Dziadek

byc-kobieta

OPOWIEŚCI LADY BUNII. Poniedziałkowy poranek, ciężko każdemu złapać obroty, drzemie w nas jeszcze lenistwo z niedzielnego popołudnia. Rozmawiam z mamą przez telefon i jednocześnie usiłuję wysłać syna do szkoły co chwilę pokrzykując: – Kuba! Szybciej już dwadzieścia po siódmej! – po czym wracam do rozmowy z mamą i tak co parę zdań, co kilka minut znowu… – Mamuś sekunda – kieruję głowę w przeciwnym kierunku i wrzeszczę: – Kuba za piętnaście! Znowu się spóźnisz… – a ten ze stoickim spokojem rusza się jak mucha w smole. W zasadzie po co ja się tak wściekam i naciągam, codziennie to samo. – Mamo ja nie wiem po kim to dziecko takie wyluzowane, przysięgam osiwieję do reszty. Fajny, grzeczny chłopak, ale ten jego spokój i czas który ma na wszystko do grobu mnie wpędzi. – Córciu twój tatuś się nigdy nie śpieszył. – No tak to cały Stasinek- westchnełam i uśmiechnełam się sama do siebie. – Kuuuuubaaa ! ósma! Wychodź!- syn niewzruszony, powoli niespiesznie wyszedł z domu. Odetchnełam z ulgą. – Mamo i tak wygląda każdy poranek….Przepraszam, że musiałaś tego słuchać. -Córciu, a teraz jak już wyszedł do szkoły to powiem ci coś w sekrecie. – Co? – Jest identyczny jak ty! – szelmowski uśmiech mojej mamy dał się usłyszeć przez ocean. – Jak ja? Ja się nie spózniałam! – Dziecko o czym ty mówisz, zawsze miałaś czas. Jak poszłaś do szkoły przyjechała moja mama z dziadkiem Edmundem, żeby mi pomóc. Dziadek prowadzał cię do szkoły. – Pamiętam! – Biedny czasem trzy razy wracał po ciebie na drugie piętro, a ty nie byłaś gotowa do szkoły. Mało tego – potrafiłaś spojrzeć na niego i powiedzieć: – Dziadziu o matko na śmierć zapomiałam, zadanie z religii trzeba zrobić! Ty zrób, a ja się idę do toalety. Wręczałaś mu do ręki zeszyt i piórnik i znikałaś w łazience. Dziadek na klęczkach w przedpokoju na skrzyni na odkurzacz odrabiał zadanie. Co tam trzeba? – pytał. – Dziś tylko coś narysuj! – Naprawdę? – Tak. I co biedak miał począć, rysował. Miał do ciebie świętą cierpliwość i wielkie serce. Babcia się śmiała, że ma rozum tej samej wielkości co ty i dlatego się rozumiecie. Uwielbiałaś go. – Mamo pamiętam, był cudownym dziadkiem. Kurcze podziwiam Go bardzo, bo przecież, nie byłyśmy jego biologicznymi wnuczkami, a dał na m tyle serca i ciepła. – Kochana to wszystko prawda, do ciebie zwłaszcza miał cierpliwość. Prowadzał cię codziennie do szkoły, spełniając wszystkie kaprysy. Babcia pakowała ci do tornistra kanapki i herbatę w bidonie. Dziadek zabierał cię do parku przed szkołą. – Pamiętam, że kiedyś wypożyczył mi hulajnogę, a ja byłam mała, gruba i wywrotna, łajzowata do bólu. Więc pamiętam tyle, że wywróciłam się, rajstopy podarte, kolano zakrwawione… i taka brudna powędrowałam do szkoły. Zawsze po drodze w kwiaciarni dziadek kupował mi czekoladę rodem z za niemieckiej granicy. Takie były czasy, że frykasy kupowało się w kwiaciarni. Ta kwiaciarnia to była magiczna, gumy do żucia, czekolady i orzeszki w karmelu. Do dziś pamiętam jak tam pachniało. W sklepie „pod kominem” oranżada w woreczku, a czasem bywały i lody z Hortexu. Dziadek dawał się namówić na moje różne szalone pomysły, wdrapywaliśmy się pod górkę w drodze do szkoły. Nie raz wrócił do domu cały brudny, spodnie zielone od trawy. Babcia się wściekała, a On nie potrafił dziecku odmówić. Pięknie rysował, malował obrazy i znał francuski. Na jednych wakacjach uczył mnie francuskiego, do