Holmes, ale nie Sherlock

str-25

Jeśli o życiu człowieka decydują geny, które mieszają się ze sobą w chwili jego poczęcia, to u Hermana Webstera Mudgetta (znanego później jako Henry Howard Holmes) doszło w wyniku owego procesu do uformowania się ich w konstrukcję, która musiała tego człowieka doprowadzić na szubienicę. W przypadku wielu przyszłych zwyrodnialców, którzy w wieku dziecięcym mają śliczne buźki, a urokliwym gaworzeniem zyskują sobie sympatię otoczenia, trudno dostrzec zachowania odbiegające od normy, a tym bardziej takie, które wskazywałyby, że wraz z upływem czasu nabiorą morderczych cech i będą zagrożeniem dla innych ludzi.

Herman Webster Mudgett urodził się w roku 1860 w Gilmanton w stanie New Hampshire w rodzinie bardzo religijnych metodystów. Dopiero po latach zmienił nazwisko na Henry Howard Holmes i to pod nim wpisał się na listę bezlitosnych, acz wyrafinowanych i świetnie wykształconych morderców. Przez historyków zajmujących się katalogowaniem zbrodniarzy, uznany został za pierwszego w historii seryjnego mordercę. To było później, bo przez pierwszych naście lat po urodzeniu nie wyróżniał się niczym spośród rówieśników.

Pierwszy sygnał, że jednak czymś się od nich różni, wysłał otaczającym go osobom gdy był już w wieku szkolnym, a ową osobliwością było obdzieranie zwierząt żywcem ze skóry. Nikt jednak sadystycznymi upodobaniami młodzieniaszka nie zawracał sobie zbytnio głowy, uznając, że z czasem mu przejdzie. Tym bardziej, że Herman Webster niejednokrotnie dawał odczuć swemu najbliższemu otoczeniu przerażenie na myśl o kontakcie z ludzkimi zwłokami. I rzeczywiście tak było, ale tylko do momentu, gdy pierwszy raz przyszło mu dotknąć ciała zmarłej osoby.

Gdy do tego doszło, przerażenie zamieniło się w fascynację, fascynacja zaś w permanentną wręcz chęć obcowania z ludzkimi zwłokami. Najkrótszą drogą do tego było zajęcie się medycyną, toteż Herman Webster podjął studia medyczne na Uniwersytecie Michigan w Ann Arbor. I… niemal nie wychodził z prosektorium, gdzie do perfekcji opanował preparację zwłok. To było jego ulubione zajęcie, dzięki któremu zaczął też zarabiać niezłe pieniądze. Dla normalnego człowieka w sposób cokolwiek upiorny, ponieważ wykopywał z cmentarnych grobów ludzkie zwłoki, preparował je, a szkielety sprzedawał uczelniom medycznym i różnym instytutom badawczym. Zapotrzebowanie było w tamtych czasach duże i nikt nie pytał młodego Hermana Webstera, w jaki sposób wszedł w posiadanie oferowanego szkieletu. Również jeszcze podczas studiów nauczył się tak preparować ludzkie zwłoki, by wyglądały na ofiary wypadków.

Gdy więc w wieku 24 lat uzyskał dyplom lekarza i praktykował w Nowym Jorku, miał już w rękach fach, dzięki któremu wyłudzał pieniądze z polis ubezpieczeniowych swoich ofiar. Jak później, już po zatrzymaniu opowiadał, pierwszą jego ofiarą był kolega ze studiów, którego otruł, a którego polisę przepisał wcześniej na siebie. Był już wtedy żonaty, ale po swoim morderczym debiucie porzucił żonę i wyjechał do Chicago, gdzie zmienił nazwisko właśnie na Henry Howard Holmes.

Mimo iż nie był wyjątkowej urody, emanował inteligencją, elokwencją i szybko zdobywał względy kobiet. Tuż po przyjeździe rozpoczął pracę w drogerii na przedmieściach Chicago i niemal z dnia na dzień wdał się w romans z jej właścicielkę, niejaką Elizabeth S. Holton. Gdy mąż owej pani dowiedział o związku swojej żony z młodym lekarzem, rozwiódł się z nią i wyjechał z Chicago. Nie upłynęło wiele czasu, gdy z drogerii zniknęła również wiarołomna Elizabeth. Henry Howard opowiadał ciekawskim, że wyjechała za mężem do Kalifornii, a z czasem nikt już nie interesował się, kto jest właścicielem drogerii. To było w roku 1889, zaś rok później do drogerii wprowadził się zegarmistrz nazwiskiem Conner, przybyły do Chicago z żoną Julią i liczącą 18 lat siostrą. Obie panie zostały kochankami urokliwego lowelasa, ich mąż postąpił podobnie, jak rok wcześniej małżonek wspomnianej Elizabeth i wyjechał. Po pewnym czasie obie panie również zniknęły i wszelki słuch po nich zaginął. Być może ich kościec stał się eksponatem w jakiejś uczelni medycznej, ale H.H. Holmes nigdy tego nie zdradził.

