„Geniusz” przegrał dyktaturę

str-1-kaczynski

Wszystko wskazuje na to, że z partii startujących w polskich wyborach najbardziej zadowoleni są członkowie i zwolennicy skrajnie prawicowej Konfederacji. Startująca z ksenofobicznym programem partyjka stała się partią z pełną gębą, bo ma poparcie 1,2 miliona wyborców i będzie reprezentowana w Sejmie przez 13 posłów. O przyszłości Polski decydowały jednak elektoraty PiS oraz Koalicji Obywatelskiej. Wygrało PiS wraz „przystawkami” , czyli Solidarną Polską Zbigniewa Ziobry i Porozumieniem Jarosława Gowina. Ta „zjednoczona prawica” zebrała 43,6 proc. wszystkich oddanych głosów i objęła w Sejmie 235 mandatów, tyle samo co po wyborach 4 lata temu. Nadal więc o bezwzględnej większości prawicy w Sejmie decydują mandaty 5 posłów.

Koalicja Obywatelska uzyskała poparcie 27,4 proc. wyborców i zdobyła 130 mandatów, Lewica, z którą startowała Wiosna Roberta Biedronia oraz Lewica Razem Adriana Zandberga, otrzymała akceptację 11,9 proc. wyborców co dało jej 43 mandaty, zaś Polskie Stronnictwo Ludowe, z którego listy startowali także kandydaci Kukiz’15, zebrało 9,6 proc. (zdobyło 34 mandaty). Na końcu zameldowała się wspomniana już Konfederacja, którą poparło 6,4 proc. ludzi co przełożyło się na 13 miejsc w parlamencie.

Przegrani wygrani

Dla uważnego obserwatora polskiej sceny politycznej reakcje szefów poszczególnych partii tuż po ogłoszeniu sondażowych wyników wyborów powiedziały wszystko. Jarosław Kaczyński przyjął wynik bez entuzjazmu, Grzegorz Schetyna z Koalicji Obywatelskiej z radością, podobnie jak Włodzimierz Czarzasty i Adrian Zandberg z Lewicy.Wwestchnieniem ulgi zareagował Władysław Kosiniak-Kamysz z PSL i nieomal z euforią członkowie Konfederacji.

Kaczyński był wyraźnie rozczarowany. Opanowane przez niego i całkowicie mu podporządkowane państwowe media, przede wszystkim Telewizja Polska i Polskie Radio, od 2015 roku prowadziły kampanię wyborcza na rzecz PiS, wychwalały pod niebiosa Kaczyńskiego i wyznaczane przez niego rządy, szczuły zaś na przedstawicieli partii opozycyjnych, wymyślając najbardziej nieprawdopodobne kłamstwa, by ich oczernić. Celem Kaczyńskiego, czyli realizacją marzenia, które stanowi sens jego życia, było zdobycie przez jego partię i skoligaconych z nią ugrupowań 307 mandatów, co dawałoby mu niepodzielne rządy, włącznie z prawem do zmiany konstytucji. Nie przyznał tego wprost, ale wystarczająco jasno wyraził się w tej kwestii po wyborach do europarlamentu, gdy powiedział, że PiS znów wygrał, ale „naszym celem jest jeszcze więcej”.

Zniweczone marzenia

Twarda rzeczywistość zniweczyła jednak marzenia. PiS nie udało się zdobyć większości konstytucyjnej, podobnie jak absolutnego planowanego minimum czyli objęcia w parlamencie przynajmniej 276 mandatów, co też dawałoby mu niepodzielne rządy, bo pozwalałoby odrzucać weta prezydenta. Rozczarowanie Kaczyńskiego jest tym większe, że jego partię poparło aż 3 miliony więcej Polaków niż 4 lata temu. W 2015 r. na PiS głosowało 5 711 687 wyborców, teraz 8 051 935, a mandatów nie przybyło. Na dodatek koalicjanci ze zjednoczonej prawicy, czyli ugrupowania Ziobry i Gowina podwoiły stan posiadania w stosunku do poprzednich wyborów, oba zdobyły po 18 mandatów i los PiS de facto zależy od ich decyzji.

Nokautujący cios Kidawy-Błońskiej

Wystarczy, że jedno z nich przejdzie na stronę opozycji, by PiS straciło sejmową większość. A to byłaby już dla Kaczyńskiego klęska. Wie bowiem doskonale, że obecna kadencja Sejmu to jego ostatnia szansa na rządzenie krajem. Marzył, że otrzyma przypisywaną mu przez pisowski tłum rolę zbawcy Polski („Jarosław, Polskę zbaw”), że on, wnikliwy czytelnik dziel Lenina i Stalina o dochodzeniu do dyktatorskiej władzy, sam zostanie dyktatorem, człowiekiem który będzie decydował o wszystkim, gdzie ma stanąć fabryka mydła, gdzie pomnik jego i brata, a gdzie sławojka. Nic z tych rzeczy. Na dodatek w kategoriach osobistych najboleśniejszy cios zadała mu Małgorzata Kidawa-Błońska z Koalicji Obywatelskiej, którą w ostatniej chwili Grzegorz Schetyna wysunął na czoło swego ugrupowania. I pani Kidawa-Błońska, i Kaczyński startowali w wyborach z Warszawy. W bezpośrednim pojedynku liderów Kaczyński został przez rywalkę wręcz znokautowany. Małgorzata Kidawa-Błońska otrzymała poparcie pond 416 030 warszawiaków, Kaczyński 248 935.

