Exposé premiera czyli znowu gruszki na wierzbie

admin-ajax

We wtorek, 19 listopada, Mateusz Morawiecki, nowy stary premier polskiego rządu wygłosił exposé, czyli przedstawił plany swojej ekipy na nadchodzące lata. Część sali zasiedlona przez posłów PiS i część galerii dla publiczności zajęta przez pracowników różnych ministerstw, robiła premierowi klakę od czasu do czasu przerywając jego wystąpienie entuzjastycznymi oklaskami. Posłowie pozostałej części sali słuchali premiera bez entuzjazmu, ale za to z uwagą. Na jednych twarzach widać było zdumienie, na innych zdziwienie, a na jeszcze innych rozbawienie. W najważniejszym swoim wystąpieniu Mateusz Morawiecki nie wyszedł bowiem z roli, w którą wstąpił przed kilku laty z rozmysłem i dobrowolnie. To rola kłamcy. We wtorkowym exposé doszło do tego jeszcze samochwalstwo.

Morawiecki mówił bowiem, że pod rządami PiS (został premierem jako bezpartyjny, ale kilka miesięcy temu wstąpił w szeregi PiS) Polska stała się krajem dobrobytu. W tym przypadku pomylił słowa. Pod rządami PiS Polska stała się krajem rozdawnictwa publicznych pieniędzy, by kupić sobie głosy wyborców. To kupczenie nazywa się „transferami socjalnymi”.

Pieniądze, które dla skarbu państwa zarobił poprzedni rząd PO-PSL, dla przypodobania się suwerenowi PiS rzeczywiście rozdał Polakom w ramach programu 500+ i na tak zwaną „trzynastą emeryturę”. Podstawowe pytanie – ile dla budżetu państwa zarobił rząd PiS – pozostaje bez odpowiedzi. Ale po 4 latach rządów Morawiecki wie już, że pieniądze zarobione przez poprzedników się skończyły, na świecie zaś zaczyna się spowolnienie gospodarcze, które widoczne staje się także w Polsce, a w związku z tym wpływy do budżetu spadną i to znacząco. Jedynym według jego ekipy sposobem na zwiększenie wpływów dla skarbu państwa jest podwyższanie podatków, ale o tym w wystąpieniu nie mówił. Nie mówił, bo to temat drażliwy, ale wzrost różnego rodzaju danin dla państwa ukrytych pod różnymi postaciami „składek” jest na porządku dziennym. Jednak najgorsze Polaków dopiero czeka.

Nieodzowny jest bowiem wzrost cen energii elektrycznej oraz paliw – gazu, ropy naftowej i jej pochodnych. Co prawda premier odżegnywał się w swoim wystąpieniu od podwyżek, ale są one nieuchronne. Zapowiedział natomiast wzrost akcyzy (czyli de facto podatku) na używki, czyli alkohole i wyroby tytoniowe. Zaanonsował to obłudnie jako dbałość o zapobieganie chorobie alkoholowej i nowotworom płuc. Faktem jest, że Polacy wypili w ub. roku 11 litrów czystego alkoholu na głowę, czyli dwa razy więcej niż za komuny. Zastraszająco, mimo bardzo wysokich cen, wzrasta nałóg tytoniowy, który coraz szerzej obejmuje młodzież. Aby temu przeciwdziałać potrzebne są edukacja i profilaktyka, ale na to trzeba pieniądze z budżetu wydawać, natomiast podwyżka cen zapewni nie ich wydatek lecz przypływ. W takim działaniu obłuda jest aż nadto widoczna.

Na twarzach wielu posłów opozycji widać było wspomniane już rozbawienie, ponieważ Morawiecki obiecywał wiele rzeczy, które obiecywał także, gdy w grudniu dwa lata temu po raz pierwszy obejmował urząd premiera. I ani jednej z nich nie zrealizował. Miało być sto tysięcy mieszkań, a w ramach programu Mieszkania + wybudowano ich raptem osiemset. Mimo to Morawiecki chwalił się liczbą oddanych za jego kadencji mieszkań, jednak ani słowem nie wspomniał, że wybudowali je prywatni deweloperzy z pieniędzy swoich i z bankowych kredytów. Właścicielami stawali się zaś ludzie, którzy zaciągali na kupno tych mieszkań obciążające ich na dziesiątki lat kredyty hipoteczne.

Morawiecki niewiele mówił o przeszłości, a jeśli już mówił, to Polacy ze zdziwieniem dowiadywali się, że za jego rządów nastąpiła zdecydowana poprawa na przykład w… służbie zdrowia i edukacji. Nie wspomniał, że w ciągu ostatnich bodajże dwóch lat zamknięto ponad 60 szpitali, a reforma oświaty dokonana przez jego byłą minister Annę Zalewską (dziś na lukratywnej zsyłce do europarlamentu) jest nazywana i tak też przejdzie do historii, jako deforma. Zakłamywanie rzeczywistości staje się znakiem rozpoznawczym polskiego premiera.

