Fejsbukowy lans

lady-bunia

OPOWIEŚCI LADY BUNII. Chcąc nie chcąc kilka lat temu zaczęłam intensywnie uczestniczyć w wirtualnym świecie. Nigdy przenigdy bym pewnie nie zdecydowała się na ten krok. Zmusiła mnie sytuacja życiowa, szybki i łatwy kontakt z dzieckiem. Następny krok, a właściwie pełne zanurzenie zaliczyłam na emigracji. Moje życie zmieniło się diametralnie. Nowa rzeczywistość, brak telewizji, gazet, facebook okazał się jedynym oknem na świat. Przez to okno mogłam zaglądać do znajomych i przyjaciół pozostawionych z drugiej strony oceanu. Poznałam też wiele osób przez fb. Grupy „naszych” na emigracji działają bardzo prężnie. Tysiące polskich kobiet w jednym miejscu, setki informacji, czasami całkiem przydatnych. Byłam pod wrażeniem i z rozpędu na pierwszej z grup poznałam wspaniałą koleżankę Basię. Pozdrawiam Cię Basiu serdecznie i obiecuję tutaj publicznie, że dojadę do Ciebie na tę kawę. To jak miłość od pierwszego wejrzenia. Rozumiemy się bez słów, wiem że o każdej porze mogę zadzwonić i liczyć na pomoc i wsparcie. Ponieważ ja tak czasem lubię przycupną