Warszawa zawsze była i także tym razem okazała się antypisowska. Koalicja Obywatelska zdobyła w stolicy ponad 42 proc. głosów, PiS ok. 27 proc. Nawet na Żoliborzu, gdzie mieszka Kaczyński, więcej głosów oddano na Koalicję Obywatelską.

Prowincja nie pomogła

Szef PiS doskonale zdaje sobie sprawę, że inteligencja i wykształceni Polacy nie akceptują jego osoby, a jeszcze bardziej jego polityki. Nic tedy dziwnego, że pisowską propagandę i całą kampanię wyborczą Kaczyński skoncentrował na prowincji, na małych miastach i miasteczkach, wsiach, gdzie całował po rękach każdą przedstawicielkę koła gospodyń wiejskich. A spece PiS od propagandy prowadzili bezczelną, kłamliwą i bezpardonową kampanię przeciwko Polskiemu Stronnictwu Ludowemu, by na swoją stronę przeciągnąć elektorat ludowców. Działacze PSL nie mieli takich środków i takich możliwości jak rządzący PiS, który bez skrupułów angażował w kampanię po swojej stronie państwowe pieniądze i państwowe media. Zapowiadał, że wymiecie PSL z regionów, które były dotychczas naturalnym zapleczem tej partii. Nic tedy dziwnego, że przywódcy PSL z wielkim niepokojem oczekiwali na wynik wyborów i westchnienie ulgi Władysława Kosiniaka-Kamysza po wyświetleniu się sondażowych wyników poszczególnych partii było wielce wymowne. PiS-owi w dużej mierze udało się przeciągnąć na swoją stronę elektorat PSL, ale jednak nie do końca, nie tak liczny jak oczekiwano.

Tęsknota Kaczyńskiego

Rozumiem smuteczek Kaczyńskiego – mówił po wyborach profesor Radosław Markowski, politolog z Uniwersytetu Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej w Warszawie. – Nawet boleśnie go odczuwam. Tak mi się smutno zrobiło, gdy w niedzielny wieczór patrzyłem na człowieka, który chce mieć władzę absolutną, a musi udawać demokratę. Bolszewicka tęsknota, by coś zrobić z tą większą połową społeczeństwa, która go nie poparła, choć powinna, jest widoczna. Problem w tym, że najlepszy czas i najwięcej zasobów, by to zrobić, właśnie minęły. A tęsknota za tym, by wszyscy się opowiedzieli za jedną opcją polityczną jest tyleż psychologicznie zrozumiała, co całkowicie sprzeczna z doświadczeniami jakościowych demokracji tego globu. (…) Najdalej w 2021 r. okaże się, jakimi sztukmistrzami ekonomicznymi są Kaczyński i Morawiecki. Każde państwo tej wielkości co Polska przy koniunkturze światowej może przez kilka lat wyciskać pieniądze na klientelistyczne rozdawnictwo. Ale do czasu. Do ludzi pomału zaczyna docierać, że np. służba zdrowia właściwie nie funkcjonuje. Elita PiS tego jeszcze nie widzi, bo sama trafia do elitarnych placówek, tam też umieszcza swoje rodziny lub wozi lekarstwa samolotami, ale za chwilę to do nich też dotrze. Twarde wskaźniki śmiertelności Polaków nie są iluzją. Tak jak wzrost, a nie spadek bezwzględnego ubóstwa. Obserwujemy też nieprawdopodobne osamotnienie Polski w kontaktach międzynarodowych. Otoczenie Kaczyńskiego i Morawieckiego nie jest w stanie czytać, w jakim kierunku podąża Unia Europejska. (…) Ta „światła” PiS-owska elita za chwilę zderzy się z gigantycznymi problemami”.

