„Dywizjon 303” – bitwa o film

str-19-dywizjon-303-w-oryginale

W Vancouver nie ma jeszcze działającego cały rok kina polskich filmów, ale tegoroczna jesień obfitowała w liczne pokazy najnowszych dzieł polskiej kinematografii. Dzięki dwóm festiwalom organizowanym pod auspicjami Simon Frazer University mogliśmy zobaczyć większość najnowszych tytułów, w tym także te nagrodzone na 43. Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni. Mogliśmy zobaczyć zobaczyć w Vancouver takie obrazy jak: „Zimna Wojna”,Dovlatov”, „Fuga”, „Litość”, czy też podczas 7. VPFF – „Najlepszy, „Cicha noc”, „Twarz”, „Dywizjon 303”, „Via Carpatia”, „Jak Pies z Kotem” i „Kamerdyner”. Z tej listy filmów fabularnych pokazywanych polonijnej publiczności, jeden zwraca szczególną uwagę ze względu na niezwykłą historię powstawania, bo stoczono o niego prawdziwą bitwę. Może nie tak krwawą jak bitwa o Anglię, ale równie pełną patriotycznego zapału i poświęcenia. O kulisach realizacji „Dywizjonu 303” – w rozmowie z Krzysztofem Wołoczko, mówi montażysta Marcin Kot Bastkowski.

str-19-kot-bastkowski– Jakie były główne przeszkody podczas realizacji filmowego Dywizjonu 303?

– Film powstawał dwa lata i był montowany przez dwa lata, bo od samego początku wystartowaliśmy także z montażem. Pierwsze sceny kręcone były w 2016 roku. Reżyserem filmu miał być Wiesław Saniewski, ale po kilku dniach zdjęć, dostał udaru. Producent filmu Jacek Samojłowicz ściągnął nowego reżysera Denisa Delicia, z którym pracował w Niemczech przy kilku poważnych projektach. Pierwsza wersja scenariusza powstała na podstawie słynnej książki Arkadego Fiedlera z 1940 roku, ale potem był ciągle zmieniany przez różnych scenarzystów. Nazwiska odtwórców głównych ról na początku także się zmieniały, a ostatecznie Jana Zumbacha zagrał Maciej Zakościelny, a Witolda Urbanowicza – Piotr Adamczyk. Niezamknięty budżet to była kolejna trudność podczas realizacji filmu, zwłaszcza wtedy kiedy równolegle zaczął powstawać inny film o Dywizjonie 303 prawie pod tym samym tytułem i który miał opowiadać tą samą historię… Reżyser realizując zdjęcia z danym aktorem często nie wiedział, czy dana postać zginie, czy będzie dalej żyła, bo niezamknięty budżet wymagał ciągłych zmian scenariusza…

– Można powiedzieć, że to typowy polski bałagan zmuszający do robienia rzeczy niemożliwych w danych warunkach?

– Trochę może i tak… Realizacja przedłużała się, a ja sam w pewnym momencie musiałem zająć się montażem filmu “Jak Pies z Kotem” i wtedy zastępował mnie amerykański montażysta Peter Devaney Flanagan. Kiedy wróciłem, to musiałem zmienić układ scen i nie została, żadna zmontowana przez niego. Praca przy tym filmie była mocno rwana i wymagała rzeczywiście robienia rzeczy niemożliwych w stylu Polak potrafi… Na przykład w filmie jest cała masa scen lotniczych, a myśmy przecież mieli tylko jeden samolot! Oryginalny samolot Hawker Hurricane leciał do Warszawy z Londynu dwa dni z międzylądowaniem! I mieliśmy go tylko na dwa dni zdjęciowe. Mieliśmy tylko jeden latający angielski samolot i dwie makiety poruszane siłą mięśni ludzkich.

– Trudno w to uwierzyć, bo film wygląda na międzynarodową superprodukcję! Zresztą Polacy w tym filmie rzadko mówią po polsku…

– Międzynarodowa obsada była jedną z wielu komplikacji przy realizacji Dywizjonu 303. Chodziło o to by film był zrozumiały dla odbiorcy. Najpierw były próby grania wszystkich dialogów po angielsku, ale wyglądało to sztucznie i dlatego przyjęliśmy zasadę, że każda grupa narodowa mówi w swoim języku: po angielsku, po polsku, po niemiecku i po czesku. Dlatego ten film zawsze będzie wyświetlany z napisami.

