Imigranci

pipala

Imigranci stają się problemem świata i wszystko wskazuje na to, że problem ten nie zniknie, ani nie zostanie szybko rozwiązany ku zadowoleniu obu stron, czyli krajów, do których imigranci przyjeżdżają, jak i samych imigrantów. Na przykład dla obecnej ekipy rządzącej w Polsce imigranci są narzędziem politycznym, wykorzystywanym do zdobywania głosów wyborców, a już imigranci innej wiary niż katolicka są przedstawiani jako nosiciele wszelkich możliwych plag z chorobami nieuleczalnymi na czele. Polski rząd straszy więc swoich rodaków i to skutecznie, bo skoro jeszcze przed masową emigracją z Syrii ponad 60% Polaków nie miało nic przeciwko przyjmowaniu imigrantów, to po rządowej kampanii przeciwko nim już tylko ok. 30% nie widzi w imigrantach zagrożenia. To stare narzędzie propagandowe – straszyć społeczeństwo przed zagrożeniem i przedstawiać siebie jako jedynych, którzy temu zagrożeniu potrafią się przeciwstawić. Oczywiście trzeba wiedzieć, że ludzie, do których ta propaganda jest adresowana są na tyle naiwni, by w nią uwierzyć. W Polsce niestety naiwnych jest sporo za dużo. Można w tej sytuacji powiedzieć, że kwestia imigrantów jest w Polsce traktowana emocjonalnie a nie racjonalnie, w przeciwieństwie do takich krajów jak USA a przede wszystkim Kanada.

Kanadyjski system przyjmowania imigrantów jest podawany jako przykład wzorcowy, przynajmniej przez potężnego sąsiada z południa, czyli USA. Stany Zjednoczone od lat nie radzą sobie z problemem imigrantów i obecna ekipa z Białego Domu skłania się ku temu, by wprowadzić na swoim terenie wzorzec kanadyjski. Zachwyt Amerykanów nad rozwiązaniami stosowanymi wobec imigrantów przez władze Kanady bierze się stąd, że kraj ten niemal nie ma problemu z nielegalną imigracją. Czyli jest przeciwieństwem tego, co dzieje się w USA, do których nielegalni imigranci płyną szeroką falą, szczególnie z Meksyku i innych krajów Ameryki Południowej. Ale, jak się okazuje, nie ma rozwiązań idealnych.

W „The Wall Street Journal” z 27 marca ukazał się artykuł Sary Schaefer Munoz pt. „Czy kanadyjski system, imigracyjny ma jakieś wady?”. Już sam ten tytuł wskazuje, że jego autorka skoncentruje się na niedoskonałościach kanadyjskiego systemu związanego z imigrantami.

Kanadyjski system przyjmowania legalnych imigrantów jest nastawiony na ludzi posiadających wykształcenie, doświadczenie zawodowe, znających języki. Skoro takie cechy mają być przymiotem legalnych imigrantów, to wiadomo, że władzom kanadyjskim chodzi o kadry dla rozwojowych i przyszłościowych sektorów gospodarki. Oparty na kwalifikacjach model kanadyjski zezwala na przyjmowanie rocznie ok. 300 tysięcy nowych posiadaczy kart stałego pobytu. Ci, którzy takich kart nie mają, nie mają też szans na stałe osiedlenie się w Kanadzie.

Zapatrzony w kanadyjski system obecny prezydent Stanów Zjednoczonych, Donald Trump, który nie zrezygnował ze swojej obietnicy budowy muru na granicy z Meksykiem, mającym powstrzymać nielegalnych, biednych i niewykształconych imigrantów, nawołuje do wprowadzenia w swoim kraju systemu kanadyjskiego. W trakcie styczniowego przemówienia o stanie państwa Donald Trump opowiedział się za ograniczeniem obowiązującej obecnie w USA emigracji opartej na więziach rodzinnych oraz loterii kart stałego pobytu dla osób z wybranych państw (do niedawna z loterii takiej mogli korzystać Polacy). Mówił, że czas, „aby przejść na system oparty na kwalifikacjach. Taki, który przyjmuje fachowców, ludzi, którzy chcą pracować. Którzy wniosą pozytywny wkład w nasz kraj”.

Czy jednak kanadyjskie marzenie Trumpa jest rozwiązaniem idealnym? Okazuje się, że nie do końca. Z uzyskaniem stałego pobytu w Kanadzie rzeczywiście nie mają problemu inżynierowie, informatycy, ekonomiści i wykształceni przedstawiciele innych zawodów, bo to oni decydują o rozwoju i przyszłej prosperity. Ale na co dzień gospodarka każdego kraju opiera się na pracy setek tysięcy ludzi z wykształceniem zawodowym lub nawet nie posiadających jakiegokolwiek zawodu. Autorka artykułu w WSJ przytacza opinię rolnika z okolic Calgary. Ów rolnik, Ray Price, hodowca świń i przetwórca mięsa wieprzowego mówi, że od kilku lat obserwuje wzrastający popyt na swoje produkty wieprzowe w Chinach i Japonii. Bardzo chciałby rozwijać działalność, ale nie może znaleźć wystarczającej liczby pracowników, a z powodu starzejącej się lokalnej siły roboczej i ostrych przepisów dotyczących imigrantów o niższych kwalifikacjach w jego regionie występuje chroniczny niedobór rąk do pracy. – Calgary – mówi – ma specjalistów, inżynierów i tym podobnych, ale my tu potrzebujemy ludzi, którzy chcą się nauczyć przetwórstwa mięsa.

Specjaliści zajmujący się rynkiem pracy twierdzą, że za sprawą obowiązującego w ich kraju systemu coraz więcej pracodawców ma wzrastający problem ze znalezieniem pracowników. Sektory, w których jest on szczególnie widoczny, to rolnictwo, gastronomia i transport. Na przeciwległym od Calgary krańcu Kanady, na Wyspie Księcia Edwarda, współwłaściciel firmy transportowej Seafood Express z Charlottetown, Andy Keith, mówi, że do swojej floty 65 ciężarówek dokupiliby jeszcze co najmniej dziesięć, ale tego nie robią, ponieważ trudno znaleźć kierowców. I codziennie odrzucają intratne zamówienia na przewozy.

Do Kanady przyjeżdża sporo np. Jamajczyków, którzy pracują przede wszystkim w rolnictwie, ale wszyscy oni mają zezwolenia tylko na pobyt czasowy. Z reguły jest tak, że gdy zdobędą większe kwalifikacje, opanują język i się zadomowią, muszą wyjeżdżać. Rzadko kiedy występują o stały pobyt, ponieważ procedura jest długa i uciążliwa zarówno dla nich, jak i dla pracodawców.

Być może jednak przepisy imigracyjne staną się mniej restrykcyjne, ponieważ u coraz większej liczby przedstawicieli władzy wzrasta świadomość, że to nie brak inżynierów i informatyków, a niewykwalifikowanych pracowników może się stać hamulcem rozwoju.

David Campbell, były konsultant gospodarczy i główny ekonomista rządu prowincji Nowy Brunszwik we wschodniej Kanadzie, mówi na przykład: Nie powinniśmy sprowadzać ekonomistów do pracy w call center.

Krzysztof Pipała, redaktor naczelny Głosu Polonii