Ferie zimowe

lady-bunia

OPOWIEŚCI LADY BUNII. Połowa lat osiemdziesiątych, to czas moich pierwszych klas szkoły podstawowej. Byłam w trzeciej klasie kiedy pojechałam na zimowisko. Co to były za emocje. Jedziemy pod Wadowice, wyjazd organizowany przez taty zakład pracy czyli Wojsko Polskie. Pamiętam podróż pociągiem do Krakowa, tam przesiadka na autobus, jedno dziecko zgubione po drodze. Znalazło, a raczej znalazła się, poszła na cygara do toalety na dworcu -jedenastolatka. Konsekwencje ponieśliśmy wszyscy, bo autobus nie poczekał. Zapowiadało się ciekawie. Spóźnieni, zmarznięci, zmęczeni i niegrzeczni dotarliśmy na miejsce. Mama spakowała nam walizki perfekcyjnie, jak to nasza mama, wszystko zawsze dopięte na ostatni guzik. Nasza mama na tle innych mam wypadała super, zaradna, wysportowana, młoda, zgrabna – torpeda! Tylko takie perfekcyjne i nadopiekuńcze matki wychowują lekko niedorobione dzieci. To do mnie dotarło dopiero na zimowisku, kiedy się okazało, że moi rówieśnicy to jacyś bardziej rozgarnięci. Jak poszłam się kapać to zapomniałam ręcznika albo mydła. Prałam skarpety, ale nie wiedziałam, że należy wypłukać. Pamiętam jak dziś – zimowisko było w szkole. Tak wtedy było, że sale lekcyjne przerabiano choć to może za duże słowo. Z sal lekcyjnych wynoszono ławki, a wstawiano łóżko polowe i nakastliki metalowe (takie jak w szpitalu). W jednej sali spała cała grupa około 20 dzieci. Pamiętam, że w mojej sali były dziewczyny z ósmej klasy. Były szalone, pyskate i najmądrzejsze, no i nas przeganiały z kąta w kąt. Tak bardzo nie przypadły mi do gustu, że zaraz napisałam do rodziców kartkę z ferii: „Kochani rodzice! Jestem na zimowisku i są u nas w sali wścibski babsztyli. Pozdrawiam Jola.” Do dziś u rodziców w pamiątkach leży ta kartka. Ubaw mieli po pachy. Dziś to dzieci jak jadą na ferie to noclegi w hotelach, restauracje, cateringi, narty, bajery. My ulokowani w szkole, kilkaset dzieci. Zimy to wtedy były książkowe w Polsce, śnieg po kolana to była norma. Pierwszy dzień i wyjazd na sanki. Hurrra! Tyle że na okolicznych górkach śniegu było trochę więcej. Mnie sięgał do połowy uda. Wychowawcy wydali polecenie, poturlajcie się z górki to śnieg się ubije i będzie można zjeżdżać. Tak było, potem górka byle elegancko przygotowana, a że dzieci mokre, nikt się nie przejmował. Jednego razu to nawet zwiałam i odłączyłam się od grupy z kolegami. Wypatrzyliśmy bowiem, że miejscowi bawią się na górce obok. Jak to dzieci chcieli się bawić z nami, ale im nie pozwolono. Kto bardziej ciekawy poszedł za nimi. Ja oczywiście musiałam iść, bo zobaczyłam, że mają coś innego niż sanki. Dzieciaki zjeżdżały na workach z sianem. Poszłam jak w dym! O matko, do dziś pamietam jak się super zjeżdżało. Powroty z sanek były straszne. Wszystkie dzieciaki mokre do majtek. Jak to dzieci kurtki i spodnie narciarskie powiesiły niedbale w szatni. Nikt z dorosłych nie zwrócił uwagi, i kolejne trzy dni, nie mogliśmy się nigdzie ruszyć bo każdy miał mokre ciuchy. Na korytarzu były stoły do gry w piłkarzyki. Więc nikt się nie nudził, ktoś grał ktoś oglądał. Planszówka, guma, skakanka, gra w państwa-miasta, wszyscy mieli zajęcie. Nikt się nie nudził. Sporo dzieci