Godzina Zero

lady-bunia

OPOWIEŚCI LADY BUNII. Nie spodziewałam się już niczego dobrego po tym remoncie. Pan od podłóg mnie zaskoczył. Śmiało mogę powiedzieć, że był jednym z niewielu, którzy przyszli i zrobili swoją robotę szybko, sprawnie i bardzo dobrze. Szacun i czapka z głowy. Z przyjemnością dałam mu napiwek i jeżeli kiedykolwiek będę potrzebowała kogoś do podłóg to wrócę do niego. Szczerze mogę go polecić. Wielki chiński BOSS zapadł się pod ziemię. Mała Sucha utrzymywała mnie w przekonaniu, że dziś dotrą fronty. Dziś wysłała wiadomość, że nadal czekają na fronty. Mają szczęście, że zmęczona jestem i nie mam siły ani ochoty na reakcje. Ale niech ja się tylko ogarnę. Już oni mnie popamiętają i będą szanowali każdego polskiego klienta. Ekipa z zielonego Jeppa wróciła na salony. Potrzebowali dwa, góra trzy dni. Przeprowadzka ustalona, auto zamówione, mój urlop zaklepany. Cały tydzień urlopu. Przez weekend i poniedziałek, wtorek pakowanie i przeprowadzka w środę. Reszta dni dla mnie, będę pisać, czytać książki i spacerować. Plan miałam zacny, ale… trzy dni to oni drzwi montowali! W pierwszy dzień dostałam telefon, że drzwi są złe. Słabo mi się zrobiło zamawialiśmy je sami. Potem się okazało, że on nie miał pojecią, które gdzie zamontować. Myślał cały dzień. Na koniec usłyszał instrukcję od mojego męża: „zmierz otwór, zmierz drzwi i będziesz wiedział”. Tu pierwszy raz w życiu pomyślałam o matematyce. Doszłam do wniosku, że chłopcy to muszą się uczyć matematyki nawet jak uczyć się nie lubią. Bo bez tego to nawet na budowę się nie nadają. Trzeba umieć dodawać, odejmować, mnożyć, dzielić i coś zmierzyć. Krew mnie zalewała! Przychodzę w środę, a moje drzwi są kur.. ma

