Dyskonty w ofensywie

str-24-dyskonty

W Polsce gwałtownie spada liczba sklepów z artykułami spożywczymi. Nie jest to zjawisko tożsame z wycofywaniem się z Polski na przykład zagranicznych banków. To zupełnie inna dziedzina i inne są przyczyny zjawiska. Ale aby ukazać jego skalę na początku przytoczymy tylko jeden przykład. W drugim kwartale 2013 roku było w Polsce 79 267 sklepów ogólnospożywczych, w drugim kwartale bieżącego roku już tylko 62 172. W okresie pięciu lat ich liczba zmalała aż o 17 tysięcy 95 placówek, przy czym najbardziej gwałtowny spadek nastąpił w ostatnich dwóch latach. Między drugim kwartałem roku 2016 a tym samym okresem bieżącego roku zniknęło z krajowego rynku 9231 sklepów, do których można było pójść po pietruszkę, bułkę i kawałek kiełbasy.

Specjaliści zajmujący się analizą handlu detalicznego w Polsce twierdzą, że jest to przede wszystkim efekt agresywnej ofensywy sieci dyskontowych i inwestycyjnej gigantomanii z początku lat 90. Wtedy to zagraniczne sieci handlowe hołdowały zasadzie, że na ubogim w placówki handlu spożywczego polskim rynku trzeba budować swoje sklepy i zgarniać pieniądze od tłumów Polaków, którzy nigdy wcześniej nie widzieli hiper- i supermarketów i za punkt honoru uważali robienie zakupów w tych „świątyniach handlu”. Z czasem „świątynie” spowszedniały, tym bardziej że zakupy w nich to była cała wyprawa, bo znajdowały się zazwyczaj z dala od centrów miast, najczęściej na ich obrzeżach. Siecią, która uznała, że najtrafniejszą drogą do zdominowania polskiego handlu detalicznego są supermarkety, było Tesco. Sieć budowała swoje obiekty gdzie tylko się dało, wchodziła też ze swoimi sklepami do nie swoich centrów handlowych, gdzie oczywiście płaciła sowite kwoty za wynajem powierzchni.

Równolegle swoją sieć rozwijały w Polsce dyskonty, przede wszystkim mająca portugalskiego właściciela Biedronka oraz niemiecki Lidl i spokrewniony z nim Kaufland (obie marki należą do Grupy Schwarz). Jedni i drudzy budowali swoje sklepy w centrach albo na obrzeżach osiedli mieszkaniowych, a w pierwszych latach ich reklama opierała się na oferowaniu tanich artykułów. Biedronka do dziś pozostaje przy haśle „Codziennie niskie ceny”, co nie do końca jest prawdą, natomiast Lidl dawno już porzucił swoje pierwotne hasło reklamowe napędzające klientów treścią, że „Lidl jest tani”. Biedronka zaczynała przaśnie, towar w sklepach leżał na paletach, ale rzeczywiście był tańszy niż gdzie indziej. Wnętrze sklepów Lidla wyróżniało się większa dbałością o estetykę, ale asortyment towarów był początkowo bardzo skromny. Aż nadto oczywiste było, że Lidl sonduje na co polskiego klienta stać. Gdy sieć zdobyła już wymaganą kwotę stałych klientów, przestała być tania i kusiła ich hasłem „Lidl ceni jakość”. Później zaczęła łechtać ich próżność i inteligencję sloganem „Lidl – mądry wybór”, a dziś awansowała swoich klientów do wyższej klasy średniej, wmawiając im, że robiąc zakupy w tej sieci pozostaje im w kieszeni „Więcej na radość z życia”.