– Najbardziej wzruszające jak dla mnie sekwencje tego filmu rozgrywają się jednak bez słów z samą muzyką, a nawet w ciszy…

– Masz pewnie na myśli sekwencję archiwalnych zdjęć w połowie filmu po spotkaniu z ekipą propagandy brytyjskiej, dzięki której łapiemy kontakt emocjonalny z prawdziwymi bohaterami. To tylko seria nieruchomych zdjęć, ale są magiczne, bo są prawdziwe… Bez słów odbywa się też scena żałobnego tańca w ciszy. Tą scenę wymyślił na planie reżyser. Ja dodałem tylko w montażu obraz spadającego samolotu po odśpiewaniu hymnu. Kiedy wszyscy tańczą bez muzyki ważne było dla mnie to, by powoli wchodziła w tą scenę muzyka narracyjna w rytmie serca.

– Polacy są pokazani w tym filmie dość stereotypowo: szybko zapalają się do działanie, sporo piją alkoholu, mają lekceważący stosunek do dyscypliny i uwielbiają kobiety…

– Tym pytaniem uświadomiłeś mi, że nasz filmowy Dywizjon 303 będzie odbierany inaczej przez Polonię, a inaczej w Polsce. Kluczowa scena, kiedy król osobiście składa gratulacje polskim pilotom miała uświadomić widzowi, że mimo obcego rodowodu, każdy z nich jest Polakiem z wyboru. Są dumni z tego, że są rycerzami dobrej prawy.

– Dla mnie kluczowa jest inna scena, kiedy dowódca dywizjony dostaje wydrukowane nekrologi i pada kwestia, że “Wy Polacy jesteście specjalistami od walki a my jesteśmy specjalistami od polityki”…

– Dlatego mamy tak skomplikowaną historię…

******

Marcin Kot Bastkowski

Polski montażysta filmowy, członek Polskiej Akademii Filmowej i Polskiego Stowarzyszenia Montażystów. W jego dorobku znajduje się kilkanaście filmów fabularnych, dokumentalnych oraz seriali telewizyjnych. Swoją dużą przygodę z filmem rozpoczął z Jerzym Hoffmanem od filmu „Ogniem i mieczem”, za który w roku 1999 otrzymał indywidualną nagrodę za montaż na FPFF w Gdyni. Z Jerzym Hoffmanem pracował również przy „Bitwie Warszawskiej” oraz na nowo zmontował film „Potop”, który otrzymał tytuł „Potop redivivus”. Ostatni duży film dokumentalny, przy którym pracował to „ Something better to come Hanny Polak”, który zdobył w sumie ponad trzydzieści nagród i nominacji na całym świecie, w tym nagrodę specjalną na największym festiwalu filmów dokumentalnych IDFA w Amsterdamie. Najnowsze filmy montowane przez Kota można obejrzeć właśnie w kinie. To „Dywizjon 303” oraz „ Jak pies z kotem” Janusza Kondratiuka. Aktualnie na jego stole montażowym znajduje się batalistyczny film „Legiony” Darka Gajewskiego.

——————————————————————————————————–

Złoty kalosz dla „Kamerdynera”

Podczas zakończonego w poprzedni weekend 7. Vancouverskiego Festiwalu Polskich Filmów główną nagrodę otrzymał świetny film Filipa Bajona – „Kamerdyner” ze świetną jak zwykle Janusza Gajosa. W kategorii filmów krótkometrażowych zwyciężył film „Happy Olo” o przygodach żeglarza Aleksandra Doby. Ponadto widzom szczególnie zapadł w pamięć film Janusza Kondratiuka „Jak pies z kotem”. To bardzo poruszająca historia o ostatnich tygodniach życia brata reżysera – Andrzeja. Tegoroczny festiwal jest nietypowy – jego zakończenie bowiem nastąpi 17 listopada, pokazek filmu „Kler”. Co prawda film nie będzie brał udziału w konkursie, ale nie da się ukryć że będzie się cieszył dużym zainteresowaniem chociażby ze względu na kontrowersje jakie wzbusza w Polsce.