w kąciku i poobserwować, zamieniłam się w słuch na fejsbukowych grupach. Nie powiem na początku trochę się udzielałam w dyskusjach, zupełnie niepotrzebnie. Jest zwarta grupa kobiet, które należą do większości grup i tak sobie skaczą żeby komuś nawrzucać. Im bardziej głośne i ordynarne tym bardziej lubiane. Czasami mam wrażenie zbiorowego napięcia przedmiesiączkowego. Są grupy „chwalebne”, tam można się naoglądać dobrobytu i fotek mocno nasiąkniętych programami do obróbki zdjęć. Wiem, która czym jeździ tu jest istna wojna kto ma lepsza furę. Jak w niedzielę na sumie w Polsce, każdy musi się pokazać. Nie mam startu z moim starym poczciwym Fordem. Płaczą i płacą raty, ale się wożą. Ubrać też się nasze kobitki potrafią, dzięki temu wiem co jest modne. Buty koniecznie za setki dolarów, firmowe torebki. Na tych kobietach tysiące dolarów, nie wiem gdzie chadzają w tych swoich szpilkach ze sławetną czerwoną podeszwą. Prace też mają świetne, wszystkie kształcone. Czasami mam wrażenie, że ja jedna tę Amerykę sprzątam i zapierdzielam autobusem czy metrem. No, może nie jedna – ja i Basia. Reszta w chwilach wolnych leży na egzotycznych plażach lub jada w drogich restauracjach. Mężowie też mają ambitne prace albo własne firmy. Ponieważ cierpię na takie małe zaburzenie zwane dobrą pamięcią i kojarzeniem faktów, to jakoś tak składają mi się te strzępki dyskusji i opowieści w jedną całość. Okazuje się, że ta która wedle informacji z fb ma cudowne i bogate życie, bo przecież żyje tu już 20 lat, tak naprawdę ma tyle co na sobie i portfel pełen kart kredytowych do spłacenia. Widzę piękną kobietę z biustem za tysiące dolarów, ustami jak z czasopisma zawsze pięknie ubraną. W całym swoim życiu nie miałam tylu sukienek w ilu ona wystąpiła w ostatnich trzech miesiącach. Jedno jest smutne, że te piękne drogie kreacje trzyma w starej rozlatującej się szafie w wynajmowanej kawalerce. Wyglada jak milion dolarów i na tym się kończy jej bogactwo. Przykre jest to kiedy mąż adwokat okazuje się być malarzem pokojowym, a gromadka dzieci (przedstawiana na fb jako dowód wysokiego statusu społecznego) okazuje się zwyczajnymi wpadkami i za kulisami jest płacz i zgrzytanie zębów, bo ciężko tak dużą rodzinę utrzymać. Można też być gwiazdą, która nic nie robi, bo nie musi. Mąż cudowny, bogaty, który zabrania żonie pracować. Główne jej zajęcie to zakupy. Tony szmat i milion zdjęć w futrze, bez futra czy z pieskiem na Manhattanie. Mąż gotuje, sprząta i prasuje – a nuż k…a wszystkie będą zazdrościć. Nikt Zośki nie lubi za ten jej dobrobyt i cudnego chłopa. Do tego swój dom w bogatej dzielnicy, dwumiesięczne wczasy co roku. W realu Zośka na Florydzie co roku przez dwa miesiące zastępuje koleżankę na opiece. Na co dzień jest salową w szpitalu, mieszka u teściowej w jednym małym pokoiku z mężem i nastoletnią córką, ale na fb może być „panią”. Kobieta biznesu, prowadząca od lat potężną agencję, sprzątająca, chwaląca się ile to u niej się zarabia, okazuje się być oszustką. Ciagle się ogłasza, że da pracę, a w rzeczywistości oszukuje ludzi, sprzedając adresy. Płaci się jej tygodniówkę za świetną pracę i dostaje się adres. Następnego dnia okazuje się, że nikt pod tym adresem o niczym nie wie. Tak nabija się rodaczki w butelkę. Podziwiać można kreatywność tej kobiety, zmienia się treść ogłoszenia, nazwa firmy, ale numer telefonu zostaje ten sam. Nie wspomnę już o zdjęciach w pięknych apartamentach, bo przecież większość mieszka w najdroższych lokalizacjach Nowego Jorku. Właściwie mówią prawie prawdę, bo jak pracuje się w rezydencji przez cały tydzień od rana do wieczora, to prawie się mieszka. Ja sama łapię się na tym, że wiem czego brakuje w domu w którym pracuję, a nie pamiętam czego brakuje u nas w domu. Po co komu taki lans? Nie mam pojęcia. To jakieś leczenie kompleksów. Przyjaźnią się te kobietki na poziomie szkoły podstawowej, jak się obrażą to następuje publiczne pranie brudów i zastraszanie. Wtedy na fejsbukowej grupie wyciąga się wszystkie sekrety. Kto z kim śpi, ile zarabia, ile ma długów. Dochodzi nawet do szantaży. Wiem czyje dziecko chodzi w osranym pampersie, bo matka zajęta jest drinkowaniem z koleżanką. To zjawisko jest przerażające. O ile plotki były od zawsze to jednak z ust do ust przekazanie czegoś po złości, a wytrąbienie tego na fejsbukowej grupie to różnica. Jestem bardzo nudna dla tej śmietanki towarzyskiej z kilku powodów. Nie mam butów z czerwoną podeszwą, bo by mnie nie udzwignęły. Nie mam sztucznych cycków, bo natura obdarzyła mnie dużym biustem. Moje najbardziej wypasione wakacje to dwa tygodnie w Polsce. Jeżdzę starym poczciwym fordem. Jestem gruba, a co za tym idzie moda jeszcze nie dogoniła mojej tuszy. Nie jadam w restauracjach, jestem garkotłukiem i gotuję sama. Mój syn chodzi do zwykłej szkoły. Jestem pomocą domową, a nie panią z biura z przeszklonymi ścianami. Z pracy nie mam widoku na Central Park, tylko na park w którym jest codziennie głośno i radośnie. Nie mam kilkunastu kart kredytowych. Mój mąż nie gotuje nic z wyjątkiem kaszy gryczanej, za którą nie przepadam. Moja rodzina też zwyczajna, lubi w niedzielę schabowego z mizerią, a nie jakieś wyszukane dania z restauracji. Ojciec mój, nudny kanapowiec z książką w dłoni. Matka klasyczna teściowa. Całe szczęście choć ona jest atrakcyjna przez moment kiedy całkiem niechcący dowali zięciowi. Lans na fejsbuku nie dla nas, więc zostanę w tym swoim kąciku w roli obserwatora…