Irena Szewińska dobiegła do mety

pipala

Nie było i zapewne długo nie będzie drugiego tak utytułowanego polskiego sportowca. Nie było i zapewne długo nie będzie drugiego polskiego sportowca, który ustanowił tyle rekordów świata i zdobył tyle medali olimpijskich, mistrzostw świata i mistrzostw Europy. Nie było i długo nie będzie sportowca, który dostarczał tylu emocji i tylu satysfakcji. To wszystko było dziełem Ireny Kirszenstein-Szewińskiej. Było, bo Jej już nie ma. Dobiegła do mety po bardzo długiej, wieloletniej walce z chorobą nowotworową. Zmarła w przedostatni dzień czerwca br. w wieku 72 lat.

Okoliczności, w jakich trafiła do sportu mają znamiona anegdoty, ale anegdotą nie są. Bo rzeczywiście było tak, że warszawska szkoła, do której uczęszczała, miała wystawić reprezentację na międzyszkolne zawody i nauczycielka wychowania fizycznego postanowiła sprawdzić umiejętności biegowe kilu dziewcząt. Irenie Kirszenstein kazała przebiec 60 metrów dwa razy, bo nie mogła uwierzyć, że rewelacyjny czas, jaki Irena uzyskała, jest prawdziwy. Była przekonana, że był efektem usterki stopera. Nie był. Irena Kirszenstein miała wtedy 14 lat.

Sportową karierę na najwyższym poziomie rozpoczęła nieomal z marszu. W 1964 roku wygrała trzy konkurencje podczas rozgrywanych na Stadionie Dziesięciolecia w Warszawie Europejskich Igrzysk Juniorów, a niedługo później zawiesiła na szyi pierwszy swój medal olimpijski i to od razu złoty, na dodatek z rekordem świata. Był efektem pracy zespołowej, bo wywalczony został podczas igrzysk olimpijskich w Tokio (1964 r.) w sztafecie 4×100 m razem z Teresą Wieczorek-Ciepły, Haliną Richter-Górecką i Ewą Kłobukowską. Na tych samych igrzyskach do złota dołożyła dwa srebra, jedno w biegu na 200 m, drugie w skoku w dal. Stała się objawieniem, gwiazdą światowej lekkiej atletyki. To było 54 lata temu…

Irena Kirszenstein urodziła się 24 maja 1946 roku w Leningradzie. Córka Jakuba Kirszensteina i Eugenii Rafalskiej. Po przyjeździe do Polski zamieszkała w Warszawie. Studia ekonomiczne (specjalizacja – ekonomika transportu) ukończyła na Uniwersytecie Warszawskim. W 1967 r. poślubiła Janusza Szewińskiego, byłego płotkarza, fotoreportera „Przeglądu Sportowego”. Został jej trenerem. Na pytanie czy mąż-trener był dla niej dużym wsparciem, odpowiedziała tak:

Jest rok 1977. Puchar Świata w Düsseldorfie. Biegam 400 m z Maritą Koch. Przegrałam z nią wcześniej w Nicei na 200 m. Miała też lepszy czas ode mnie na 400 m. Teoretycznie powinna wygrać. Januszek przed startem powiedział do mnie: „biegnij do końca, bo ona w kratkach staje”. Biegłam na czwartym torze, ona na trzecim, więc po trzystu metrach nie widziałam, co się dzieje. Wychodzimy na prostą, a ona jest dwa, trzy metry przede mną. Zbliża się meta, a Koch cały czas prowadzi, ale ja mam zakodowane, że ona w kratkach staje. I tak było! Czasami na treningu odpuszczamy, bo nie dajemy już rady. Ja tego nie robiłam. I nie odpuściłam na tych zawodach. Wygrałam z Koch o metr. Miałam wewnętrzne przekonanie, że ona stanie na kratkach, bo tak powiedział mój mąż. Bardzo ważne jest nastawienie psychiczne. Zawodnik musi w siebie wierzyć, a trener jest po to, by go utwierdzić w tej wierze.

Rok po założeniu ślubnej obrączki przeprowadzono igrzyska olimpijskie w Meksyku. Irena Szewińska zdobyła tam brązowy medal w biegu na 100 m i złoty na 200 m, w którym ustanowiła też rekord świata. Ale w biegu sztafetowym zgubiła pałeczkę… Był rok 1968, w kraju trwała antysemicka kampania i Irena Szewińska także musiała przeżyć traumę antysemickiej nagonki. Telewizja Polska wyemitowała paszkwilancki materiał, którego autor twierdził, że Żydówka specjalnie upuściła pałeczkę podczas biegu sztafetowego, by zachować więcej sił na biegi indywidualne. Musiała sobie dawać radę z tak podłymi insynuacjami i dawała.

W 1970 r. urodziła pierwszego syna, powoli dochodziła do formy, w 1972 r. zdobyła brązowy medal w biegu na 200 m podczas igrzysk w Monachium. I powoli zaczęła się przestawiać z krótkich sprintów na sprint wydłużony, czyli 400 m, o którym to dystansie lekkoatleci mówią, że jest najbardziej wyczerpujący, wręcz morderczy. W jednym z wywiadów opowiadała, że zaczęła ten dystans trenować stosunkowo późno, bo jesienią 1973 roku, a skłoniła ją do tego… kontuzja stopy, w wyniku której zrezygnowała z trenowania skoku w dal. I niespełna trzy lata później, podczas igrzysk olimpijskich w Montrealu w 1976 r., zdeklasowała rywalki na tym dystansie. Zdobyła złoty medal, ustanawiając zarazem nowy rekord świata wynikiem 49,29 sekundy. Ten czas dalby jej złoty medal na ostatnich czterech igrzyskach olimpijskich, z igrzyskami w Rio de Janeiro włącznie. Podczas czterech lat (1974-1978) aż 34 razy z rzędu była niepokonana w biegu na 400 m.

Znawcy lekkiej atletyki wysuwają Irenę Szewińską przed szereg takich znakomitości jak Carl Lewis, Usain Bolt, Marion Jones. Bo Lewis i Jones nie biegali 400 m, a Bolt nie skakał w dal. Zdobyła w sumie 7 medali olimpijskich, w tym 3 złote, ustanowiła 13 rekordów świata, w tym 2 w biegu sztafetowym na 100 m. Karierę sportową zakończyła podczas igrzysk olimpijskich w 1980 r. w Moskwie, gdzie podczas biegu półfinałowego na 400 m doznała kontuzji.

Działa w organizacjach i stowarzyszeniach lekkoatletycznych. W 1998 r. Irena Szewińska weszła w skład Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego. W 2016 r. została odznaczona Orderem Orła Białego, a 43 lata temu z rąk prezydenta Francji Valery’ego Giscarda d’Estaing otrzymała prestiżową nagrodę Francuskiej Akademii Sportu.

Irena Kirszenstein-Szewińska pochowana została na Cmentarzu Wojskowym na Powązkach w Warszawie 5 lipca 2018 roku.

Krzysztof Pipała, redaktor naczelny Głosu Polonii