W tym samym roku na działce po przeciwnej do drogerii stronie ulicy rozpoczął budowę hotelu. Sam zaprojektował jego wnętrze. Co chwilę zmieniał pracujące na budowie ekipy, chodziło mu bowiem o to, by nikt się nie zorientował, jakie rzeczywiście może być przeznaczenie obiektu. Po roku hotel był gotowy, ale Holmes otworzył jego podwoje dopiero w 1893 r., gdy w Chicago rozpoczęła się Wystawa Światowa, na którą przybyły setki tysięcy turystów. Jednak nie każdy z nich mógł się w jego hotelu zakwaterować. Pierwszeństwo miały samotne kobiety, które Holmes uwodził swoją elokwencją i szarmanckimi manierami. Większość z nich nigdy już żywa nie opuściła hotelu, zwanego ze względu na swą architekturę „Zamkiem”.

Gdy 19 lipca 1895 r. policjanci weszli do hotelu Holmesa, de facto odkryli kazamaty do torturowania i mordowania ofiar. Holmes siedział w tym czasie w areszcie, podejrzewany o morderstwo, ponieważ w okolicy dochodziło do tajemniczych zaginięć ludzi, a większość z nich widziano po raz ostatni właśnie w okolicach owego „Zamku”. Detektywi wiele już w swoim życiu doświadczyli, ale to co ujrzeli wewnątrz hotelu przechodziło ich najśmielsze wyobrażenia.

W obiekcie znajdowały się też zwykłe pokoje hotelowe, ale pomiędzy nimi mieściły się dźwiękoszczelne pomieszczenia, w których Holmes mordował swoje ofiary. Niektóre z nich nie miały okien, jeszcze inne wyłożono stalowymi płytami. Do pokoi doprowadzone były rurki instalacji gazowej, którymi w każdej chwili mógł popłynąć trujący gaz, a ich kurki znajdowały się w gabinecie Holmesa. W jednym z pomieszczeń odkryto wbudowane w ściany lampy lutownicze, służące do podpalania ofiar. Cały zaś wnętrze było jednym wielkim labiryntem ukrytych przejść, włazów, zapadni, zsypów, którymi Holmes zrzucał swoje ofiary do piwnicy. W piwnicach natomiast znaleziono narzędzia do torturowania, kadzie z kwasem, doły z palonym wapnem, stół do sekcji zwłok i piec krematoryjny, w którym mieściła się dorosła osoba. Aż trudno sobie wyobrazić, jakie męki musiały przechodzi

ofiary Holmesa, z których większość stanowiły łatwowierne i naiwne ofiary jego zalotów.

Holmes przyznał się do zamordowania 27 osób, ale wielu dziennikarzy zajmujących się tą sprawą, a także policjantów, uważało, że mogło ich być nawet dwieście. Niedługo przed egzekucją Holmes rzucił w odpowiedzi na czyjeś pytanie: „nie mogłem zdusić w sobie potrzeby mordowania, tak jak poeta nie może powstrzymać w sobie inspiracji do tworzenia”.

Wyrok śmierci na H.H. Holmesie wykonano przez powieszenie. Zawisł na szubienicy 7 maja 1896 roku. Miał wtedy 36 lat. Ponieważ bał się hien cmentarnych – ludzi rozkopujących i bezczeszczących zwłoki, usilnie domagał się, by wieko jego trumny zalano betonem. Uczyniono zadość jego prośbie, ale trumna wpadła do grobu dnem do góry. Znalazł sie, jak mówiono, twarzą w twarz z diabłem, którego nazywał swoim protektorem.

Jeff Mudgett, prapraprawnuk Holmesa, napisał książkę pt. „Bloodsteins”, w której twierdzi, że Holmes był słynnym Kubą Rozpruwaczem. Koronne argumenty, które jego zdaniem za tym przemawiają, to fakt, że gdy w roku 1888 mordowano w Londynie prostytutki, Holmesa rzeczywiście nie było wtedy w Chicago, był natomiast w Europie. Kuba Rozpruwacz, co potwierdzili fachowcy, znakomicie znał się też na anatomii i świetnie preparował swoje ofiary, poza tym wygląd Holmesa odpowiada posiadanemu przez Scotland Yard rysopisowi Kuby Rozpruwacza. Ale za teorią potomka seryjnego mordercy najmocniej przemawia co innego. Jeff Mudgett dał specjalistom próbki pisma swego wynaturzonego przodka, które porównano z próbkami pisma Kuby Rozpruwacza. Specjaliści wykazali ich zgodność w 97,95 proc. Czyżby więc seria morderstw londyńskich prostytutek nastąpiła podczas zabójczej „wyjazdowej sesji” Holmesa?

Nikt tego nie potwierdził, ale też nikt temu nie zaprzeczył.

Robert Suliński