chorowało, to takiego delikwenta łóżko lądowało w rogu sali, żeby nie zarażał, dostał jakaś tabletkę, syropek, herbatkę. Nauczyłam się robienia na szydełku, wycinanek z papieru, korale ze złotka po czekoladzie się robiło. Nasze dzieciństwo było niesamowicie kreatywne. Co roku w zimie jak odpowiednio spadła temperatura, a ta nie zawodziła na Podkarpaciu, na moim osiedlu było duże lodowisko. To był raj i rewia mody. Opanowałam jazdę na łyżwach, co nie było łatwe, bo uczyłam się na za dużych męskich do hokeja. Ja należałam do tych mało sprytnych, więc łatwo nie było. Cała w siniakach, katar po brodę, ale motywacja była silniejsza niż przeszkody natury technicznej. Więc kiedy już dostałam od kogoś w spadku białe figurówki, opanowałam jazdę do przodu i do tyłu i na zakładkę. Czułam się niczym gwiazda jazdy figurowej z TV. Marzeniem każdej nastolatki było móc wystąpić na lodowisku bez kurtki, w swetrze z golfem, z nausznikami zamiast czapki i w wielkich wełnianych rękawicach. Tak na filmach śmigali na lodowisku, na tle nowojorskiej choinki. Nikt z nas nie miał pojęcia, że to lodowisko to za oceanem mają sztuczne i zimę taka jak my jesień. Moja mama była surowa, więc dla mnie wystąpienie w samym sweterku pozostawało w sferze marzeń. A te dziewczyny w sweterkach miały największe powodzenie u chłopaków. Skazana byłam na brak powodzenia. O chorobach nikt z nas nie myślał, ale jedna przepłaciła lans zapaleniem płuc i poważnymi komplikacjami. Na lodowisku lans odbywał się w godzinach wieczornych. Miałam szczęście, dorastać w miejscu gdzie na końcu osiedla były górki. I to nie byle jakie. Żadne z moich dzieci w życiu nie jechało na sankach z takiej góry. Pod górkę z sankami wchodziło się dobre kilkanaście minut. Górki były różne, łagodne i długie, był wielbłąd z dwoma garbami . Na Wielbłądzie były dwie opcje z jednego garba zjeżdżało się fajnie, ale z dwóch to już była wyższa szkoła, bo było stromo i szybko, a wtedy po nabraniu prędkości z drugiego garba wyrzucało delikwenta z sankami w powietrze. To juz było dla starszych i mocno zaawansowanych. Z najdłuższej górki jechało się kilka minut. Pamiętam jak dziś miałam problemy z kierowaniem sankami, ciagle mi się myliło co robić żeby skręcić w lewo, a co żeby skręcić w prawo. Przy jednej pomyłce zaparkowałam na drewnianym słupku z drutem kolczastym. Dobrze, że oczu nie wybiłam, rozbiłam tylko nos. Poczułam ciepło i krew mnie zalała. Ale co tam, zaraz ktoś z dzieci mnie ratował, przyłożyli śnieg do nosa i przeszło. Dupsko zamarzało, spodnie sztywne. Idąc do domu na obiad należało się wysuszyć trochę przy kaloryferze na klatce schodowej, przynajmniej żeby odmrozić spodnie. Rano były sanki, a wieczorem lodowisko. Piękne czasy i piękne wspomnienia. Nie trzeba było się z nikim umawiać, nie dzwoniło się, bo nie było telefonów. Ale wiadomo było gdzie wszyscy są. Obawiam się, że naszych ferii dzisiejsze dzieci by nie przeżyły.

 

lady-bunia-500x333Jolanta Lipińska – lat 46, urodzona w Jarosławiu na Podkarpaciu, od pięciu lat na emigracji, zamieszkała w Nowym Jorku na Brooklynie. W Polsce pośredniczka w obrocie nieruchomościami. W USA sprzątaczka, niania, opiekunka osób starszych.

Jednym słowem Lady Bunia!