dziś pamiętam tylko kilka wersów wiersza i piosenkę: „Panie Janie” w wersji francuskiej. Moja szefowa śpiewa ją dzieciom po francusku właśnie, a ja wtedy mam przed oczami dziadka Edmunda. Szaleństwom w domu nie było końca od rana do wieczora, piski i krzyki. Dziadek wymyślał takie zabawy, że Matko Boska. Był szalony i beztroski. Dziś z perspektytwy czasu wiem, że miałam cudownego dziadka. – Dziecko, miał pomysły, oj miał. Z tobą w duecie to już byliście niebezpieczni. Nie umiał ci powiedzieć nie, a ty byłaś okropna. Do szkoły zawsze przychodziłaś spózniona ewentualnie równo z panią. Nigdy jednak nie przepuszczałaś pani w drzwiach, tłumaczyłaś to pośpiechem. Byłaś przekonana, że jak wejdziesz przed panią to tak jak byś przyszła na czas. W praktyce wyglądało to tak, że pani stała przed klasą rozmawiając z jakimś rodzicem, już było po dzwonku, przychodzi Jola i zamiast przepraszam to walisz do klasy przed panią. Nigdy, przenigdy nie odpowiedziałaś „jestem” kiedy pani czytała listę obecności. Miałaś czwarty czy piąty numer w dzienniku i kiedy były wyczytywane nazwiska ty byłaś zajęta rozpakowywaniem plecaka i rozkładaniem bufetu. Babcia pakowała ci śniadanie i herbatkę w bidonie. Dziadek dokupował smakołyki. Ty w pierwszej kolejności rozkładałaś serwetkę, potem wyjmowałaś bidonik… – O tak, dokładnie i od razu musiałam się napić herbatki. Dopiero jak to wszystko wyjęłam i rozłożyłam to był czas na wyjęcie książek i zeszytów. – Dziecko, co ja się wstydu na wywiadówkach najadłam. – Mamo, a ja tak dlatego, że ta serwetka była wykrochmalona, wyprasowana i nie chciałam jej pomiąć, więc rozkładałam. Miałam siedem lat, babcia osoba dorosła pakowała mi ten cały ekwipunek do szkoły. – Tak, a potem ja słuchałam na wywiadówce, że Jola jak zawsze bufet rozkłada. W sumie byłaś grzeczna ciągle były tylko dwie uwagi – bufet i brzydkie pismo, zeszyty pomazane. Jak ty bazgrałaś tą lewą ręką, rozmazując przy okazji wszystko co wcześniej napisałaś. Długopisy były jakie były… – Pamiętam mamo, tak bardzo chciałam mieć ładne zeszyty i pisać okrągłe literki. Boże, jak ja się starałam to tylko ja wiem, a tu nic, wszystko zamazane, ręka wiecznie brudna z długopisu i te literki zamiast okrągłe jak u koleżanek w zeszytach to takie kulfony mi ciągle wychodziły. Potem marzyłam o piórze. Tato w pracy dostał pióro, chińskie zielone. Obiekt moich westchnień, prosiłam żeby mi je dał. Było takie magiczne, cudowne, luksusowe i kolorowe w tym jakże szaroburym wtedy kraju. Tato obiecał, że da jak będę ładnie pisała. Nie wiem jak to zrobiłam, ale chęć posiadania pióra była tak silna, że nauczyłam się jakoś tak układać dłoń pisząc piórem, że nic nie zamażę. Literki pisane piórem są zdecydowanie okrąglejsze. Długie lata pisałam nim, używając zielonego atramentu. Nie wiem co się z nim stało, ale chętnie kupiłabym takie ponownie. To było moje najlepsze pióro. Słabość do piór mam do dziś, mam cały piórnik piór wiecznych, kulkowych i długopisów dobrych marek. W myśl zasady każdy ma swojego bzika mam i ja. – Za to twoja siostra była punktualna do bólu od dzieciństwa. Godzinę przed czasem, stała gotowa do wyjścia i tupała nogami, że już czas bo się spóznimy. Dwie dziewczynki i zupełne przeciwieństwo. Szło zwariować jedna poganiała, a druga miała czas… Że ja nie wylądowałam w psychiatryku to cud. Nie wiem co gorsze czy ta spóznialska czy ta perfekcyjna. Ty zawsze kombinowałaś, a