Cwaniactwo właścicieli Lidla objawia się nie tylko w operowaniu trafiającymi do polskich klientów reklamowymi hasłami. W momencie gdy Lidl wchodził na polski rynek w kraju rodzimym jego sklepy były przystania dla najuboższych Niemców. I ten image Lidl skutecznie wykorzystał planując strategię działania na polskim rynku. Firma nie miała wystarczających zasobów finansowych, by w jednej chwili pojawić się w kilkudziesięciu polskich miastach. Sięgnęła więc do zasobów Europejskiego Banku Odbudowy i Rozwoju. To było na początku lat 90. gdy Polska, podobnie zresztą jak inne kraje byłych demoludów, jawiły się politykom i bakowcom z Zachodu jako obszary ubóstwa, o ile nie nędzy. Lidl wystąpił więc do EBOiR o idący w setki milionów dolarów kredyt, który uzasadnił koniecznością wybudowania w Polsce i innych krajach Europy Wschodniej sieci sklepów, które „zaopatrywałyby biednych mieszkańców tych krajów w tanią żywność”. Jakiż zachodni bankowiec i polityk nie wsparłby tak szczytnej idei? Lidl dostał kredyt opiewający na ok. 900 mln $ i dziś tylko w Polsce ma 630 sklepów (w całej Europie ok. 10 tys.) , a komunał o zaopatrywaniu w „tanią żywność biednych mieszkańców Europy Środkowo-Wschodniej” już dawno upchał w ciemnym kącie swojego magazynu.

Strategia Biedronki była nieco inna, ale z konsekwencja budowała sklepy i wynajmowała powierzchnie w każdym niemal zakątku miast i miasteczek, gdzie były skupiska mieszkańców. Zyski reinwestowała w nowe sklepy i dziś zbiera tego owoce.

Polskie sieci, które poszły śladem zachodnich z początku lat 90. i budowały swoje placówki w atrakcyjnych nawet miejscach, nie wytrzymały konkurencji dyskontów. Pierwsze poddały się delikatesy Alma, teraz przyszła kolej na też delikatesy „Piotr i Paweł”. Pod koniec września pięć sklepów w atrakcyjnych lokalizacjach Wrocławia (dwa), Poznania, Tychów i Kalisza przejęła od Piotra i Pawła Biedronka i prowadzi poufne rozmowy na temat kupna wszystkich placówek tej sieci. Inni likwiduja działalność. W skali Polski jest to zjawisko znaczące. Wyjątkiem są Żabka i Dino, które rozbudowują swoją sieć w oparciu o osiedlowe mikrosklepiki franczyzowe, co pozwala ich właścicielom działać w niedziele, pod czas których obowiązuje zakaz handlu.

O tym jak zmalała liczba sklepów ogólnospożywczych już pisaliśmy. W innych branżach jest podobnie. Sklepów owocowo-warzywnych jest dziś 2553, a pięć lat temu było ich 4280. Spadek o 1727. Sklepy odzieżowe zjechały z poziomu 30 375 do 24 579 (minus 5796). Tendencja spadkowa dotknęła także drogerie. W roku 2013 było ich 6745, dziś 5537, o 1208 mniej. O ponad 1300 placówek skurczyła się w ciągu 5 lat sieć handlu obuwiem. Z liczby 7372 sklepów ostało się 6063, ale w tym przypadku znacząco wzrosły zakupy Polaków przez internet. Podobnie, bo również o ponad 1300 mniej, jest sklepów mięsnych. Dziś 9031, pięć lat temu było 10 313.

W ujęciu procentowym najwięcej (40,4 %) zamknięto sklepów owocowo-warzywnych. Na drugim miejscy są księgarnie. W drugim kwartale 2013 r. było ich 5439, dziś już tylko 3770. Spadek o 30,7%. Ale Polacy nie czytają książek, co słychać nie tylko na ulicy – półsłówka, żargon, wulgaryzmy… Ucieczką przed tym jest tylko… dobra książka. Ale tylko nieliczni po nią sięgają. Niestety… Mimo że książki są już i w Biedronce, i w Lidlu. No tak… Ale to czytadła, nie literatura, która kształci.

Andrzej Barczyński