Gra Putina o odbudowanie imperium

str-16-putin

W poprzednim wydaniu naszej gazety pisałem o oskarżaniu przez Putina Polski, że to z jej winy doszło do wybuchu drugiej wojny światowej. To oczywista bzdura przecząca powszechnie znanym faktom. Od słów Putina odcina się, co oczywiste, Polska, ale także gremia międzynarodowe. Putin jednak nie zamierza odwoływać swoich słów. Motywy postępowania prezydenta Rosji w tej kwestii najlepiej wyjaśnia profesor Adam Daniel Rotfeld, wytrawny polski dyplomata, minister spraw zagranicznych w rządzie Marka Belki, a w latach 2008-2015 współprzewodniczący Polsko-Rosyjskiej Grupy ds. Trudnych. Ponad dwa tygodnie temu w tygodniku „Polityka” ukazała się rozmowa Jacka Żakowskiego z profesorem, której tematem były właśnie wypowiedzi Putina o roli Polski w wybuchu II wojny. Profesor w przystępny sposób wyłożył, o co w tej sprawie chodzi i dlaczego oskarżanie przez Putina Polski nastąpiło właśnie teraz. W niniejszym tekście będę obficie posiłkował się wypowiedziami profesora Rotfelda, wychodząc z założenia, że w kwestii tak istotnej trzeba słuchać wybitnego fachowca, tkwiącego w polskiej dyplomacji od dziesięcioleci, znającego od podszewki wszystkie jej niuanse.

Profesor Rotfeld uważa otóż, że wypowiedzi Putina nie były i nie są efektem emocjonalnej, nieprzemyślanej reakcji, mającej stanowić taktyczne przygotowanie do jakiegoś zdarzenia. Jego zdaniem to, co mówi Putin, jest to gra o dużą stawkę. Jej celem jest z jednej strony umocnienie jedności rosyjskiego narodu, a z drugiej utrwalanie imperialnej polityki Rosji. Nie jest to więc taktyka, lecz strategia, zakrojona na dużą skalę i w długiej perspektywie czasowej.

To strategia „Sięgająca XVII w., od kiedy Polska zaczęła być postrzegana jako ważny element zachodniego zagrożenia dla Rosji – mówi profesor Rotfeld. – W ramach historycznej imperialnej strategii zawieszonej na krótko przez Lenina. Putin idzie stalinowskim tropem, odbudowując potęgę rosyjskiego państwa opartą na tradycji sięgającej XVII w. Dlatego Święto Jedności, którym zastąpił rocznicę rewolucji, przypada 4 listopada – w rocznicę wygnania Polaków z Kremla”.

Wielu naszych rodaków nie zastanawia się nawet, skąd się bierze antypolonizm rosyjskich elit politycznych. Polacy tkwią w przekonaniu, że to Rosja jest krajem, który w ciągu kilku wieków dokonał spustoszenia Polski i doprowadzili do upadku jej państwowości. Powołując się na niezbyt intelektualnie wyrafinowane przysłowie, że punkt widzenia zależy od punktu siedzenia, posłuchajmy, jak profesor Rotfeld tłumaczy rosyjski antypolonizm, zaznaczając zarazem, że tkwi on bardzo głęboko w rosyjskiej historii oraz filozofii i kształtuje jej tożsamość.

W Zagorsku – mówi profesor Rotfeld – stolicy prawosławia, która dziś znów nazywa się Siergijew Posad, widziałem obelisk. Na jego czterech ścianach wyryto cztery największe nieszczęścia, które spotkały Rosję. Pierwszego Rosjanie doznali od Tatarów. Następnych trzech od Polaków”.

Może się to wydawać absurdalne, wręcz abstrakcyjne, ponieważ wśród tych nieszczęść, które Rosjanie zaznali z strony Polski wymieniają także zabory, a w świadomości Polaków to właśnie nie kto inny, tylko Rosja, pozbawiła nas w XVIII wieku państwowości i próbowała zmusić do przyjęcia absolutnie nam obcej kultury prawosławnego Wschodu. Profesor Rotfeld uświadamia nam narrację Rosji dotyczącą wydarzeń sprzed niemal dwóch i pół wieku, która w tym kraju jest trwała, systematycznie podsycana, a dla nas zupełnie obca, w świadomości wielu Polaków banalna, niewarta uwagi, bo nieznana.

