządowego Centrum Analiz Strategicznych, którego nazywa się „mózgiem PiS”, powiedział dzień po wycofaniu się Tuska z wyborów, że „był on „obliczalnym zawodnikiem”, ponieważ wiadomo, jakie są jego mocne i słabe strony. Inny kandydat opozycji może być bardziej nieprzewidywalny”. Przyznał też, że decyzja przewodniczącego Rady Europejskiej „niekoniecznie jest korzystna dla Dudy”. Tymi stwierdzeniami Paruch ujawnił, że swoją decyzją Donald Tusk zawiódł oczekiwania PiS.

Można się tylko domyślać, że w PiS była już opracowana ze wszystkimi szczegółami kompletna kampania opluwania i dyskredytowania Donalda Tuska. Co, kiedy i gdzie powiedzieć, kiedy podjąć wobec niego takie lub inne działania. Bo poza tym, że Donald Tusk jest w oczach Kaczyńskiego największym jego wrogiem, to „geniusz z Żoliborza” jest jeszcze przepełniony po brzegi kompleksami i wynikającą z nich nienawiścią wobec byłego premiera. Donald Tusk jest bowiem wybitną osobowością w europejskiej, a także światowej polityce. Przestąpił jej najwyższe progi, które dla Kaczyńskiego nigdy nie były i nigdy nie będą przekraczalne. Tusk jest już politykiem rangi światowej, zaś Kaczyński na zawsze pozostanie politycznym mącicielem gdzieś tam na peryferiach Europy. I to jest główny powód nienawiści do polityka z Gdańska, powód wszystkich obelg i fałszywych oskarżeń na niego rzucanych.

Trudno więc nie przyznać racji Rafałowi Grupińskiemu z Platformy Obywatelskiej, który twierdzi, że wycofanie się szefa Rady Europejskiej jest „korzystne dla całego obozu demokratycznego”. Po powrocie Tuska do polskiej polityki PiS ogłosiłby pełną mobilizację swoich szeregów, a Kur-wizja, czyli TVP, rozpoczęłaby systematyczne szczucie i wylewanie pomyj, by unurzać w nich Polaka, który spośród polskich polityków osiągnął najwyższą pozycję na arenie międzynarodowej.

– Na zimno patrząc, Kaczyński zrobiłby wszystko, by go dopaść w kampanii – powiedział Rafał Grupiński. – Nie mam wątpliwości, że Tusk byłby wzywany do prokuratury co tydzień. Kaczyński czuje, że jego obóz polityczny słabnie i dlatego się radykalizuje. Jak każdy autorytarny przywódca.

Wielu ludzi obecnej opozycji ma jednak przeciwne zdanie. Radosław Sikorski, minister spraw zagranicznych w rządzie Donalda Tuska, powiedział, że to wielka szkoda, ponieważ w osobie obecnego jeszcze szefa Rady Europejskiej Polska traci szanse na prezydenta rangi światowej. Sikorskiemu też trudno nie przyznać racji, ale do postawienia na najwyższym stanowisku w państwie uznawanego i szanowanego w świecie polityka potrzeba zdecydowanej przewagi w kraju światłego suwerena. A jaki ten suweren w swojej masie jest, każdy widzi.

Ma więc rację Paweł Wroński, dziennikarz Gazety Wyborczej, który napisał, że „Są postacie, które mogłyby być wybitnymi prezydentami, ale są złymi kandydatami na prezydenta”. I taką postacią jest właśnie Donald Tusk.

Dobrze poinformowani dziennikarze polityczni twierdzą także, że bardzo duży wpływ na decyzje Donalda Tuska miała rodzina. Podobno żona i dzieci namawiali go, aby nie kandydował, ponieważ „nie chcieli znów przechodzić przez piekło wylewającej się nienawiści z prorządowych mediów i ataków ze strony PiS”. Tusk musiał więc „wybierać między lojalnością wobec najbliższych a politycznymi ambicjami”. Tym razem wybrał rodzinę, aczkolwiek, jak twierdzi anonimowo jeden z posłów Platformy, Tusk mawiał niegdyś, że gdyby postępował tak, jak chciała rodzina, to nadal byłby nauczycielem historii w gdańskim liceum.

Pojawiły się oczywiście wśród osób zbliżonych do PiS butne stwierdzenia, że Tusk stchórzył. Nie wprost powiedziała to m.in. socjolog Jadwiga Staniszkis, która żywi przedziwną, niemal atawistyczną niechęć do Tuska. Stwierdziła otóż, że bal się on, iż nie będzie w stanie odpowiedzieć na merytoryczne zarzuty kierowane pod jego adresem i adresem jego rządu. Przy czym pani profesor nie podała oczywiście chociażby jednego merytorycznego zarzutu, dając dowód, że w insynuowaniu rzeczy nieprawdziwych dawno już zbliżyła się na intymną odległość od swojego niegdyś bardzo faworyzowanego polityka, Jarosława Kaczyńskiego.

Donald Tusk odkrył więc karty i teraz Platforma Obywatelska musi się zdecydować na wyłonienie swojego kandydata na prezydenta. Właściwie to nie ma wyboru i wskazanie jest tyko jedno: Małgorzata Kidawa-Błońska. Ale w ramach anty PiSu będzie chyba musiała dogadać się z PSL-em, czy w ramach Europejskiej Partii Ludowej, do której należy i PO, i PSL, organizować prawybory, połączone z debata kandydatów. PSL jest „za”, ale w PO młodzi posłowie, którym przewodzi Borys Budka, są temu przeciwni. Argumenty są m.in. takie, że prawybory i związana z nimi debata ujawniłyby słabe punkty kandydatów, w które natychmiast wstrzeliłby się PiS ze swoją oszczerczo-kłamliwą kampanią.

Nie jest jednak także wykluczone, że ze względów taktycznych należałoby jak najdłużej nie odkrywać kart i trzymać w szachu PiS. Puszczanie informacji, że PO rozważa wystawienie kandydatów niepartyjnych, na przykład profesora prawa Marcina Matczaka, czy obecnego rzecznika praw obywatelskich, Adama Bodnara, zmuszałoby sztabowców PiS do sporządzania kilku wersji ataków na kontrkandydatów Dudy. Bo nie ma się co łudzić, że ataków i to zmasowanych, nie będzie. Kaczyński inaczej nie potrafi. Zdaje też sobie doskonale sprawę, że w październiku wygrał już po raz ostatni wybory parlamentarne, a przegrana prezydentura Dudy tylko przyspieszy dezintegrację szeregów jego partii i marsz tam, gdzie jest jej właściwe miejsce. Czyli do kąta.

Krzysztof Pipała