krzywo! Tak krzywo, że chcą mi oko wybić. Dwoje drzwi obok siebie, i różnica górnej linii futryny ze trzy centymetry. Pan mi mówi, że podłoga jest krzywa, wiec tak wyszło. Na miły Bóg chyba równa się do góry, a na dole można przyciąć. Jak by nie patrzył baba jestem, pokręciłam głową zdegustowana. Następnego ranka wróciłam i mowię, że rozmawiałam z mężem i absolutnie to nie może tak zostać. Tutaj Stefan się lekko zirytował, nie było mu to na rękę. Zaczął pyskować, chu…. rzucać. Atmosfera zaczęła być gęsta, bo czas uciekał, a robota nie bardzo. Nagle było tyle do zrobienia, a czasu tak mało. Ustaliliśmy z mężem, że koniec. Ani dnia dłużej. Klucze w piątek ma oddać i mieszkanie ma być gotowe. Ja już urlopu przełożyć nie mogę kolejny raz. Z piątku zrobiła się niedziela. No, niestety nie udało się, nie zdążył Stefan ze wszystkim, małe poprawki w poniedziałkowy poranek. Ok, ja będę sprzątać, a oni niech robią swoje. O dziwo Chinole przyjechali montować szafkę na lodówkę, więc działamy razem. Koło południa wpada Stefan tanecznym krokiem, uśmiech na gębie od ucha do ucha. Kiedy usłyszał co należy poprawić dostał białej gorączki. Jak żyje czegoś takiego nie widziałam. Złapał gość w dłoń wielki młot i szalał po mieszkaniu drąc się przy tym niczym opętany poddany egzorcyzmom. Krzyczał, że to wszystko rozwali. Ja myślałam, że rozwali ściany, a potem nam krzywdę zrobi. Nie wiem skąd we mnie tyle zimnej krwi, ale ja do niego spokojnie, żeby się uspokoił w przeciwnym razie nie rozmawiam z nim tylko dzwonię na policję. Taka niespodzianka! Byłam bardzo zaskoczona i ja i mąż. Oprócz tego, że powoli to robili bardzo ładnie, wtopa z drzwiami poprawiona, jest ok. Kilka razy zwracałam mężowi uwagę, że jak spotykał się z nami po pieniądze to był pod wpływem czegoś. Był inny, inne spojrzenie, taki nabuzowany jak rajdowiec na czerwonym świetle i nie śmierdział alkoholem. Poszalał, poszalał, powiedział, że na te poprawki potrzebuje minimum tygodnia. Trzasnął drzwiami i wyszedł, dziś nie ma czasu. Wrócił we wtorek. Skończył, ale tym samym moje dwa dni urlopu psu w dupę. Przekazanie kluczy nie było sympatyczne, bo po takiej akcji nie wchodziliśmy z nim w żadne dyskusje. Czysta formalność, znowu był po czymś i znowu zaczął szaleć. Zamiast dostać chłop napiwek i butelkę dobrej whisky, to mało brakowało a dostałby po pysku. Chcieliśmy jak najszybciej odebrać klucze i mieć święty spokój. Kiedy wszystko wydawało się być na ostatniej prostej pojawiły się kolejne niespodzianki. Podłączenia hydrauliczne w kuchni ktoś kiedyś przerabiał i przerobił zamieniając strony zimnej i ciepłej wody. Mój mąż robiąc instalacje pod lodówkę i zmywarkę miał rzecz jasna zakręcona wodę. Zrobil zgodnie z zasadami prawa-lewa. Przyjechali panowie ze sklepu AGD podłączyć sprzęt i niestety nie da rady. Bo mamy do lodówki ciepłą wodę, a do zmywarki zimna. Do przeróbki potrzebne były jakieś części i tak ja stałam się pomocnikiem hydraulika, a zestresowany mąż kupił reklamówkę akcesoriów. Z czego każdy okazywało się być nie tym. Pośpiech i stres to nie najlepsi doradcy. Chcąc niechcąc dopadła mnie zemsta skorup. Tak na moją porcelanę żartobliwie mawia mój tato. Z racji braku czasu i przebierania nóżkami, że mój urlop ucieka, a my w czarnej d…. Trzy dni pakowałam, a potem ręcznie myłam mój dobytek. Nie skończyłam, tyle tego mam. Dziś nie mogę patrzeć na porcelanę! Wczoraj skończyliśmy około trzeciej nad ranem. Poległam, padłam nie skończywszy pakowania. Firma przeprowadzkową umówiona na siódma rano. O szóstej, kiedy mąż mnie obudził za sen oddałabym wszystko. Zawlokłam się do łazienki, wykąpana i ubrana w to co złapałam. Miałam nadzieje, że auto przyjedzie koło 10. Obiecali być miedzy 7-11. Bo korki i takie tam okoliczności mogą się im przytrafić. Zdarłam z łóżka juniora z prośba żeby poszedł mi po kawę. Kawa zawieziona już do nowego domu. Mamo sklep od ósmej. Wlokę się więc na kanapę, nie mam siły na nic. Jedno o czym marzę to drzemka. W tej samej chwili słyszę pukanie do drzwi. O Boże! Czy oni musza być tacy punktualni? Właśnie dzisiaj? Nieeee! Chłopaki szybkie i zwinne. Biegiem pakują wszystko. Ok. wyjeżdżamy, dostali adres ja jadę tuż za nimi. Wsiadam, odpalam i słyszę, a właściwie nic nie słyszę oprócz charknięcia zapłonu i cisza. Co jest? Teraz? Dzisiaj ? Naprawdę? Mój buniowóz się zbuntował. Wysyłam juniora po sąsiada, o tej porze jest jeszcze w domu. Nie dzisiaj, rano gdzieś wyjechał. Ja pierniczę, nie wierzę! Tylko ja mam takie szczęście! Goście pojechali z adresem w łapie, a ja nawet nie mam ich nr telefonu, brawo ja. Na szczęście mam męża i jak to w takiej sytuacji bywa, dzwonię. Dostaję instrukcje, obok masz salon samochodowy, idź tam i poproś o pomoc. W akcie desperacji wpadam tam i nie zważając na tłum klientów krzyczę od progu, że potrzebuję pomocy. Wszyscy rzucili wszystko, wyglądałam tak jak by mi się co najmniej dom palił. Ubrana w cokolwiek, torebka wypchana wszystkim, wystają ładowarki, kable, szczoteczka elektryczna do zębów, nóż do chleba, chochla, a na nogach kapcie góralskie z Zakopanego. Jak nic baba uciekała łapiąc po drodze cokolwiek da się ocalić. Pomoc znalazła się w sekundzie, nikomu z oczekujących nawet nie przyszło do głowy zwrócić mi uwagę na kolejkę. Gaz do dechy i byliśmy dwie minuty przed firma przeprowadzkową. Szybka akcja i jesteśmy u siebie! Padam na pysk, siedzę w bałaganie, między pudłami czekającymi na rozpakowanie. Ale już na miejscu. Za oknem migoczą mi światła Manhattanu. Aż chce się żyć…