Bezkrytyczny elektorat

Kaczyńskiego tylko pozornie interesuje, w jakich warunkach żyją Polacy i w jaką stronę stacza się kraj. Jego interesuje tylko władza. Na partię Kaczyńskiego najwięcej głosów oddali ludzie z wykształceniem podstawowym, zawodowym także licealnym i do nich trafiają jego, że za sprawą PiS ludzie osiągnęli już stan dobrobytu. Ci którzy w to wierzą, nie potrafią poddać krytycznej analizie słów żądnego władzy człowieka, który użyje wszelkich niegodziwości, włącznie z bezprzykładnym kłamstwem i demagogią, aby osiągnąć cel. Tacy, całkowicie bezkrytyczni, są w swej większości Polacy. Ale nie tylko Polacy. Bo tacy są też w swej masie i Węgrzy, i Włosi, także Czesi i wiele innych nacji.

Senat poza kontrolą prezesa

Kaczyński ma bezwzględną, acz kruchą większość w Sejmie. Daje mu to oczywiście możliwość przeforsowania potrzebnych dla utrzymania władzy ustaw, ale wszystko wskazuje na to, że nie będzie mu to przychodzić z taką łatwością jak w mijającej kadencji. W powyborczy poniedziałek okazało się bowiem nagle i niespodziewanie, że kandydaci PiS i zjednoczonych z nim partii nie uzyskali większości w Senacie. Senat nie może oczywiście zablokować ustaw podjętych przez Sejm, ale ma 30 dni czasu na ich zaopiniowanie. Jeśli więc opozycja utrzyma większość w Senacie, a jest ona bardzo krucha, bo zaledwie różnicą 2 głosów, to skończy się ustawodawcza farsa, gdy fundamentalne dla demokracji i funkcjonowania państwa akty prawne uchwalano na rozkaz Kaczyńskiego nocą, bez konsultacji i analizy, w ciągu kilku godzin po przesłaniu ich z Sejmu.

Utrata Senatu to kolejny cios zadany wygranym przez PiS wyborom. Rękami swoich pomagierów Kaczyński przez kilka dni po wyborach próbował przekabacić na swoją stronę niektórych spośród przyszłych senatorów. Opozycja grzmiała o korupcji politycznej, ale Kaczyński nic sobie z tego nie robił, tym bardziej, że jego samego nigdy na pierwszym planie nie było. Gdy to nie pomogło „geniusz z Żoliborza” wpadł na kolejny pomysł. PiS postanowił otóż zakwestionować wyniki wyborów do Senatu w sześciu okręgach wyborczych z tego powodu, że różnica głosów na korzyść opozycji była mniejsza niż liczba głosów nieważnych.

Dewiza Stalina

Protest wyborczy musi spełniać wymogi przewidziane ustawą, czyli musi zawierać konkretny powód jego wniesienia. Na razie nie wiadomo jak uzasadnione są protesty wniesione przez PiS. Można jedynie spekulować na co Kaczyński liczy w związku z wniesieniem protestów.

Może więc liczyć na to, że podczas liczenia głosów rzeczywiście doszło do błędów, co wynik wyborów w danym okręgu stawia pod znakiem zapytania i daje możliwość ich unieważnienia i ponownego glosowania. Jeśli zaś wszystko okaże się w porządku, PiS może liczyć, że uda mu się zmanipulować wyniki. Nie jest to niemożliwe, ponieważ protesty wyborcze rozpatrywać będzie wyłoniona spośród nominatów PiS Izba Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych Sądu Najwyższego. Ta Izba utworzona została przez PiS właśnie z myślą o wyborach, i w właśnie w jej kompetencji leży orzekanie o ważności bądź nieważności wyborów. Któżby się 5 lat temu, jeszcze w demokratycznej wtedy Polsce spodziewał, że na jej gruncie zastosowana zostanie dewiza Stalina, iż nie jest ważne, kto i na kogo głosuje, ważne jest, kto liczy głosy. Pilny czytelnik dzieł Stalina z żoliborskiej willi ma tę dewizę zakodowaną w swoim mózgu na trwałe.

Wybory jeszcze się nie skończyły

Nie jest oczywiście powiedziane, że sędziowie wybrani z politycznego nadania do Izby Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych będą nieobiektywni. Dotychczasowa polityka Kaczyńskiego doprowadziła jednak do tego, że ogół myślącego społeczeństwa stracił zaufanie do instytucji publicznych, które i których funkcjonariusze powinni być poza wszelkim podejrzeniem o brak obiektywizmu. Nic tedy dziwnego, że opozycja domaga się, by protesty dotyczące obecnych wyborów rozpatrywała Izba Pracy i Ubezpieczeń Społecznych, która dotychczas o tym orzekała. Grzegorz Schetyna zapowiedział zaś, że nie dopuści, by ewentualne ponowne liczenie głosów odbywało się niejawnie, bez obecności przedstawicieli partii opozycyjnych wobec PiS. Powiedział też, że próbą odwrócenia wyników wyborów do Senatu zainteresował stosowne instytucje Unii Europejskiej, których przedstawiciele zapowiedzieli przyjazd do Polski. Niby więc po wyborach, a one wciąż trwają.

Krzysztof Pipała