Dwa lata temu, namaszczony przez Kaczyńskiego na premiera, mówił Morawiecki, że do 2025 r. zostanie w Polsce wyprodukowanych milion samochodów elektrycznych. Do dziś nie wyprodukowano ani jednego i nic nie zapowiada, że jakieś będą w Polsce powstawać. We wtorek premier mówił też, że swoimi działaniami rząd PiS wyrwał ze skrajnego ubóstwa polskie rodziny, co okazuje się nieprawdą nawet według statystyk GUS, który jest teraz całkowicie podporządkowany rządzącej partii. W 2017 r. 4,3 proc. Polaków żyło na poziomie minimum egzystencji, pod koniec 2018 r. objęła ona już 5,4 mieszkańców kraju.

W rankingu znanej i prestiżowej firmy Doing Business, która zajmuje się oceną poszczególnych krajów pod kątem ich atrakcyjności dla inwestorów, Polska spadła z 33. na 40. miejsce, ale Morawiecki powołał się na szerzej nieznaną firmę doradczą Conway Analytics, która umieściła kraj na 5. pozycji. Pan premier powiedział również, że stopa inwestycji wzrośnie z 20 do 25 proc. wartości polskiego PKB, ale zapomniał dodać, że w okresie jego rządów spadła do 18 proc. i pod tym względem kraj jest w ogonie Europy. O przeszłości zapomniał też, gdy mówił, że polska „energetyka się zazieleni”, czyli że rząd będzie rozwijał energetykę odnawialną. Do tej pory zarówno jego rząd, jak też rząd jego poprzedniczki, Beaty Szydło, wprowadził w życie ustawy, które wręcz zaorały rozwój polskiej energetyki odnawialnej. Gdy zapowiedział, że rząd odbuduje 9 milionów kilometrów torów linii kolejowych we wsiach i małych miasteczkach, poseł Koalicji Obywatelskiej, Maciej Lasek, szybko przeliczył i ironizował: „W tej kadencji? To nieco ponad 6164 metry dziennie. Mają rozmach”.

Gdy Morawiecki powiedział, że Polska zwiększa swoją rolę w Europie, posłowie opozycji zaczęli się śmiać. Wiadomo bowiem, że jest wręcz odwrotnie, że właśnie PiS zdewastował polską politykę zagraniczną i silną pozycje kraju na arenie międzynarodowej, a w Europie szczególnie.

I tak jest z każdą dziedziną, o której mówił Morawiecki – rzeczywistość całkowicie nie przystaje do słów i obiecanek premiera.

Adrian Zandberg, który wyrasta na lidera polskiej lewicy, zabierając głos powiedział: – Pana przechwałki brzmią tu jak jakiś żart. W podobnym tonie wypowiadali się również posłowie innych partii opozycyjnych. Marek Sawicki z PSL exposé premiera skwitował jednym krótkim zdaniem: Opowieści z Narnii, żadnych konkretów.

Po Morawieckim na mównicę wszedł Kaczyński, który powiedział m.in. o konieczności współpracy opozycji z rządem. Po nim głos miał zabrać Grzegorz Schetyna, więc po swoim wystąpieniu Kaczyński wyszedł ostentacyjnie z sali, czym dał jasno do zrozumienia, jak wyobraża sobie współpracę z opozycją.

A sprawa jest poważna. Jej istotę nakreślił dzień po exposé premiera profesor Jerzy Hausner, ekonomista. Powiedział otóż, że w wystąpieniu Morawieckiego nie było ani słowa o tym, jakie ten rząd podejmie działania, by się przygotować na spowolnienie gospodarcze. Jest ono widoczne na świecie, w Europie i także w Polsce, bo na przykład prognozy wzrostu polskiego PKB już zostały skorygowane o 1 proc. w dół. Profesor Jerzy Hausner przypomniał, że podczas prezentacji tego rządu Kaczyński powiedział, iż jest to rząd, który ma sobie poradzić z nadchodzącym spowolnieniem gospodarczym.

Wychodzi więc na to, że skoro premier nic nie powiedział na ten temat w swoim najważniejszym wystąpieniu, to znaczy, że nie ma zielonego pojęcia, jak się na to spowolnienie przygotować i co zrobić, by polska gospodarka jak najmniej dotkliwie odczuła jego skutki. Obiecywanie gruszek na wierzbie niczemu nie zaradzi.

Krzysztof Pipała, redaktor naczelny Głosu Polonii