Maryna Mniszchówna – kontynuuje profesor – różnymi fortelami osadziła na tronie Dymitra Samozwańca i została carycą. U nas mało kto to pamięta. A dla Rosjan to jedno z największych upokorzeń w historii. Stąd historycznie utrwalony obraz Polaków jako ludzi, którzy wiecznie knują. (…) W rosyjskiej narracji [odnoszącej się do zaborów] Katarzyna musiała bronić prawosławia przed presją katolicko-unicką, żeby wspierane przez Rzeczpospolitą papiestwo nie osłabiało moskiewskiej Cerkwi prawosławnej. Pierwsze dwa rozbiory to w rosyjskiej opowieści obronna wojna religijna. Ich pamięć historyczna widzi w Polsce forpocztę agresywnego Zachodu – obcej, łacińskiej cywilizacji. (…) W stosunkach między Polską, a Rosją kultura, emocje, sprawy ducha mają większe znaczenie niż sprawy materialne. Ale na razie mówimy o stanie emocji w XVIII w. A potem była przecież klęska 1920 r., która w rosyjskiej pamięci też jest obrazą i upokorzeniem. (…) Mówimy o emocjach budujących tożsamość społeczeństw, ale także państw. W Rosji to są operacje na najwyższych szczeblach politycznej strategii. Rosyjski oryginał dzielącej Polskę mapy podpisanej przez Stalina i Ribbentropa był przez wiele lat uważany za zaginiony. Znalazł się nie w archiwach państwowych czy w MSZ, tylko w dokumentach wywiadu zewnętrznego. Bo cała operacja dotycząca paktu Ribbentrop-Mołotow była realizowana przez wywiad, nie przez dyplomację. Mołotow tylko wykonywał polecenia Stalina, który zgodnie z carską tradycją przywracał „utracone ziemie” imperium.(…) To pokazuje, jak bardzo istotne w rosyjskiej polityce są ciągłość i tradycja”.

W kwestii obecnie najważniejszej, czyli dlaczego Putin akurat teraz oskarżył Polskę o to, że z jej winy wybuchła II wojna światowa, profesor Rotfeld uzasadnia to następująco:

W rosyjskiej tradycji rocznice mają niezwykłą wagę. Na horyzoncie jest 75-lecie wyzwolenia Auschwitz. Z okazji 60. rocznicy Putin i inni przywódcy przyjeżdżali do Oświęcimia. Tym razem – jak przypuszczam – z inspiracji Putina, którego nie zaproszono do Polski, obchody odbędą się w Yad Vashem. Putin załatwił to pewnie ze swoim przyjacielem Bibi Netanjahu. Nawet kiedy pozornie się cofa, to jednocześnie w innym miejscu stawia krok do przodu. Kiedy w 2009 r. na Westerplatte brał udział w obchodach wybuchu drugiej wojny światowej, w Moskwie nadano rozgłos prezentacji zbioru dokumentów po tytułem „Sekrety polskiej polityki”. Bo dla Putina przyznanie, że druga wojna nie zaczęła się 22 czerwca 1941 r., lecz 1 września 1939 r. od wspartej przez ZSRR niemieckiej agresji na Polskę, było niezwykle trudne. W Gdańsku uznał ten fakt, a w Moskwie mu zaprzeczył ustami swoich podwładnych ze Służby Wywiadu Zewnętrznego RF. (…) Po dorocznej konferencji prasowej na Kremlu [kilka tygodni temu]zebrał w Petersburgu prezydentów Wspólnoty Niepodległych Państw i zaprezentował im wykład, zgodnie z którym Polska zawarła porozumienie z Niemcami, zanim Stalin dogadał się z Hitlerem. Zapomniał dodać, że dwa lata przed paktem o nieagresji z Niemcami Polska zawarła taki sam pakt z Moskwą. Bo fundamentem polskiej polityki było utrzymanie równego dystansu wobec dwóch wielkich sąsiadów”.

