Enklawy mieszkaniowego luksusu

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Elita PRL-u miała swoje wydzielone dzielnice, domy i mieszkania, a ludzie dobrze sytuowani, ale do elity się nie zaliczający, mieszkali zazwyczaj w domkach jednorodzinnych o bryle sześcianu, bo na tyle pozwalały przepisy. Dziś te klocki nadal są widoczne w pejzażu polskich miast, bo mimo chronicznego w PRL-u braku materiałów budowlanych ludzie sobie jednak jakoś radzili i dość sporo ich zbudowano. Na ten sznyt sprzed ponad 30 lat patrzy się dziś bez emocji, co najwyżej ze zdziwieniem, że coś takiego, co „brzydkie, a stoi”, mogło być przedmiotem ekscytacji i zazdrości. No, ale takie mieliśmy czasy.

Po 1989 roku dla ludzi, którzy szybko dorobili się pieniędzy, jednym z najważniejszych obiektów pożądania był własny dom. Budował każdy, kto zdobył trochę grosza, a jeśli nie wystarczało, brało się kredyt. Dominowała architektura dworkowa i dworki naśladująca, czyli parter i mieszkalne poddasze. Pełno dziś domów zbudowanych w tym stylu. Potem zaczęły powstawać rezydencje, jednak dziś dla finansowej polskiej elity rezydencja, i owszem, jest do zaakceptowania, ale najnowszy trend to apartament lub studio w luksusowym apartamentowcu. Trawestując powiedzenie jednego z polityków „no bo jeśli ktoś ma pieniądze, to niech inni widzą, że je ma”.

Boom na apartamentowce rodził się w Polsce powoli. Nawet wtedy, gdy według projektu światowej sławy architekta Daniela Libeskinda wybudowano oryginalny i górujący nad Warszawą najwyższy w Unii Europejskiej budynek mieszkalny pod nęcącym adresem Złota 44, nie było tak, jak się marzyło inwestorem, że wszystkie apartamenty i studia zostaną sprzedane na pniu. Ale kiedy w Złotej 44 postanowił pomieszkiwać podczas przerwy w kopaniu piłki w Monachium Robert Lewandowski, zrobił się ruch. Któżby nie chciałby mieć za sąsiada piłkarskiego gwiazdora. Coraz szybciej zaczęły się też zaludniać inne apartamentowce i to nie tylko w stolicy, także w innych dużych polskich miastach.

Najnowsze badania przeprowadzone wśród bogatych Polaków przez firmy zajmujące się sprzedażą drogich mieszkań, apartamentów i rezydencji wskazują na odmienne niż jeszcze 10 lat temu preferencje zasobnych klientów. Aż 54% z nich zamiast domów pod miastem, czy w większej odległości od nich, wybrałoby apartamenty, tylko 33% stawia na pierwszym miejscu rezydencje, a zaledwie 10% przedkłada nade wszystko zabytkowe dwory, pałace, czy kamienice.

Ten rynek „mieszkalnictwa”, jak byśmy powiedzieli posługując się terminologią z czasów PRL-u, jest jednak zarezerwowany dla ludzi, którym kieszeń spuchła od upychanych w niej pieniędzy. Bo jeśli w budownictwie powszechnym metr kwadratowy jako takiego mieszkania zaczyna się od 4,5 tys. zł, to do apartamentowca nie ma nawet po co wchodzić, jeśli nie ma się do wydania od 11,5 tys. zł w górę za metr powierzchni. Przy czym to „od 11,5 tys. w górę” dotyczy Krakowa czy Poznania, bo w Warszawie minimalna cena metra kwadratowego w apartamentowcach określanych jako klasa premium czy luks, zaczyna się od 14,7 tys. zł.

W apartamentowcu Złota 44 to „od” zaczyna się akurat od 24 tys. zł do 40 tys. zł za metr kw. w lokalu „all inclusive”. Wszystko zależy od lokalizacji w budynku, wielkości, układu i standardu wykończenia. Apartamenty na Złotej 44 mają powierzchnie od „kameralnych” 62 m kw. Największe wzięcie mają lokale o powierzchni od 90 do 120 m kw., ale w ofercie są też większe (od 140 do 240 m kw.) a na specjalne życzenie (i urządzane wedle kaprysu klienta) do 250 m kw. wzwyż, w tym kilka o powierzchni nawet 1000 m kw. Najatrakcyjniejszy jest ponoć penthouse o powierzchni 400 m kw., położony na trzech najwyższych piętrach. Zasiedlą go z pewnością lokatorzy pozbawieni lęku wysokości, bo ogląda się z niego stolicę mając pod sobą przepaść sięgająca 192 metrów.

Warszawa ma jeszcze kilka luksusowych apartamentowców, z Cosmopolitanem, zaprojektowanym przez Helmuta Jahna, który wśród swoich architektonicznych dokonań ma m.in. siedzibę Unii Europejskiej w Brukseli. Cosmopolitan ma 44 piętra pnące się na wysokość 160 m, a wewnątrz 236 apartamentów od 54 do 700 m kw. Oczywiście kompletnie wykończonych i wyposażonych.

Luksusową wizytówką Krakowa jest natomiast Angel Wawel, apartamentowiec u zbiegu Koletek i Sukienniczej. Jego specyfiką jest to, że znajduje się w byłych obiektach klasztornych sióstr koletek. Został oczywiście wewnątrz przebudowany, do starej siedziby dobudowano zaś liczący pięć pięter budynek, a w całości pomieszczono 223 apartamenty, z których najdroższym (22 mln zł) jest apartament królewski, mający 700 m kw. powierzchni i znajdujący się w byłej kaplicy.

Najwyższym budynkiem Wrocławia jest apartamentowiec Sky Tower, ale równie duże, o ile nawet nie większe wzięcie, ma zlokalizowany w starym centrum miasta 9-kondygnacyjny apartamentowiec OVO w kształcie kropli wody. W Sky Tower znajdują się lokale o powierzchni od 50 do 227 m kw. a ceny zaczynają się od 15 tys. zł za metr kw. Wizytówką Gdyni jest natomiast widoczny doskonale na przykład z Helu Sea Towers posadowiony tuż nad wodą, na terenie byłych obiektów portowych. Pierwsza z wież tego apartamentowca ma 36 kondygnacji, druga 29. Trzypokojowy apartament mający 112 m kw. kosztuje tam oko. 1,4 mln zł.

Te oazy luksusu znajdują się w kraju, którego 54% mieszkańców przyznaje, że żyje z ołówkiem w ręku, by spiąć budżet od pierwszego do pierwszego, a wielkość powierzchni mieszkalnej na osobę wynosi ok. 27 m kw. Pod tym względem gorsze od Polski są tylko Rumunia i Bułgaria. Przeciętna 27 m kw. na osobę może się wydawać duża, ale pamiętajmy, że jest to przeciętna, średnia. Zdecydowana większość Polaków ma do dyspozycji powierzchnię mieszkalną co najmniej o połowę mniejszą, a sytuacja, gdy każda osoba w rodzinie ma dyspozycji swój pokój nadal jest w kraju luksusem.

Marek Kober