Dzień dobry gazeto!

f2

Wymaga pewnej odwagi w czasach dzisiejszych zakładanie nowej gazety (nawet jeśli to tygodnik lub dwutygodnik). Potężne finansowe korporacje prasowe na ogół je zamykają dziś. Ciągle szuka się „nowej formuły” mediów drukowanych, które przechodzą bezustanny kryzys. Zmniejszanie objętości by zmniejszyć koszty odbija się zmniejszaniem każdego tekstu: zamiast publicystyki, gdzie temat można rozwinąć – felietonistyka, a potem zamiast felietonu – 5-6 zdań w kąciku Redakcji.  Kilka przedruków tu i tam znanych autorów (czasem i tekstów już znanych) no i zdjęcia, zdjęcia gdzie tylko można, bo na oglądanie zdjęć czytelnik nie musi tracić czasu. Ani się wysilać. Zresztą czytelnik nie jest „panem sytuacji”, bo to nie on, czy ona decyduje o finansowym krachu lub ratunku gazety. Decydują o tym sponsorzy (instytucjonalni, prywatni) i reklamy. Ale ci z kolei, wymagają pewnej popularności pisma – wszak jeśli nikt nie czyta, to i reklamować sensu nie ma, bo reklama dojdzie tylko do czytelnika, który jednak gazetę weźmie do ręki. I tak koło się zamyka.

Jedynym jako takim jeszcze ratunkiem jest znalezienie formuły lokalności, tzn. służenia bardzo konkretnemu środowisku, które ze względu na swoją specyfikę niezbyt (na ogół w ogóle) interesuje nielicznych masowych potentatów medialnych. Takim środowiskiem bez wątpienia jest polska grupa etniczna w Kolumbii Brytyjskiej, zwłaszcza w Wielkim Vancouverze.  Od dobrych już dziesięcioleci próbowano i próbuje się dalej więc jakieś formy lokalnej informacji prasowej tu mieć i zachować. Wiele z tych prób przetrwało sporo lat, co świadczy, że mimo wszystkich – autentycznych i nie wydumanych – zagrożeń, które wymieniłem w skrócie powyżej, jest jednak generalnie na lokalną prasę polskojęzyczną zapotrzebowanie. Nawet na więcej niż jeden tytuł. Choć, przyznać muszę szczerze iż uważam to za marnotrawstwo wysiłku i pieniądza. Wszak jeśli redakcje nie prowadzą bezsensownych wojenek redakcyjnych miedzy sobą, a jakoś tam utrzymać się na powierzchni mogą – cóż nam do tego? Osobiście i prywatnie dodałbym, że mimo to dodatkowym atutem jest być po trosze wariatuńciem, by się tej pracy podjąć, ale to już inna para kaloszy… .

Witamy więc nowy tytuł i życzymy powodzenia. Ze swej strony, mam nadzieję, oferujemy wyrozumiałość. Bo tylko ci, którzy z tematem mieli autentyczny związek (a tematem jest – jeśli ktoś do tej pory tego nie odczytał – karkołomność decyzji wydawania gazety) wiedzą, jak bardzo trudne to wyzwanie. Reklamy to inny, finansowo-gospodarczy temat i zajęcie. Głównym jest mimo wszystko próba robienia tego, co legło u początku wydawania jakiejkolwiek gazety: informacja lokalna i mimo wszystko troszkę wyważonego komentarza, opisu, relacji z życia środowiska. Pamiętanie, że „ważni”, a nawet „hojni” (hojność to zaiste bardzo względne pojęcie w naszym środowisku, LOL) nie tworzą, wbrew pozorom, większości w Polonii. Polonia, choć posiadająca szereg organizacji, podobnie, jak w Polsce (czy jakimkolwiek innym kraju) nie należy w swej większości do partii lub organizacji. Owszem, lubi i poprze mądre lub ciekawe wydarzenia – ale, jako widz, a nie uczestnik. To nie krytyka. To opis rzeczywistości – i chyba zdrowej.

W pierwszym numerze Redaktor Naczelny w edytorialu napisał, że „będziemy stronić od polityki, zwłaszcza w polskim wydaniu”. Rozumiem ostrożność i nie dziwię się, ha ha ha. Aliści, ze zmrużonym okiem podszepnę: każda działalność publiczna to polityka. Polityka to nie tylko partie polityczne. Kiedyś nie było to słowo brzydkie, dziś – przez samych polityków – obrzydzono je nam. Ale nie dajmy się zwariować. I nie bójmy się czasem głośno własnej opinii zaprezentować. Byle mądrze i bez obrażania innych. I nie bójmy się krytyki – natomiast, jak ognia unikajmy krytykanctwa.

„Głosowi Polonii” życzę sukcesów i wieloletniej pracy;  piszącym – nowego forum do publikacji; Czytelnikowi – najważniejszemu elementowi tego przedsięwzięcia – ciekawych spotkań z pismem, pożytecznych informacji i mądrej wymianie opinii.

Bogumił Pacak-Gamalski