Celem od lat realizowanej strategii Putina jest przywrócenie Rosji pozycji globalnego mocarstwa. Aby to osiągnąć musi mieć spoiwo, które skupi w realizacji tego celu bardzo różnorodne rosyjskie społeczeństwo. – Mając imperialne ambicje – argumentuje profesor Rotfeld – nie może jako spoiwa używać etnicznego nacjonalizmu. Imperium jest wielonarodowe. Musi łączyć żyjące zgodnie narody. Inaczej się rozpadnie. (…) Spoiwem nowego imperium miała stać się Cerkiew prawosławna. Tak jak w carskiej Rosji połączona ze współczesnym samodzierżawiem. To się nie udało. Cerkiew nie odzyskała społecznej pozycji. Autokefalia i oderwanie się Cerkwi ukraińskiej od Moskwy było dla rosyjskiej strategii aktem dramatycznym, bo Ukraińcy są dużo bardziej przywiązani do wiary niż ludzie w Rosji. Moskiewski patriarchat stracił najwierniejszych wiernych, więc upadło marzenie o Cerkwi jako spoiwie. Teraz spoiwem jest tylko mit założycielski w postaci zwycięstwa nad zachodnim złem uosobionym przez III Rzeszę. Hitlerowski faszyzm to zło od wieków idące z Zachodu, Armia Czerwona to dobro odwiecznie broniące Wschodu, ZSRR był niepokalany, Stalin był półbogiem podobnie jak Piotr Wielki, a Gułag to sprawa wewnętrzna, od której obcym wara i o której już nie warto mówić. W tym micie mają się odnaleźć wszystkie narody dawnego ZSRR, a dziś WNP.

Wśród celów strategicznych Putina jest zarówno osłabienie Unii Europejskiej (najlepiej by dla niego było, aby się rozpadła), jak też ponowne podporządkowanie sobie krajów, które niegdyś były pod kontrolą ZSRR, czyli także Polski. Dla Polski ta gra jest bardzo groźna, tym bardziej, że zamiast zacieśniać więzy z Unią Europejską, obecnie rządząca partia Kaczyńskiego, robi wszystko, by kraj był dla UE niechętnie widzianym członkiem Wspólnoty, która tylko przysparza kłopotów. To wszystko, co robi Kaczyński i jego rząd, jest podarunkiem dla putinowskiej strategii. Ale „geniusz z Nowogrodzkiej” jest zbyt zadufany w sobie, by dostrzec, że taka polityka może doprowadzić Polskę do samobójstwa.

Kamieniem węgielnym imperium – mówi profesor Rotfeld – ma być zwycięstwo nad hitlerowskim złem. Putin musi pokazać Rosjanom złego. Nie chce wskazywać go w Niemczech, bo są mu potrzebne. A Polskę najwyraźniej zaliczył do państw, które się do takiej roli nadają. To nie jest żaden sekret. W poważnym periodyku „Politiczeskij kłas” Jurij Sołozobow 10 lat temu napisał ogromny artykuł pod tytułem „Odpowiedź na sprawę polską”. Kluczowe zdanie brzmiało: „Dla Rosji program maksimum – to finlandyzacja całej Europy”. Na pierwszy ogień mają iść sąsiedzi: Finlandia, Polska, kraje bałtyckie, Kazachstan, Turcja, Iran i „bezwzględnie Ukraina”. Problem logiki imperialnej na tym właśnie polega, że państwo narodowe może być narodowe i niczego nie musi zagarniać, a imperium musi się rozszerzać. Inaczej zostanie rozsadzone od wewnątrz. (…) Zapewne chciałby, żebyśmy [Polska] – jak kiedyś Finlandia – zrezygnowali z ambitnej podmiotowości i byśmy przyjęli postawę podobną do postawy węgierskiego premiera Viktora Orbana. (…) Może z większą samodzielnością (…) ale z ograniczeniem roli samodzielnego aktora na scenie politycznej.

PS Finlandyzacja – ograniczenie przez obce mocarstwo swobody polityki zagranicznej innego państwa w zamian za brak interwencji w politykę wewnętrzną. Termin ten został sformułowany przez niemieckiego dziennikarza jako opis relacji Związku Radzieckiego i Finlandii w czasie zimnej wojny.

 

Krzysztof Pipała