Gdzie jest mój dom?

lady-bunia

OPOWIEŚCI LADY BUNII. Nasza druga wizyta w Polsce i pytanie w mojej głowie – czy będzie bolała tak jak pierwsza? Pierwsze wrażenie to cudowne powietrze w Krakowie, świeże i rześkie. Kilka dni na podkrakowskiej wsi, fajnie sielsko. Pierwsza wizyta w wiejskim sklepie spożywczym, dramat, brud, smród i bardzo kiepskie zaopatrzenie. Przejazd przez Kraków celem załatwienia spraw pilnych. Miasto się rozbudowuje, ale jakoś tak bez sensu, ładu i składu. Bloki, bloki, wszędzie bloki z drogami gorzej, chyba ktoś zapomniał. Blokowisko goni blokowisko. W moim sercu Kraków to tylko ścisłe Centrum i Kazimierz, moj kochany Kazimierz który znam z lat dziecięcych. Kolejny kierunek Sosnowiec. Spotkanie z przyjaciółmi, masa wspomnień, wzruszeń, ciepło domowego ogniska i płomień w kominku. Wyprawa na zakupy do Galerii. Tu lekkie zdziwienie, bo ta galeria jakaś taka mała, bardzo mała jak dla mnie. Pięknie, czyściutko, wszystko nowe ale… No właśnie, jest ale. Te wszystkie firmowe sklepy jakieś takie malutkie, kurcze niczym budki na hali targowej w latach osiemdziesiątych. Obsługa w sklepach różna, od kompletnie niezainteresowanej klientem w CCC (choć sam sklep ma niesamowita ofertę obuwia) po bardzo nachalną w sklepie RYŁKO, najfajniejsza babeczka w Douglas, tylko ten jakby dużo mniejszy niż kiedyś. Jedynie zapach niezmienny od lat. Jedno co zwróciło moją uwagę to ceny. Ceny są z kosmosu wzięte. I o ile kilka dni słucham o dobrej zmianie i pracy pod dostatkiem, to jednak te ceny w żaden sposób nie są adekwatne do zarobków, nie przekonuje mnie to co widzę. Zwykły kubek jaglanki na śniadanie, takiej ekspresowej do zalania wodą czy mlekiem w cenie 5,99 za sztukę – lekki szok! Litr mleka prawie 4 złote w osiedlowym sklepie. To wszystko jakieś takie z lekka obce. Jeszcze dwa lata temu moje serce w tych miejscach biło tak mocno, miałam ochotę przytulać się do półek w Biedronce czy Rossmanie. Potrzebowałam wszystkich detergentow i miałam smaka na każda potrawę. Detergenty kupowałam jak nienormalna, upychałam w paczki i wysyłałam do Ameryki. Teraz jakieś takie dziwne uczucie, przeleciałam Rossmana ze trzy razy dookoła i nic nie wzięłam. Pędem do ulubionego niegdyś sklepu z biżuteria APART – też nagle mały wybór. Jakiś jest, ale szału ni ma. Napalona na zakup biżuterii, wychodzę z niczym. Kupuję jedną parę butów, tylko dlatego, że potrzebuję i tę markę zawsze lubiłam. W tej galerii jedno co najbardziej rzuca się w oczy to brak klientów. Jest godzina siódma wieczorem, a tu może ze trzydziestu klientów, a może nawet spacerowiczów, bo nikt nie dźwiga toreb z zakupami. Toreb też już nie dają, trzeba kupić. Czuję się dziwnie, nie jestem u siebie. Jadę w swoje strony, wjeżdżam na moje osiedle, przejeżdżam obok kiedyś naszego domu i nic. Dwa lata temu w tej chwili czułam jakbym wracała do domu z pracy. Tym razem moje serce bije niezmiennym rytmem. Nic mnie nie ściska w gardle ani w żołądku, nic. Spojrzałam beznamiętnie. Dziwne. W Nowym Jorku jeszcze nie czuję się w pełni u siebie, czasem tęsknię, porównuję. Tutaj już nie u siebie. Gdzie jest mój dom? Co będzie jutro gdy opadnie mgła i pójdę jak dawniej na poranny spacer dookoła osiedla i do lasu. Do lasu muszę iść. Tyle razy tęskniłam za lasem, tyle łez wypłakałam za jego zapachem, za wschodzącym słońcem padającym między koronami drzew i pięknie oświetlającym ścieżkę. Czy to jest jeszcze moje? To się okaże, jutrzejszego ranka. Zapukam do sąsiadki, wejdę na kawę bez zapowiedzi, zapukam i już. Ciekawa jestem jutra, może to tylko osłona nocy i mgła sprawia, że nie dociera do mnie gdzie jestem. Jutro okaże się gdzie jest moj dom.