to dziadek odrobił za ciebie zadanie, a to tatuś napisał wypracowanie z polskiego, to z siostry starych zeszytów odpisałaś, to kuzyn Robciu zrobił za ciebie matematykę. Cicha, spokojna, ale swoje zrobiłaś. Na wagary pierwszy raz poszłaś w drugiej klasie podstawówki. – Pamiętam jak dziś, z Robciem do waflarni i po drodze spotkałam moją nauczycielkę, jeszcze się jej ukłoniłam. Pani od muzyki, ta sama której powiedziałam, że Chopina ze mnie nie zrobi….ha,ha,ha. Nuty to była chyba najtrudniejsza bariera do pokonania w mojej całej edukacji. Nie do nauczenia i słuchu nie mam za grosz, głosu tym bardziej. Pośpiewać lubię, w pracy dzieciom mogę tylko do czasu niestety jak podrastają to mówią: – Jola nie śpiewaj… Wracając do dziadka pamiętam jak uczył nas grać w szachy. – Uczył was uczył, ale on sam był trochę jak dziecko, musiał wygrywać. Kiedy zaczął z wami przegrwać szachy poszły w kąt. – Naprawdę? Ha, ha. Pamiętam długie godziny spędzone na grze w warcaby, chińczyka, bierki. Nigdy się człowiek nie nudził, dziadek zawsze coś wymyślił. Bawił się z nami w chowanego, łapanego w małym mieszkanku w bloku. Kiedyś po siostrę przyszły koleżanki, dziadek otworzył im drzwi zaprosił do środka po czym otwiera szafę i mówi: – Możesz już wyjść. Z szafy wyszła Madzia. Koleżanki były przerażone, że dziadek ją więził w szafie. Takie miał poczucie humoru. Raz babcia wysłała Go z wnuczką po ziemniaki do sklepu. Do sklepu właśnie rzucili czekolady, co zrobił dziadek? Za wszystkie pieniądze jakie miał kupił czekolady. Usiadł z wnuczką na trawniku, zjedli i wrócili do domu z pustymi rękami, ale za to pełni wrażeń. Wiedział, że czeka Go w domu awantura, bo wnuczkę niejadka nakarmił czekoladą. Ale czymże były krzyki babci w porównaniu do radości w oczach dziecka. Grał na mandolinie, na cymbałakach, pianina nie mieliśmy, ale pewnie też by zagrał. Mówił w trzech językach. Czasem opowiadał takie ciekawe historie mrożące krew w dziecięcych żyłach. Jak sobie przypomnę to aż mam ciarki, toż to zalatywało horrorem. Jak sięgnę pamięcia widzę starszego statecznego Pana. Wieku nie potrafię określić. Dziadek – to taki rodzaj wieku widziany oczami dziecka. Średniego wzrostu, krępej budowy ciała, włosy gęste, sztywne, proste jak druty, zaczesane na jeden bok z przewagą siwych, wąs też przyprószony siwizną. Twarz pucułowata, wielki nos na kórym spokojnie spoczywały okulary do czytania, kiedy coś do nas mówił, zdejmował okulary i wtedy ukazywały się Jego malutkie niebieskie oczy. Takie jak u krecika. Śmiejące oczy, była w nich dziecięca radość. Kiedy pojawiał się jakiś durny pomysł w naszych głowach a dziadek podłapał to jego oczy płoneły takim własnie młodzieńczym blaskiem, pojawiały się w nich iskierki. Zawsze nosił spodnie w kant, koszulę z podwiniętymi rękawami i szelki. Tak szelki były obowiązkowe. Zimową porą zawsze miał kamizelkę. Takiego dziadka pamiętam. Był prawdziwym dziadkiem z wielkim serduchem dla nieswoich wnuków. To jest niesamowite, dał nam tyle radości i miłości. Dla mnie to był mój prawdziwy dziadek, najprawdziwszy na świecie. Nieważne, że nie płyneła w nas ta sama krew, płyneła w nas ta sama radość z bycia ze sobą, a to chyba najważniejsze. Niejeden biologiczny dziadek nie daje wnukom ani jednej setnej tego co nam dał mąż babci. Zawsze traktowałam Go jak dziadka, bo odkąd sięgam pamięcią to był. Babcia miała z Nim wspaniałe życie, cudowną starość…